Jarosław Kaczyński nie chce lustracji. Dla niego lustracja nie jest celem. Dla niego lustracja to tylko środek walki politycznej. I kiedy z tego pontonu, na którym unosi się poparcie Prawa i Sprawiedliwości zaczyna uchodzić powietrze Jarosław Kaczyński sięga po ostatnie koło ratunkowe.
"Latem 1990 roku, w trakcie kampanii Lecha Wałęsy, gen. Czesław Kiszczak zaproponował mi przez pośredników zawarcie swoistej ugody. On da mi listę stu najważniejszych agentów SB, którzy nigdy nie byli zarejestrowani, a ja mu zagwarantuję bezpieczeństwo – ujawnia w rozmowie z „Wprost” premier Jarosław Kaczyński. "
To wyznanie premiera Kaczyńskiego jest tak naprawdę przejawem bezsilności. To jest jak skowyt dziecka, któremu zabiera się najukochańszą zabawkę. Dziecko bawiło się zabawką - miało ją na własność, a teraz przyszedł ktoś do piaskownicy i tą zabawkę mu odbiera.
Co bowiem Jarosław Kaczyński zrobi bez teczek?
Premier nie może ścierpieć, że być może w końcu okaże się, że liczba agentów, którzy obsiedli jak sępy najważniejsze instytucje w państwie i przez lata pociągali za sznurki, jest minimalna lub wręcz granicząca z zerem. Wówczas to, najważniejszy argument wypadłby Jarosławowi Kaczyńskiemu z ręki. Upadłby mit założycielski Prawa i Sprawiedliwości.
Mamy więc straszenie. I ciągle insynuacje. Premier nie ujawni danych wrażliwych, bo wie, komu by to zaszkodziło - a on przecież nie jest świnią. Nie powie, skąd wie, nie powie, co wie - po prostu wie. Być może wcześniej nie wiedział, ale teraz mu się przypomniało. Podobnie jak z Kiszczakiem.
100 najbardziej wpływowych agentów. I tajemnicza lista, którą widziało tak mało osób, a którą oferował Kaczyńskiemu gen. Kiszczak. Co się stało, że Jarosław Kaczyński nagle przypomina sobie rzecz tak fundamentalną? Nic takiego. Po prostu zbliża się otwarcie archiwów a Jarosław Kaczyński obawia się, iż cała ideologia, którą głosił przez lata - o wszechobecnej agenturze może runąć jak domek z kart.
Trzeba więc szukać alternatywy. Trzeba uciekać się do argumentów, których obalić się nie da. Taka lista jest to rozwiązanie idealne. Można sugerować każdą bzdurę; można oskarżyć każdego. Skoro nie istniały żadne akta, to korzystać z nich można bez ograniczeń, czerpiąc z tej wirtualnej przestrzeni, sięgając po kolejne pseudonimy. I znajdować: "Bolków","Delegatów" i innych super tajnych agentów.
I co z tego, że:
"Nigdy nie było żadnej osoby, której oferowałbym jakąkolwiek listę agentów - tak b. szef MSW gen. Czesław Kiszczak komentuje wypowiedź premiera Jarosława Kaczyńskiego."
Można powiedzieć, że Kiszczak kłamie i nie trudno w to nie uwierzyć. Tu Kaczyński znalazł idealnego świadka, którego zeznaniom w ciemno można zaprzeczyć.
Czy jednak Kaczyński na tych sugestiach i selektywnie odświeżającej się pamięci pociągnie jeszcze tak długo jak myśli? Sądzę, że nie. Sądzę, że wkrótce te spiski spowszednieją a Jarosław Kaczyński znów będzie tropił ślady układów, ale w domowym zaciszu, z kotem u nóg, z dala od wielkiej polityki.
W końcu - nasuwa się proste pytanie: ile można...



Komentarze
Pokaż komentarze