Przy okazji katolickiego święta Bożego Ciała, które dla jednych jest duchowym przeżyciem a dla innych przyczynkiem do długo-weekendowego urlopowania, warto się zastanowić nad tym, jaką rolę w polskim życiu publicznym odgrywa właśnie religia. Czy zachowane są proporcje, czy może brniemy w kierunku, w którym proporcje te będą zachwiane?
Możliwe, że właśnie wiara jest jednym z najważniejszych aspektów człowieczeństwa. To właśnie wiara w pewne wartości bardzo często determinuje zachowania człowieka. Nieważne, czy odnosi się do pewnych abstrakcyjnych elementów aksjologicznych jako takich, czy też spersonalizowanych, w postaci samego Boga. Każdy człowiek w coś wierzy, także ateista często krzywdząco nazywany człowiekiem niewierzącym.
Wiara jednak powinna być atrybutem wnętrza człowieka. Wiara nadmiernie eksponowana traci jeden z najważniejszych swoich elementów, czyli duchowość. I tu Boże Ciało jest świetnym przykładem. Święto to bowiem nie zostało ustanowione, by wzmacniać wiarę jako taką, lecz by ukazać siłę Kościoła. Co gorsza nie samej społeczności - Kościoła przez duże K, lecz instytucji jako takiej.
Gdyby z tłumów sunących ulicami miast odsiać ludzi, którzy idą niejako z obowiązku zapewne procesje nie wyglądałyby tak okazale. Gdyby sito to zastosować do niedzielnych mszy, kościoły by opustoszały.Takie sito jednak nie istnieje, bo istnieje wciąż obowiązek. Obowiązek wiary i nie tej prawdziwej, duchowej, lecz tej zinstytucjonalizowanej i stłoczonej w wąskie ramy archaicznego katolicyzmu. Co gorsza, im wyżej idziemy w hierarchii tym obowiązek ten ma silniejsze oddziaływanie.
Ta tak naprawdę pseudo-katolicka skoszarowana wiara, którą część politycznych elit napompowała do olbrzymich rozmiarów pochłania coraz więcej przestrzeni publicznej, tym samym spychając prawdziwe problemy wiary w cień. Chrześcijaństwo staje się orężem w walce politycznej. I nie jest to tylko element charakterystyczny dla ugrupowań skrajnych takich jak partia Jurka, czy LPR, ale wylewa on się szeroko na całą klasę polityczną, silnie oddziałując nie tylko na rządzących, ale na wiele innych ośrodków publicystyczno-politycznych.
Nie mogą zrozumieć, czemu z budżetu państwa buduje się świątynie, nie rozumiem czemu na pokaz przenosi się tam ciało człowieka, wbrew jego życzeniu, nie rozumiem czemu nikt nie reaguje, gdy posłowie z trybuny sejmowej modlą się, a kluby parlamentarne organizują msze święte o deszcz, zamiast pomagać ludziom dotkniętym suszą. I, żeby była jasność, nie potępiam tu tylko przejawów katolickiej ideologii prawicowej. Potępiam każdą przesadną obecność ideologii w życiu publicznym. I tą prawicową, i tą lewicową i każdą inną, która mogłaby zaistnieć.
Publiczne obnażanie się z wiary staje się powoli wręcz wulgarne. Jak bowiem traktować ważnych notabli państwowych, którzy dla politycznych celów pokazują się w świetle kamer w kościołach z nabożnymi minami, by po kilku godzinach rzucać błotem w swoich przeciwników. Ten dysonans jest tak ohydny, że pokazuje dobitnie, jak bardzo rozrosła się medialna katolicka pseudo-wiara.
Lecz politycy wiedzą, co robią. Duża część społeczeństwa polskiego wierzy właśnie medialnie. Mimo, iż deklaratywnie społeczeństwo jest katolickie, to większość ludzi o katolicyzmie wie niewiele. Mógłbym się założyć, że ja jako człowiek niezaangażowany religijnie wiem dziesięć razy więcej o religii katolickiej, niż niejeden wizualnie gorliwy katolik. Najbardziej zabawne jest widzieć katoliczki żarliwie broniące niektórych świętych, które w polemicznym zapale nawet nie zdają sobie sprawy, jaki ci święci mieli za życia stosunek do kobiet.
Ta wiecznie żywa katolicka egzaltacja, wcześniej wyśmiewana przez Moliera, pożera prawdziwą wiarę, lecz większości ludzi nie przeszkadza ta uczta. Czerpią z niej cyniczni politycy, czerpią z niej niestety media. I dotyczy to większości mediów. Co kilka dni słyszymy słowa biskupów, wypowiadających się w kwestiach politycznych. Jest to tym zabawniejsze, iż wówczas hierarchów kościelnych pozbawia się zupełnie poglądów politycznych.
Przemawiają zatem starożytni kapłani, będący niemal emanacją prawd objawionych i głoszą swe mądrości, z którymi nie można dyskutować. Wypowiedzi te więc, jak balony unoszą się w politycznej przestrzeni, służąc jako wspaniałe i eleganckie siekiery na przeciwników. Jedna partia bowiem uderza w drugą jednym biskupem, a ta druga w pierwszą biskupem z innej diecezji. Tym silniejsza jest to broń, że jest to broń moralna, która nie jest przeznaczona dla wszystkich środowisk i której zdezawuować nie można.
Partie pielgrzymują więc do biskupów, a biskupi rozstrzygają spory partyjne. A to wszystko na oczach kamer, bo pielgrzymka nie relacjonowana przez telewizje traci na wartości. Jakby kiedykolwiek wartość taką miała...
Okazuje się, że ta pseudo-wiara nie niesie ze sobą żadnych wartości, a jest wartością samą w sobie. Jest wytrychem, który pozwala pozornie rozwiązywać wiele problemów. Wystarczy użyć chrześcijaństwa w debacie publicznej, użyć autorytetu Papieża a już wszystkie inne głosy milkną. I tak chociażby proponuje się wprowadzić książkę Papieża do kanonu lektur, szafując imieniem, które ma tak ogromne społeczne oddziaływanie, które stanowi w dyskusji publicznej odpowiedź na każde pytanie.
Medialna wiara zalewa nas nie tylko w czynach, ale i słowach. Przestrzeń debaty pełna jest płytkich słów-kluczy odnoszących się do wiary. Chrześcijańskie wartości otaczają nas ze wszystkich stron, a pozbawia się ich nieraz jakiejkolwiek głębi. Tym samym pseudo-wiara dla własnych potrzeb monopolizuje świat wartości. A jest ona dużo bardziej radykalna, bo wartości traktuje jako niezależne byty. Nie spina ich w systemy, lecz wybiera pojedyncze elementy i z nich wytwarza podsystemy użyteczne w danej chwili. Odrywana jest więc rodzina od tolerancji, miłość od sprawiedliwości.
Najgorsze, iż pseudo-wiara kwitnie, a prawdziwa wiara karleje. Bo prawdziwa wiara w dobie społeczeństw telewizyjnych nie niesie tego, czego ludzie oczekują. Jest ona trudna, wymaga wysiłku i nie ma inklinacji do wkraczania do sfery profanum. Pseudo-wiara wręcz przeciwnie. Ucieka ze sfery duchowej, w sferę świecką. Jest ekspansywna i bezlitosna dla przeciwników. Niestety, jako łatwiejsza, jest też bardziej tolerowana i propagowana. Wykorzystują to media, politycy i inni szermierze słowni.
Czy ta tendencja może być zatrzymana? Trudno powiedzieć. Możliwe, że dojdziemy do pewnej masy krytycznej, kiedy nastąpi przesyt. Z tym jednak miejscem wiąże się niebezpieczeństwo, że wahadło wychyli się radykalnie w drugą stronę i jedną ideologię zastąpi inna, która tak samo niszczyć będzie prawdziwą wiarę.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)