Melwas Melwas
31
BLOG

Gorzki sukces

Melwas Melwas Polityka Obserwuj notkę 22

Ponoć osiągnęliśmy ogromny sukces. Warto jednak pomyśleć o punkcie odniesienia. Bowiem względem czego osiągnęliśmy ten sukces? Czy to sukces absolutny, czy też może ledwie płomyk nadziei na tle katastrofalnej postawy w Brukseli.

Jeszcze kilka dni temu cały Salon24 wrzał od buńczucznych i przesyconych patriotyzmem komentarzy wywyższających do niebotycznych rozmiarów genialność systemu pierwiastkowego i konieczność obrony go. Dziś, ci sami komentatorzy - zwolennicy obecnych rządów w jednej chwili porzucili pierwiastek i zaczęli wychwalać obecny kompromis. Czy zatem dla ludzi, którzy ledwie kilka dni temu chcieli by Polska jak Rejtan rzucała się w Brukseli na ziemię ten kompromis może być sukcesem, czy jest to tylko przejaw unoszącej się w powietrzu hipokryzji?

Okazało się, że nie warto umierać za pierwiastek, nie warto umierać za cokolwiek. I może plusem obecnej sytuacji będzie to, że Kaczyńscy wyciągną z tego wnioski. Ale czy warto w to wierzyć? Myślę, że raczej spotka nas kawalkada pochwał na część rządu i wszechobecne odtrąbienie sukcesu polskiej polityki zagranicznej. Sukcesu bardzo wątpliwego.

Bowiem, jeśli kompromis zawarty między Polską a większością krajów Unii Europejskiej, trzeba uznać za coś dobrego, o tyle już automatyczne przekuwanie tego na sukces polskiej dyplomacji jest nieuprawnione. Co ugraliśmy? Niceę do 2014-2017 roku i system opóźniający podejmowanie decyzji przedłużony o kilka lat. Co teraz powie Galba i inni mu podobni? Czy to także olśniewający sukces, czy już nie? Czy w 2014 r. Unia już się rozpadnie, czy może nastąpi to jednak dopiero w 2020?

Z perspektywy tego, co działo się na szczycie unijnym taki kompromis to dobre rozwiązanie. Ale niestety, właśnie perspektywa jest tu kluczowym słowem. To, co stało się w Brukseli może nam, jako członkom Unii jeszcze przez wiele lat odbijać się czkawką. Choć będziemy posiadali 27 głosów, to głosy te mogą znaczyć w obecnej sytuacji dużo mniej, niż znaczyły przed szczytem. Z drugiej strony na ten "sukces" trzeba patrzeć z perspektywy dalszej. W relacji z Brukseli Inga Rosińska zauważyła, że Niceę do 2014 proponowano nam dużo wcześniej jako kompromis. Jeśli jest to prawda, to czy wyciułanie dodatkowych 3 lat wymagało aż takiej batalii?

Czy warto było stawiać całą Unię do góry nogami, by ugrać 3 lata, w których będziemy ślęczeć w kącie z naszymi 27 głosami? Krajobraz po brukselskim szczycie jest zatrważający - to, co działo się przez ostatnie kilkadziesiąt godzin jeszcze nigdy, jak zgodnie mówią komentatorzy, nie miało miejsca. Na szczycie powinny podejmowane być najważniejsze decyzje przez najważniejszych ludzi w poszczególnych krajach. Co okazało się w wypadku Polski? Że do Brukseli pojechała marionetka, sterowana na odległość przez lalkarza z Warszawy.

Po co zatem były te dyskusje, kto ma pojechać? Po co zatem pojechał prezydent, skoro w zasadzie w naszym kraju Prezydent RP nie ma możności podejmowania decyzji w sprawach polityki zagranicznej?

To, co robił Jarosław Kaczyński to już inna historia. Wydaje się, że jego postawa zraziła do nas nie tylko zagraniczne media, ale co gorsza szefów unijnych państw. Jakim partnerem dla Niemiec jest premier, który wypomina im ofiary II wojny światowej? Jakim członkiem całej Unii Europejskiej jest kraj, który w obliczu, gdy nie jest w stanie odejść od własnych żądań z Warszawy w wywiadzie telewizyjnym straszy wetem? Jak wreszcie prezentuje się Polska, gdy do Brukseli zjeżdżają się najwięksi europejscy przywódcy, a negocjacje z Polską muszą prowadzić przez telefon?

Jarosław Kaczyński w swoim myśleniu zatrzymał się w roku 2004. Wydaje się, że w jego umyśle wciąż jesteśmy poza Unią, a nie stanowimy jej integralną część. Niestety okazuje się, że polska ekipa rządowa i prezydent, ku rozpaczy prawdziwych dyplomatów, nie radzi sobie zupełnie w sytuacjach kryzysowych. Miota się, rzuca gromami, by wreszcie koniec z końców z podkulonym ogonem, wciąż jednak poszczekując, godzi się na propozycje innych krajów.

I nie w tym rzecz, że godzić się nie powinna. Chodzi o styl, w jakim prowadzimy naszą politykę w Unii. Specjalnie piszę w Unii, gdyż wciąż jeszcze, także wśród polityków, pokutuje inne pojmowanie Unii Europejskiej, które przejawia się między innymi w tym, że mówi się o polityce wobec Unii. Jak można prowadzić politykę wobec czegoś, czego jesteśmy członkami? Pokazuje to, jak źle część polskich polityków rozumie swoją obecność w strukturach europejskich.

Rządząca ekipa wciąż myśli o wewnątrz-unijnych negocjacjach, jak o ciągłej walce, nie zaś wypracowywaniu kompromisowych rozwiązań. Co gorsza w walce tej jesteśmy osamotnieni, bo jak inaczej nazwać to, iż na szczycie UE popierali nas tylko Czesi i Litwini? Państwo w Unii jest silne umiejętnością budowania koalicji, nie zaś ilością mandatów. Ile bowiem wywalczyliśmy mając nasze 27 głosów do tej pory? A ile wygrali inni - m.in. Hiszpanie, zawierając koalicje zawarliśmy?

Jeśli już kompromis na tym szczycie jest sukcesem, to jest to niewątpliwie sukces gorzki. Zostaliśmy zepchnięci do narożnika, z którego przez wiele lat możliwe, że nie wyjdziemy. Nie zyskaliśmy wiele, straciliśmy wiele. O sukcesie mówmy więc z taką radością za kilka miesięcy, jeśli bilans zysków i strat pokażę, że zwyciężyliśmy.

Melwas
O mnie Melwas

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (22)

Inne tematy w dziale Polityka