Jakoś tak się dziwnie składa, że lewicowcy uważają, że kościoły nie powinny być specjalnie traktowane przez państwo. Że ksiądz to taki sam zawód jak każdy inny i co się z tym wiąże powinien płacić takie same podatki.
Jest to rozumowanie może i słuszne (zwłaszcza, gdybyśmy wszyscy płacili podatek pogłówny :D). Ale jak to zwykle u lewicy w pewnym momencie zostaje ono (rozumowanie znaczy się) przerwane w pół drogi. Mianowicie, gdyby zapytać takiego, czy skoro np. piekarz może kandydować do sejmu (na prezydenta, itd.), a ksiądz to taki sam zawód, to czy słusznym wg. niego jest, by i kapłani mogli kandydować? Wtedy zaczynają się schody i dialektyki najróżniejsze. Może ktoś mi wreszcie to wytłumaczy, bo ja pojąć tego nie potrafię, że niby człowiek jak każdy inny, ale jednak w szczególe nie.
(Oczywiście wiem, iż jest to zagadnienie czysto teoretyczne z uwagi na stanowisko Kościoła w tej sprawie)
Właśnie ostatnio przeprowadziłem rozmowę w ten deseń. Najpierw rozmówca twierdził, że wszyscy kapłani nie mają prawa kandydować. Gdy już dialektycznie wyjaśnił mi czemu (to, że nie zrozumiałem, to pewnie moja wina; w sumie nawet coś i o stosach chyba było:D), to na pytanie czy diakon "Wolnego Kościoła Reformowanego" może być politykiem okazało się jednak, że może.
Na trzeźwo nie potrafię tego pojąć...
Mietek


Komentarze
Pokaż komentarze (3)