Mercator Mercator
553
BLOG

Dlaczego Platforma przegrywa ?

Mercator Mercator Polityka Obserwuj notkę 4

Słabe przywództwo

Do niedawna wyborcy Platformy wybaczali premierowi Tuskowi wiele. Wielokrotnie potrafił wybrnąć z kłopotów przy niewielkich kosztach. Przyznawał się do błędów, pozbywał się kolejnych polityków Platformy, którzy zanotowali duże wpadki. Pozbywał się też tych, którzy z jakichś powodów nie pasowali do jego bieżącej linii politycznej. Do tego dochodziły kolejne obietnice, nieostre, mało konkretne, żeby nie dać się złapać za słowo. Potem o tych obietnicach się zapominało ale pojawiały się nowe. Do pewnego momentu to działało. Platformie udawało się utrzymywać wysokie poparcie. Tusk był uważany za sprawnego przywódcę.

Erozja jednak postępowała. Kolejne wpadki i afery ciągle jeszcze tuszowano ale gładkie tłumaczenia Tuska już nie działały tak jak dawniej. Osad pozostawał. Niespełnione obietnice coraz bardziej ciążyły. Tusk stawał się coraz bardziej męczący dla własnego elektoratu. Perspektywa utrzymania władzy przez Tuska na następne lata po kolejnych wyborach była już nieznośna. Konieczna była zmiana. Tusk wycofał się w ostatniej chwili. W coraz większym stopniu stawał się bowiem obciążeniem dla Platformy.

Przed swoim odejściem Donald Tusk namaścił na swojego następcę Ewę Kopacz. Przez pewien czas zadziałał efekt nowości. Pani premier Kopacz próbowała stworzyć sobie wizerunek pracowitej mróweczki, ściśle wywiązującej się ze zobowiązań. Tylko od mróweczki do przywództwa w partii rządzącej i w państwie droga daleka. Pani premier zginęła z horyzontu. Jakby jej nie było. Pani premier nie wypowiada się w ważnych sprawach. Pani premier nie ma czasu bo pani premier ciężko pracuje. Problem w tym, że jeśli nawet na koniec kadencji Ewa Kopacz triumfalnie pokaże jak wiele obietnic ze swojego expose zrealizowała to i tak to nic nie da, bo na te jej obietnice już prawie nikt nie czeka. W międzyczasie oczekiwania radykalnie się zmieniły. Ministrowie z rządu PO-PSL też jakoś nie chcą się pokazywać i wypowiadać w ważnych sprawach żeby nie drażnić ludzi. Nie widać ministra zdrowia, nie widać przyjaciółki pani premier z resortu infrastruktury, nie widać też innych ważnych ministrów.

Kto w takim razie miałby zastąpić panią Kopacz? Schetyna, Biernat, Grabarczyk, Sikorski? Niestety drugi szereg Platformy jest tak samo zużyty jak pierwszy a trzeciego szeregu nie ma.

Zwrot na lewo

To zaczęło się już dość dawno temu. Platforma postanowiła sprawdzić jak szeroki szpagat da się zrobić. Niestety, okazało się, że przesunięcie na lewo powoduje konieczność opuszczenia centrum. Tacy Ludzie jak Gowin przestali się w Platformie mieścić. Pochylenie się Platformy nad lewicowymi ideami miało tą nieprzyjemną cechę, że spowodowało wypięcie się na wyborców konserwatywnych.

Pytanie, po co? Po to, żeby zdusić SLD kosztem zrobienia w centrum miejsca dla PISu?

To taktyka wręcz nieprzytomna. Istnienie SLD jest Platformie potrzebne z wielu powodów. Jeśli SLD zniknie z parlamentu to główną partią lewicową stanie się PO. To odstręczy kolejnych wyborców, którzy nigdy w życiu nie głosowali na lewicę i nie mają takiego zamiaru. Leszek Miller od lat przygotowywał się do tego aby po wyborach stać się koalicjantem PO. Platforma postanowiła zdusić owego potencjalnego koalicjanta, który w określonej sytuacji mógłby być dla Platformy bardzo wygodny. Jednocześnie opuszczeni zostali konserwatywni wyborcy w centrum, których sprawnie zagospodarował Duda a za chwilę może przejąć ich PIS.

Zawiedzione nadzieje pokolenia boomu edukacyjnego

Przez ostatnie 25 w Polsce miał miejsce nieprawdopodobny boom edukacyjny. W latach 70-tych wyższe wykształcenie zdobywało 5-7% populacji. Po roku 2000 było to już kilkadziesiąt procent. Przy czym, w latach 90-tych świeżo przestawiona na tory rynkowe gospodarka, wchłaniała jak gąbka absolwentów wyższych uczelni. Potrzebne były tysiące specjalistów od zarządzania, marketingu, rachunkowości, informatyki, języków obcych, handlu zagranicznego, ekonomiki przedsiębiorstw itd. Po roku 2000 sytuacja zaczęła się zmieniać. Gospodarka nie była już tak chłonna. Rozwijający się w coraz większym stopniu przemysł edukacyjny pracował jednak na pełnych obrotach. Jednocześnie popularność zaczęły zdobywać teorie o zmierzchu wykształcenia zawodowego, które miało być jakoby anachroniczne. Przyszłość miała należeć do wykształcenia ogólnego, popartego dobrą znajomością języków obcych.

Oczywiście nie było żadnych szans na utrzymanie poziomu nauczania na uczelniach wyższych takiego jak wiele lat temu. Powód jest prozaiczny. Jeśli w latach 70-tych czy 80-tych na studia przeciętnie trafiało dwoje czy troje najlepszych uczniów z klasy szkoły podstawowej to po roku 2000 już piętnastu i to zupełnie przeciętnych. Dodatkowo w dawnych czasach egzamin na studia był potężnym motywatorem do nauki przez cały okres szkoły średniej. Po roku 2000, na studia takie czy inne, dostawał się każdy kto chciał. Jeśli nawet nie dostanę się na ten wymarzony kierunek studiów, na wymarzonej uczelni, no to cóż, pójdę gdzie indziej. Możliwości przecież nie brakuje. Pojawiła się szeroka oferta prywatnych uczelni oferujących za pieniądze niezbyt trudne studia na wielu kierunkach, o pięknych i obiecujących nazwach. Uczelnie wykazywały dużą elastyczność w stosunku do studentów. Jeśli tylko student płacił mógł pozwolić sobie na wiele. Możliwe było np. pięciokrotne podchodzenie do egzaminu, ustalanie indywidualnych terminów, daleko idąca pomoc w kompletowaniu materiałów do pracy magisterskiej czy licencjackiej. Jednocześnie pracownicy uczelni sami byli coraz bardziej zniesmaczeni poziomem studentów, których przyszło im edukować. Dwie trzecie spośród tych studentów nigdy nie powinno trafić na żadną uczelnię. Powinni spokojnie skończyć szkołę zawodową w swojej miejscowości i zdobyć jakiś pożyteczny zawód. Ale cóż zrobić, klient nasz pan. Klient płaci i wymaga.

A potem ten klient idzie na rynek pracy i przeżywa szok. Do tej pory uczelnia obchodziła się z nim jak z jajkiem. A tu się okazuje, że absolwent atrakcyjnego, jak mu się wydawało, kierunku studiów nie jest nikomu do niczego potrzebny. Nikt nie szuka socjologów, pedagogów a nawet specjalistów od marketingu. Trafiają się tylko oferty pracy znacznie poniżej kwalifikacji, zupełnie ignorujące świeżo uzyskany tytuł magistra. Do tego umowy śmieciowe. Miał być awans społeczny a tu się okazuje, że jest degradacja. Wynajęcie mieszkania w dużym mieście jest drogie. Na kredyt hipoteczny nie ma szans . Jedyne co pozostaje to wyjazd za granicę albo powrót do swojej rodzinnej miejscowości i znalezienie jakiejś pracy, którą z powodzeniem można by wykonywać również bez żadnych studiów a może i bez szkoły średniej. Do tego dochodzą kpiny rówieśników, którzy nie dojeżdżali latami pociągiem na uczelnie, nie płacili czesnego tylko znaleźli sobie po szkole jakąś pracę na miarę swoich skromnych możliwości.

Kiedyś ci młodzi ludzie byli wyborcami Platformy. Uwierzyli w liberalne hasła, wzięli los w swoje ręce. Zainwestowali kilka lat życia, a często także sporo pieniędzy w uzyskanie wykształcenia. Ktoś im wmówił, w amerykańskim stylu, że mogą uzyskać wszystko czego chcą, to zależy tylko od nich. A tu nagle brutalne przebudzenie z pięknego snu. Pomimo wysiłków nie ma obiecanego awansu. Jest kilka straconych lat i poczucie, że coś poszło nie tak, że ktoś im zablokował możliwości sukcesu życiowego. Wygląda na to, że zabetonowane są możliwości znalezienia ciekawej, zgodnej z aspiracjami pracy, zabetonowane są możliwości awansu, w końcu zabetonowana jest scena polityczna. Potrzebna jest prosta odpowiedź na pytanie , jaka jest tego przyczyna i jak temu zaradzić? No i natychmiast znajdują się ci, którzy taką prostą odpowiedź podsuną: JOWy jako lekarstwo na całe zło.

Arogancja władzy

W miarę jak udawało się rozmywać drobne i większe afery, w Platformie narastało przekonanie, że jeszcze przez długie lata nie będzie w tym kraju z kim przegrać. Sztucznie nakręcany, emocjonalny konflikt z PISem temu przekonaniu sprzyjał. Cóż tam jakaś drobna aferka tego czy innego polityka, skoro Platforma jest jedyną zaporą uniemożliwiającą powrót PISu do władzy. Zwłaszcza, że premier Tusk tak czy inaczej starał się jednak reagować na przewinienia polityków ze swoich szeregów. Cóż z tego, skoro z poczucia siły politycznej i braku merytorycznej opozycji narastała coraz większa arogancja w stosunku do wyborców. Nie podoba się wam Platforma? No to dokąd pójdziecie? Do PISu? Do Kaczyńskiego i Macierewicza?

Czarę goryczy przelała afera taśmowa. Szeroka publiczność usłyszała to, czego nigdy nie powinna była usłyszeć. Wulgarne odzywki, pogarda dla swoich kolegów z rządu, próba załatwiania politycznych interesów przy, umownie mówiąc, szampanie i kawiorze na koszt podatnika. Od tego czasu wizerunek Platformy zaczął kruszyć się coraz szybciej. Ostatnim aktem tego procesu, który być może przesądził o klęsce Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich, były taśmy z udziałem byłej wicepremier i ulubienicy premiera Tuska, pani Elżbiety Bieńkowskiej. W uszach masowego wyborcy, sformułowanie pani wicepremier, że „za 6 tysięcy to może pracować tylko idiota albo złodziej” brzmi bardzo źle. Dobrze pokazuje natomiast stosunek polityków tej formacji do zwykłych ludzi. Nawet jeśli takie uogólnienia na podstawie pojedynczych, wyrwanych z kontekstu wypowiedzi nie są do końca uprawnione, to jednak wypowiedzi te mocno działają na wyobraźnie i emocje wyborców.

Czy Platforma ma jeszcze szansę odbudować swoje poparcie przed wyborami? Szczerze wątpię. Zmęczenie ciągle tymi samymi twarzami u władzy jest już tak duże, że kontynuacja rządów Platformy w przyszłej kadencji jest trudna do wyobrażenia. Tyle, że ewentualny rząd PISu z udziałem znanych polityków tej partii ma szansę zużyć się dużo szybciej niż dotychczasowe rządy Platformy. Prezes Kaczyński wkrótce stanie się równie trudny do zniesienia jak schyłkowy Tusk. Zmiana narracji i doraźny lifing wizerunku PISu może nie wystarczyć. Obawiam się, że czeka nas okres politycznej niestabilności.

Mercator
O mnie Mercator

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka