Joanna Lichocka napisała dziś w "Rzeczpospolitej", że warto być nieposłusznym. Nie wiadomo o co dokładnie chodzi pani redaktor - możliwe, że o jakąś zorganizowaną akcję ujawnienia listy Kurtyki. Tak czy siak red. Lichocka wpisuje się w ten nurt dziennikarstwa i polityki, który nie wiadomo czemu lustrację pragnie skompromitować.
Redaktor "Rzeczpospolitej" pisze:
Może IPN, w imię interesu publicznego, powinien jednak - strona po stronie - opublikować 500 nazwisk dawnych konfidentów komunistycznej bezpieki? Podobny akt nieposłuszeństwa obywatelskiego proponował IPN już Bronisław Wildstein. Szaleństwo, jakie wznieciłyby środowiska walczące z lustracją, przeszłoby zapewne wszystko, co dotąd umiały one pokazać. Ale za to Polacy mieliby szanse dowiedzieć się wreszcie czegoś o swej historii najnowszej i o ludziach, którzy teraz odgrywają istotną rolę. W imię tej wartości warto być nieposłusznym.
Ja mam inną propozycje. Może redaktor Lichocka przestałaby ekscytować się tak każdym cieniem dokumentu, który ma sygnaturę IPN i wysiliła się nieco, miast szarżować bez celu?
Widać w słowach redaktor Lichockiej dziwne uniesienie, gdy mówi o lustracji - to samo uniesienie, które słychać w wypowiedziach wielu pseudo-zwolenników lustracji, których pełno w dzisiejszym życiu publicznym. Pełno ich wśród publicystów, komentatorów, polityków i zacnych profesorów. Oni wszyscy, jak zahipnotyzowani wierzą w coś, co jest jedynie krzywym odbiciem prawdziwej idei. Jak mantrę powtarzają te same frazesy, słowa klucze bez, których nie mogli być funkcjonować. Ujawniać, ujawniać; nieważne jak byleby ujawniać - krzyczy więc redaktor, lecz co kryje się za tymi pustymi sloganami?
Nie wiadomo, czy wynika to z jakiejś kalkulacji czy po prostu zaślepienia. Wydaje się jednak, że redaktor Lichocka prawdziwej lustracji, która raz na zawsze zamknęłaby tą sprawę nie chce. Chce tylko jej prostackiej odmiany, która jakże cudownie nakarmiłaby głodną ofiar gawiedź. Można nawet pomyśleć, iż dla redaktor Lichockiej zakończenie lustracji wcale nie jest celem priorytetowym. Lepszy bowiem jest lustracyjny cień, który jak miecz Demoklesa wisi nad polskim życiem publicznym. Nie dziwi więc, że redaktor przywołuje nazwisko byłego prezesa TVP, Bronisława Wildsteina. W końcu razem stoją w tej samej - pierwszej linii wrogów lustracj.
Myślę, że red. Lichocka i wielu innych dziennikarzy, galopujących w pierwszym rzędzie lustratorów to właśnie tacy dyskutanci w debacie o lustracji, jak pan Kirianow w debacie o tarczy. Niby są najbardziej zaciekli, niby to oni najbardziej walczą o lustrację w Polsce, a co robią tak naprawdę? Kompromitują jej ideę i w swej frustracji bombardują każdy sensowny pomysł dotyczący rozwiązania tej kwestii. Nie zważają bowiem na to, czy lustracja przez nich proponowana ma fundamenty, czy też runie za chwilę pod naporem dowodów. Dla nich liczy się nie proces, ale pewien moment - chwila, w której rzucone zostanie podejrzenie. A takich chwil może być nieskończenie wiele, tak jak nieskończenie wiele jest słów w aktach bezpieki.
Są jak obłąkani kawalerzyści, prowadzący swoje oddziały na pewną śmierć. Krzyczą namiętnie w pierwszych rzędach, szarżują i rzucają się na wroga, skazując ludzi, którzy idą za nimi na porażkę. Widać to doskonale w cichej apoteozie listy Wildsteina, którą uskutecznia kawalerzystka z "Rzeczpospolitej". Lista, która nic nie znaczyła, która niczego nie dowodziła a była tylko przejawem lustracyjnej zapalczywości i wiary w obłąkańczą wizję prawdy dla pani redaktor jest przejawem nieposłuszeństwa obywatelskiego - czynu więc godnego, choć niezgodnego z prawem. Lecz kiedy się przyjrzeć dokładnie temu, co pochwala pani redaktor trudno nie uśmiechnąć się z politowaniem.
Co było godnego w liście Wildsteina? Co ta lista zrobiła dobrego? Co udowodniła? Jedynym skutkiem wykradzenia katalogu wewnętrznego z IPN-u była chwilowa sława dla Bronisława Wildsteina i metka czołowego rewolucjonisty wśród publicystów. Z Wildsteina uczyniono męczennika, po tym jak słusznie pozbył się go red. Gauden i widać, że legenda ta w środowisku pseudo-zwolenników lustracji jest wciąż żywa. To tak naprawdę jedyny skutek tych wydarzeń. Listy nie ma, krąży gdzieś bezwolnie po internecie, służąc za pałkę w najbardziej pustych dyskusjach, lecz świadomość bohaterstwa i męczeństwa prezesa Wildsteina wciąż żyje, bo żywe są szalone poglądy, które ją zrodziły.
Nieważne bowiem, co zawierała lista. Czy mówiła prawdę, czy też była zlepkiem nikomu nic nie mówiących informacji. Wystarczy, że była listą - listą sygnowaną przez IPN, a dla wielu redaktorów, którzy wierzą w prostacką lustrację stała się niemalże relikwią tej dziwnej religii, której, jak mówił poseł Rokita, ludzie z IPN są kapłanami. Takie oto myślenie przedstawia red. Lichocka - gdy tylko usłyszała słowo: "lista", które popłynęło z IPN-u popędziła na szaniec i zaczęła, nie zważając na fakty z rewolucyjnym zapałem wymachiwać sztandarami barbarzyńców.
Tak, niestety. Barbarzyńcy wyrwali ludziom cywilizowanym sztandary lustracyjne. Widzą to stojący po drugiej stronie agenci i śmieją się rozpustnie. Barbarzyńcy ich nie widzą, ich wzrok nie sięga daleko - sięga ledwie kilka kroków dalej, gdzie stoją ludzie, pragnący lustracji prawdziwej. Jednak barbarzyńcy nie rozumieją ich - traktują ich jak najgorszych wrogów - popleczników komunizmu i wyznawców kłamstwa.
W jednym szeregu stoją zatem: Joanna Lichocka, Bronisław Wildstein, Antoni Macierewicz i Janusz Kurtyka oraz wielu innych. Ci ludzie nie chcą lustracji. Ci ludzie ją niszczą i kompromitują, ku uciesze najgorszych świń komunizmu. Dla nich najważniejsze są puste wypełnione sygnaturami listy agentów, mogące świadczyć o wszystkim i o niczym. Nie wykazują potrzeby intelektualnego wyzwania. Ono nie jest im potrzebne. Wolą najprostsze i najbardziej brutalne rozwiązania - rozwiązania najgorsze. Wracamy do przeszłości.
Wygląda bowiem na to, że filozofia, która przez lata, na szczęście, była zepchnięta na słuszny margines teraz niestety znów odżywa w głównym nurcie dyskusji.Tak jak 15 lat temu Antoni Macierewicz na kilka dobrych lat pogrzebał lustrację swoją barbarzyńską potrzebą wyzwolenia agresji, tak istnieje niebezpieczeństwo, że dziś jego dzieło będą chcieli powtórzyć tacy ludzie jak Janusz Kurtyka czy Tomasz Sakiewicz. Już bowiem widzę czołówki "Gazety Polskiej", która zamieszczać będzie wycinki z listy, już widzę te podniecone twarze, które tylko czekają by z dziką przyjemność zdzielić w pysk któryś autorytet. Już widzę te sztandary wnoszące się nad dywanem martwych publicznie autorytetów.
W tej sytuacji jedyną nadzieją wydaje się rozsądek. W tym można wypatrywać sukcesu. Rozsądek, który wczoraj widać było choćby w wypowiedziach redaktora Karnowskiego, którego o antylustracyjność podejrzewać nie można. Widać, iż są ludzie, którzy lustracji chcą naprawdę. Jest więc całkiem prawdopodobne, iż tym razem barbarzyńska wizja lustracji nie zepchnie prawdziwych zwolenników lustracji w kąt. Że tym razem zwycięży jednak rozum i poglądy, które lustrację niszczą zostaną zignorowane.
Pozostaje więc wierzyć, że tą batalie o umysły Polaków zwycięży już i tak bardzo osłabiona i kulawa lustracja, a nie dzikie szaleństwo, które chce zafundować nam prezes IPN i red. Lichocka. Możliwe jednak, że przez takich ludzi jak pani Lichocka lustracja już dawno umarła, a to co oglądamy jest tylko jej strasznym duchem.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)