6 obserwujących
80 notek
23k odsłony
  239   1

Najlepszy adres w Warszawie, czyli historia udomowiona

Al. 3-go Maja 2 podczas kręcenia filmu "Bogowie" 2013. Fot. K. Mazowski
Al. 3-go Maja 2 podczas kręcenia filmu "Bogowie" 2013. Fot. K. Mazowski
Późny wieczór. Dom oświetlały reflektory. Wzdłuż ulicy zaparkowano stare samochody – warszawy, syrenki, trabanty, polskie fiaty. Trochę na lewo od bramy stał ciemnozielony Fiat 125. Potem klaps i akcja.

Wersja zaktualizowana, wersja bez reklam:

http://mazowski.blogspot.com/2022/10/najlepszy-adres-w-warszawie-czyli.html

Z fiata wyszedł mężczyzna. Na dachu postawił szklankę albo papierowy kubek… Nie widziałem dokładnie. Zaczął iść chwiejnym krokiem w stronę bramy, w której za chwilę zniknął. Słabo oświetlone okno na drugim piętrze było częściowo przysłonięte. Zza firanki wyglądała kobieta, która najwyraźniej czekała na powrót mężczyzny. Patrzyła ukradkiem, jakby nieco zawstydzona. Potem cięcie i cała scena powtarzała się kilkakrotnie, aż do znudzenia. Ja jednak obserwowałem do końca filmowanie sceny powrotu do domu słynnego kardiochirurga, Zbigniewa Religi. Mieszkał w naszym domu, piętro niżej pod nami. Nadal mieszka tu jego żona. Do filmu wykorzystano jednak inny lokal z oknem na drugim piętrze, zaraz nad bramą. Można je było łatwiej objąć jednym ujęciem kamery wraz z bramą. To zresztą było mieszkanie mojego Stryja, który udostępnił je na potrzeby filmu. Ot takie fabularne uproszczenie, którego i tak nie zauważy publiczność kinowa, a dom przecież prawdziwy. Dla mnie najprawdziwszy, bo tu się urodziłem tu spędziłem moje dzieciństwo i tu stale wracam.

Co pamiętam z dzieciństwa? Najlepiej chyba okno naszego mieszkania na parterze, przy którym siadywałem, jak już potrafiłem siedzieć. Zaraz obok stała maszyna do szycia marki Singer, przy której pracowała Babcia. Zaczynała wcześnie rano, zaraz po śniadaniu i siedziała przy niej długo, aby wykorzystać maksymalnie światło dnia tłumione przez cień wiaduktu mostu Poniatowskiego. Babcia szyła i opowiadała rozmaite historie, jak Szeherezada. Ja słuchałem jednym uchem, a przez cały czas przyglądałem się światu za oknem, który miał stać się moim światem.

 Most Poniatowskiego, a właściwie wiadukt przy Al. 3-go Maja, wypełniał całą perspektywę. Przed oknem zaniedbany trawnik, taki rodzaj ogródka, w którym czasem coś wyrosło. Potem żelazny parkan, solidny, z czworokątnych, czarnych żeliwnych sztachet zakończonych ostrym grotem, jak piki średniowiecznych rycerzy. Za płotem chodnik, następny trawnik z kilkoma drzewami i krzakami, gazowe latarnie, krawężnik, jezdnia, a za nią betonowe filary wiaduktu. Widok niezbyt piękny, ale mój i nadal mam go przed oczami. Gazowe latarnie wzdłuż ulicy ożywiały nieco krajobraz szczególnie, kiedy nadchodził latarnik i zapalał kolejne lampy, zwieńczone na szczycie antycznym hełmem. Ot takie miałem wtedy militarne skojarzenia.

 Po drugiej stronie wiaduktu naprzeciwko moich okien widziałem wybrukowaną jezdnię z torami tramwajowymi. To równoległa nitka Alei 3-go Maja i dom, gdzie na rogu była „spółdzielnia”, czyli sklep, w którym kupowało się bułki i mleko. Miał dwa wejścia, pierwsze na rogu – po pieczywo i nabiał, a drugie – już od strony Solca – po warzywa

 Trochę na lewo od spółdzielni mogłem obserwować ośrodek zdrowia, gdzie urzędowała doktor Hołówkowa, a do którego zawsze rano spieszyła nasza sąsiadka, potężna pielęgniarka Anna Kościukiewiczowa, zawsze chętna do robienia mi bolesnych zastrzyków. Doktor Hołówkowa trzymała się zdrowo przez długie lata, bo jak wyjaśniła Babcia, pijąc codziennie dziurawiec i rumianek dożyła 90-paru lat. Była żoną znanego przedwojennego polityka, prezesa klubu parlamentarnego BBWR Tadeusza Hołówko, którego zastrzelili nacjonaliści ukraińscy, a potem miała dwie córki z premierem Bartlem. Mieszkała z nimi i z synem Hołówki na siódmej klatce w naszym domu.

Jeszcze dalej na lewo stała stacja benzynowa mojego Ojca. Z okna widziałem wyraźnie jej charakterystyczny profil z wysuniętym dachem. Cała Warszawa była pełna stacji zaprojektowanych przez Ojca – właściwie nie budowano innych. Ostatnią, koło Starych Powązek, zlikwidowano najpóźniej. Ojciec był niepocieszony, mówił, że nikt go nawet o tym nie informował… Na ścianie w korytarzu jego mieszkania długo wisiały zdjęcia tych stacji z początku lat pięćdziesiątych z rozmaitymi tankującymi samochodami – pobiedą, warszawą, moskwiczem… Niedawno przekazałem je do Archiwum Miasta Warszawy i już tylko tam można je oglądać.

 Wiadukt przed moimi oknami był ulubionym miejscem przechadzek samobójców i „smutnych panów”, jak mówiła o nich Babcia. Pytałem, dlaczego ci panowie, którzy tam spacerują, są smutni i w ogóle, dlaczego tam chodzą, ale niczego konkretnego wtedy się nie dowiedziałem. Sądząc po liczbie samobójstw, które dokonywały się przed moim oknem, wywnioskowałem, że ci smutni panowie nie wytrzymują już swojego smutku i skaczą z mostu akurat tutaj, gdzie miejsce do tego było najbardziej odpowiednie. Z ziemi wystawały tam żelazne zbrojenia, poskręcane w dziwaczne zawijasy, pozostałość po wysadzeniu w powietrze przęsła wiaduktu, akurat naprzeciwko moich okien. To powinno zagwarantować sukces. Po uprzątnięciu samobójcy pozostawała na ziemi czerwona plama, którą przykrywano najpierw jakąś gazetą, przeważnie Trybuną Ludu i kilkoma kamieniami, zanim deszcz nie dokonał reszty. Babcia podnosiła niechętnie głowę znad maszyny do szycia i wzdychała, – ach, znowu ktoś skoczył, i wracała do swojej pracy. Następnego dnia na wiadukcie ponownie pojawiali się kolejni „smutni panowie” w długich prochowcach i filcowych kapeluszach i wszystko wracało do normy, a ja wyglądałem dalej, obserwując rozwój wydarzeń. Podobno śledzili rodzinę mojego stryja Romana, zięcia Kazimierza Pużaka, która wprowadziła się do mieszkania rodziców Ojca, po tym jak UB zabiło Pużaka w więzieniu w Rawiczu i skonfiskowano jego dom na ulicy Byczyńskiej.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale