Zbliża się wielkimi krokami wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie lustracji. I niestety oznacza to ni mniej ni więcej, tylko kolejną potężną awanturę. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują bowiem na to, że Trybunał obecną ustawę lustracyjną zmiesza z błotem i będzie to sygnał do rozpętania prawdziwego lustracyjnego piekła. I nie tylko lustracyjnego...
Na pierwszy ogień pójdzie pewnie Trybunał Konstytucyjny. Prezydent Kaczyński już wykorzystał przecież rocznicę Konstytucji 3 Maja do charakterystycznych dla siebie rozważań ogólnie dywagacyjno-insynuacyjnych mówiąc, że:
"Czy to jest dobre, żeby grupa kilkunastu, na ogół wybitnych, prawników istotnie miała tak olbrzymią władzę? Muszę powiedzieć, że mi się to wydaje wysoce wątpliwe"
Oczywiście pewnie nic z takich przebąkiwań nie wyniknie i skończy się równie bezproduktywnie, jak wcześniejsze wypowiedzi premiera Jarosława Kaczyńskiego o możliwych "usprawniających" przeróbkach w budowie Trybunału. Warto jednak zauważyć, że po raz kolejny prezydent Kaczyński strzela sobie samobója, wypowiadając jakieś nic nie znaczące aluzje, wypowiadane nie wiadomo po co, a tylko osłabiające prestiż jego urzędu. Tak to już jest bowiem, że prezydent Kaczyński nie pomyśli, coś powie - wywołując burzę medialną i lejąc wodę na młyn chociażby Aleksandrowi Kwaśniewskiemu - i nie zastanowi się, jakie będą skutki jego wypowiedzi. Jestem gotów założyć się, że PiS żadnej koncepcji co do zmiany konstrukcji Trybunału nie ma, a Prezydent takimi wyskokami pokazuje tylko, iż wciąż nie potrafi oderwać się w kierunku politycznej samodzielności.
Wygląda bowiem na to, że Prezydent również samodzielnie żadnej koncepcji nie posiada, a mgliste zapowiedzi o zmianie konstytucji kiedyś, gdzieś w inszej przyszłości tylko to wrażenie pogłębiają. Podobny brak koncepcji widać także w innych działaniach zarówno głowy państwa, jak i samego PiSu a koronnym przykładem tego wydaje się lustracja - konik prawicowych środowisk związanych z dawnym Porozumieniem Centrum.
Skutki tego wyroku będą na pewno mocno odczuwalne na politycznych salonach. Zanegowanie kształtu obecnej ustawy pogrąża nie tylko hybrydę prezydencką wraz z jego autorem, ale i cały PiS jako lustracyjnego trybuna.
Już teraz SLD ustami Wojciecha Olejniczaka uderza partię Jarosław Kaczyńskiego otwartą dłonią prosto w twarz, wystawiając ich na pośmiewisko. Mimo wszystkich deklaracji premier Kaczyński musi czuć się wewnętrznie upokorzonym tym, że teraz to - jeśli nawet cynicznie - szef było nie było postkomunistów przedstawia się jako największego lustratora. Kaczyński musiał będzie się zmierzyć z nie lada problemem, gdyż przewodniczący Sojuszu zagrał va banque i postawił go pod ścianą. Zapowiedź całkowitej lustracji to chwytliwe hasło, nad którym nie można przejść do porządku dziennego.
Płonnymi wydają się nadzieje premiera, iż mówiąc kolokwialnie Olejniczak "wymięknie". Szef SLD nie ma powodu, żeby rezygnować - jego partii lustracja nawet nie muśnie - uderzy głównie w środowiska prawicowe, a nawet pewne obawy o utratę bardziej lewicowych elektoratów również mogą okazać się przesadzone - doskonale potrafię wyobrazić sobie sytuację, że wielu ludzi lewicy - nawet przeciwników lustracji - będzie kibicować pomysłowi Sojuszu tylko dlatego, że uderza od w PiS.
Nie wiadomo jak odeprze atak PiS. W pierwszych sygnałach Jarosław Kaczyński mówił coś o lustracji powszechnej, ale bez ujawnienia prywatnych informacji. Tą linię podtrzymuje senator Romaszewski, który z charakterystycznym dla siebie świętym oburzeniem autorytetu we wszystkich sprawach karcił dziś dziennikarkę, pytającą o całkowitą lustrację.
Mam wrażenie, że Jarosław Kaczyński sam prawdopodobnie zgodziłby się na propozycję Olejniczaka, jednak nie uczyni tak z paru powodów: chociażby oporu wewnętrznego do wywlekania wszystkich spraw prawicy na zewnątrz czy też samego autora propozycji. Premier będzie więc trwał przy swojej koncepcji, która doprowadzi do jednak do kolejnej klęski. Wyniknie ona prawdopodobnie z faktu, iż najnowszy model lustracji wg PiS jest niewiarygodnie trudny do przeprowadzenia. Nie zdziwiłbym się, gdyby teraz PiS ustami choćby posła Kuchcińskiego zaczął z uporem godnym lepszej sprawy forsować nowe rozwiązania, które jednak z czasem i oporem wielu środowisk zaczęłyby się rozjeżdżać i komplikować, czego skutkiem byłby kolejny bubel prawny - znów zakwestionowany przez Trybunał.
Niewiadomą powstaje PO. Z jednej strony pewnie będzie chciało "dokopać" Kaczyńskim, jednak z drugiej strony nie będzie chciało wiązać się jakimkolwiek przymierzem z SLD. Platforma będzie się więc miotać od płomiennych zionących transparentnością przemówień posła Rokity do niejasnych i ogólnych wynurzeń Donalda Tuska.
Również zachowanie LPR i Samoobrony to tajemnica, ponieważ na razie żadne głośniejsze sygnały nie płyną z tych ugrupowań. W najbardziej prawdopodobnej wersji przykleją się zapewne do PiSu i razem z nim zaczną forsować pomysły rządowe, by w ostatniej chwili w zamian za głosowanie na TAK - wyszarpnąć jakieś stanowiska.
Czeka nas więc piekło jednym słowem.
Najciekawszy jest fakt, że w ogniu tych bitewnych potyczek wyłania się pewien obraz lustracji jako problemu społecznego, który może okazać się nierozwiązywalnym. Gdyby nawet lustracja najbardziej radykalna przeszłaby przez Sejm i Senat, to zapewne zostałaby zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny. Tym sposobem byłaby to - nieważne w jakiej formie - 3 z rzędu ustawa, którą można wyrzucić do kosza.
Wówczas zapewne wrócilibyśmy do punktu wyjścia czyli dyskusji o Trybunale, która zapewne rozszerzyłaby się także o debatę o konstytucji. Już prezydent Kaczyński przebąkiwał coś o pewnych zmianach w Konstytucji, które mogłyby ułatwiać lustrację - wyobraźmy sobie, jak wówczas wybuchłaby znowuż burza.
Czy nie warto więc pomyśleć nad lustracją jako nad straconą szansą? Są w życiu takie momenty, w których mamy do wyboru pewne drogi i jeśli wybierzemy jedną z nich, to nie ma możliwości już powracać do tej drugiej. Na pełną lustrację była szansa, jednak szansę tą zaprzepaszczono - z różnych powodów. Teraz cała walka wydaje się już z góry przegrana, więc czy nie lepiej skupić się na wojnie, którą wygrać można - chociażby wojnę o sprawniej zarządzaną Polskę? PiS jest żołnierzem przegranej sprawy, żołnierzami tej przegranej sprawy są także wszyscy salonowi lustratorzy, walczący na papierze i klawiaturze.
Szansa była, lecz już jej nie ma. Taka jest moja opinia. I żadna ustawa nie naprawi już niedopatrzeń przeszłości, tak jak nie można zmieniać kiedyś podjętych decyzji. Smutne, że zarówno klasa polityczna jak i wielu członków opinii publicznej nie potrafi przyjąć tego ze spokojem, bez ideologicznej szarpaniny.
Piszę to oczywiście, gdyż tak uważam. Nie mam jednak wątpliwości, że jestem w mniejszości. Nie ma wątpliwości, że politykom daleko do racjonalnych działań. I nie mam wątpliwości, że tak jak w temacie:
Czeka nas piekiełko. A może piekło...



Komentarze
Pokaż komentarze (8)