Tym razem moje spojrzenie po otwarciu przeglądarki padło na artykuł o nowych "uprawnieniach" CBA. Przeczytałam cały artykuł i mimo że włosy się jeżą na głowie, jakoś mnie to nie zdziwiło. Niestety, trzeba rzec. Ale od początku.
Rzecz mianowicie nie w samych uprawnieniach (stały dostęp (!) do danych ZUS dla CBA), które owszem, szokujące, ale może i można jakoś je wytłumaczyć - ale w sposobie ich wprowadzania. Otóż premier wprowadza je ROZPORZĄDZENIEM, którym rozszerza zapisy w ustawie. A Konstytucja mówi, że USTAWA jest nadrzędna wobec rozporządzenia i choćby się to bardzo premierowi nie podobało (a wierzę, że w obecnej sytuacji może się nie podobać) ustawę może zmienić TYLKO parlament.
A czemu mnie to nie dziwi? Nie, nie dlatego, że mam antypisową fobię. Po prostu od X-lat obserwuję podobne postępowanie w wielu dziedzinach, z wyraźnym nastawieniem "a, nie będzie się im chciało z tym walczyć, PAŃSTWO jest zawsze silniejsze.." - widziałam to jednak do tej pory albo w wykonaniu prywatnych stowarzyszeń (nie wiedzieć czemu wykonujących pracę administracji - mowa tutaj o PZŻ) albo, co też szokujące, Sądu Apelacyjnego, który dla "oszczędzenia" Skarbowi Państwa 10 tys. zł wydał orzeczenie niezgodne z prawem - w efekcie Skarb Państwa zapłaci prawdopobnie wielokrotnie więcej. SKARB PAŃSTWA - CZYLI MY.
I tu dochodzimy do sedna. Wydając takie rozporządzenie premier działa niezgodnie z prawem. Co ma istotne konsekwencje, bo każdy zatrzymany teraz przez CBA przy wykorzystaniu tegoż "prawa" (celowo w cudzysłowie) będzie mógł uzyskać conajmniej wysokie odszkodowanie przed sądem, jeśli nie być uwolnionym od zarzutów (ponieważ dowody zebrano z naruszeniem prawa).
A odszkodowania zapłacimy MY wszyscy. Niestety, nie Pan Kaczyński.
Lewes, East Sussex, UK, 8 październik





Komentarze
Pokaż komentarze (6)