Holenderski program "Donor Show", który w ostatnich dniach wzbudzał mnóstwo kontrowersji okazał się mistyfikacją. Umierającą kobietę, która miała jednemu z uczestników programu przekazać nerkę, grała aktorka.
Trójka osób, która miała walczyć o nerkę naprawdę oczekuje na przeszczep, jednak wiedzieli oni, że biorą udział tylko i wyłącznie w telewizyjnym show. Zgodzili się na przedstawienie w telewizji swojego problemu w bardzo konkretnym celu. Program miał przede wszystkim zwrócić uwagę na problem transplantologii w Holandii, w której drastycznie spada liczba dawców.
Sam nie wiem, co o tym myśleć. Niby intencje dobre, lecz coś zgrzyta. Z jednej strony medialny szum na pewno pomaga w nagłośnieniu problemu, lecz z drugiej strony problem tak poważny sprowadza do niskiego poziomu telewizyjnego eventu. Nie można także pominąć faktu, iż nawet jeśli program był tylko mistyfikacją, to i tak w radykalny sposób igrał z emocjami widzów. Wystawiał ludzie cierpienie na widowisko gawiedzi, czyniąc z niego element marketingu.
Przekroczona została kolejna granica. Co prawda nie ta, której się spodziewano, lecz inna. Granica, w której dowolna słuszna intencja pozwala na stworzenie widowiska pozbawionego elementarnego poczucia smaku. Wydaje się, że zamiast próbować dostać się do mieszkania drzwiami, podniesiono rwetes i z hukiem wybito młotem okno.
Czy jednak warto było?
Jak zapatrujecie się na taką formę zwrócenia uwagi na ten trudny społeczny problem? Czy takie igranie z emocjami, nawet w przypadku dobrych intencji jest dopuszczalne? Jakie są wasze opinie na ten temat?



Komentarze
Pokaż komentarze (11)