Bronisław Wildstein po raz kolejny zajął się tym, co lubi najbardziej - czyli recenzowaniem innych publicystów. Sztukę tą doprowadza powoli do perfekcji, niebezpiecznie zbliżając się tuzów tej dyscypliny czyli Cezarego Michalskiego i Piotra Semki. Dziś na tapecie znalazł się Jerzy Pilch.
Jerzy Pilch, felietonista i pisarz, do perfekcji opanował trudną sztukę konformizmu. Bo tylko na pozór to dziedzina łatwa. Większość uprawia ją na prostacki sposób. Ale nie Pilch. On konformizm wprowadził na wyżyny sztuki. Czytelnicy jego upewnieni są, że obcują z felietonistą zadziornym i niezależnym, odważnym i bezkompromisowym. W rzeczywistości mają do czynienia z felietonistą przemyślnym.
Bronisław Wildstein już na samym początku swoich głębokich przemyśleń nt. Pilcha, które Jacek Kurski gdyby był Jackiem Kurskim inaczej, nazwałbym zapewne kowalstwem artystycznym rozprawia się z wizerunkiem pisarza. Otóż wszystkim wielbicielom własnego talentu red. "Rzeczpospolitej" idealnie wykłada to, co należy o krytyku Kaczyńskich myśleć.
Otóż dowiadujemy się, że jakże ohydnym z i wstrętnym publicystą jest Jerzy Pilch. Pisarz bowiem strojąc się w piórka człowieka bezkompromisowego, tak naprawdę uprawia najgorszą, bo estetycznie wzniosłą formę konformizmu. Co ciekawe Pilch jednak nie jest oportunistą zwyczajnym, bowiem nie służy on władzy. Służy on tym, którzy władzy nie mają.
Dlatego tłumy desperatów przebiegają od radia do telewizora, od gazety do sympozjum nagradzani brawami przez tłumy wielbicieli za to, że nie powiedzą nic, czego wcześniej ich publiczność nie znałaby już na pamięć. I są za to nagradzani, gdyż ich determinacja domaga się nagrody. Wśród nich Pilch.
Wiadomo, komu służy Pilch. Tym wstrętnym elitom, których największą przewiną jest to, że nie rozumieją. Bo jak oni mogą nie rozumieć? - wydaje się zastanawiać Wildstein. Jak można nie rozumieć tego, co rozumie redaktor "Rzeczpospolitej". Jak można kpić i naśmiewać się z idei, którą Bronisław Wildstein w swej ogromnej erudycji zdecydował się wspierać? Której mieni się przecież jednym z ojców.
Skoro tak ohydnym oportunista jest Pilch, to jakim jest redaktor Wildstein? Powiedzieć, że prezes Wildstein popiera Kaczyńskich to przesada. Bronisław Wildstein popiera własną ideę, do realizacji której Prawo i Sprawiedliwość jest przydatne. Stąd to wielkie oburzenie, gdy śmie mu się zarzucać oportunizm. Wówczas bowiem redaktor Wildstein musiałby uznać, iż ktoś jest mądrzejszy od niego, iż jest ktoś, za kim Bronisław Wildstein podążą. Tego intelekt dziennikarza i najwspanialszego myśliciela naszych czasów znieść by nie mógł. Jeśli już, to za Wildsteinem podążają - on jest najwspanialszym umysłem wśród polskiej prawicy a gdyby tak przyznać się, choćby pomyśleć - iż liderem jest Jarosław Kaczyński, to jakby popełnić największą zbrodnię. Wydaje się więc, że Pilch, jako rzecznik własnych poglądów również ma prawo do głoszenia ich. Bronisław Wildstein jednak ma chyba inny pogląd na ten temat.
W czym więc tkwi wina Pilcha? Co więc jest zaletą Wildsteina. Nie trudno bowiem domyśleć się, iż na takich zestawieniu redaktor buduje swą opowieść. On - sumienie prawdziwej publicystyki staje twardo ponad marnym pisarzyną i sądzi. Wildstein kontra Pilch - niemalże mityczne zestawienie dwóch umysłów, z których jeden jest wzorem, drugi zaś tylko marną, nieudaną namiastką pierwszego. Któż jest tym wzorem nietrudno się domyśleć. Skoro bowiem Pilch jest konformistą, to kimże jest Wildstein jak nie wolnym elektronem - ostoją obiektywizmu i wierności własnej idei.
Widząc, jak Pilch męczy się z wyszukiwaniem tematów na swoje cotygodniowe felietony (na szczęście środowisko oferuje sprawy i sądy dyżurne), rozumiemy - i nie tylko z tego powodu - jak mało interesuje go cokolwiek poza nim samym.
Pilch, jak czytamy własnego rozumu nie ma, posiłkować musi się zatem umysłami tych osławionych elit, które pewnie w formie cotygodniowych spotkań w zaciszu gabinetów na Czerskiej radzą się jak tu inteligentnie przypieprzyć Kaczorom. W domyśle - w opozycji do tego stoi pan Wildstein - oaza erudycji i elokwencji, król własnych twardych jak skała poglądów, który posiłkując się roztaczającym się szeroko morzem swego intelektu w jednej chwili argumentacją zmiótłby marnego pisarzynę z "Dziennika".
Kim bowiem we własnym mniemaniu jest redaktor Wildstein? Tytanem intelektu i kręgosłupem myśli polskiej prawicy oczywiście. Jak jednak może jawić się były prezes w oczach człowieka inteligentnego, który nie potrzebuje wyjaśnień płynących od swojego guru?
Typ ten jest bardzo charakterystyczny. Ma wielu przedstawicieli choćby w środowisku politycznym, a jego sztandarowym przykładem jest medialnie ukochany Jan Maria Rokita. Redaktor Wildstein właśnie widzi mi się, jako publicystyczny klon posła Rokity - inne wcielenie tego samego archetypu, którego imię jest: "Wszystkowiedząca Wiedźma Ple-Ple", zapożyczone bezwstydnie z Mupetów. Czy trzeba tłumaczyć niuanse i zawiłości takiego charakteru, kiedy sama jego nazwa wyjaśnia wszystko?
Tak widać publicystykę redaktora Wildsteina i politykę posła Rokity. Piękne, doskonale elokwentne i przyozdobione erudycją cudowne opakowanie, które jednakże w swoim wnętrzu kryje tylko zwyczajne: "Ple-Ple". Redaktor Wildstein tą ma przewagę nad pisarzem Pilchem, że wie. On się nie domyśla, on nie snuje przypuszczeń - on zawsze wie i wie, że wszystko wie, tym samym po tysiącach lat malowniczo usprawnia sokratejskie myślenie o wiedzy.
Problem Pilcha i tym podobnych publicystów, wyśmiewających się z absurdalnych wyczynów władzy wynika więc z podstawowego założenia, które skutecznie sprowadza ich publicystykę do niewartego polemiki poziomu. Oni po prostu nie wiedzą. Nie rozumieją co jest dobre i mądre i intelektualnie uzasadnione. Nie idą tym tokiem myślenia, który jest słuszny i konieczny. Gubią się, manewrują i plączą się w pętach dziwnego intelektualizmu, który jako różny od tego, który przedstawia Wildstein jest zarazem niewłaściwy.
Pilch więc z założenia nie może pisać dobrze, bo jego zniszczony nieprawidłową ideą umysł zawsze będzie indukował rozwiązania złe. Prezes Wildstein nie przyjmuje bowiem do wiadomości, że istnieją poglądy słuszne, ale inne od tych, które on prezentuje. Stąd też cała publicystyka, która nie jest publicystyką jego, bądź nie na naśladuje publicystyki jego nie może być nigdy publicystyką dobrą, gdyż pochodzi z nieprawego intelektualnie łoża.
I niech wszyscy ocenią, która publicystyka jest lepsza i zasługuje na większy szacunek. Ta, która uznaje swoje błędy czy ta, która błędów własnych nie uznaje? I czy ten, kto sam siebie uważa za czystego "jak ta ściana w sensie bieli" (cytat za głową państwa) nie jest najbardziej podejrzany, gdy przychodzi mu oceniać innych?
W ostatnim felietonie Pilch formułuje tezę, że “IV RP grobem zajeżdża”. Wcześniej uwagę na temat uwikłania Kapuścińskiego we współpracę z SB nazwał pierdnięciem w grób. Felietonistyka Pilcha sięgnęła grobu.
W którym więc grobie leży już od dawna publicystyka Wildsteina?
źródło: B.Wildstein: Czym Pilch trąci?



Komentarze
Pokaż komentarze (15)