28 obserwujących
299 notek
409k odsłon
  93   0

Słuchałem dzisiaj wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego

Było dobre. Ale nie bardzo dobre. Brakowało mu wykończenia, nazwania sprawy po imieniu. W czasie sprawowania władzy, wbrew temu co mówi propaganda, starał się być delikatny, miał nadzieję na porozumienie z przeciwnikami, zostawiał otwarte furtki. Nie warto. Nikt tych furtek zauważyć nie chce. 

Dzisiaj także Jarosław Kaczyński starał się te furtki pozostawić, choć uchylone. Nie posuwał się do skrajności, nie określał faktów do końca, tak jak na to zasługują. Myślę, że już nie warto się cackać. Tak czy inaczej, cokolwiek nie powiedział, to i tak natychmiast do roboty biorą się komentatorzy. Na razie widać ich w telewizjach, można coś poczytać w Salonie24.
Żaden z komentatorów i uczonych politologów zupełnie nie zwrócił uwagi na to, co zostało powiedziane. Jeśli chodzi o Salon 24, zaryzykuję tezę, że jako pierwsi wypowiadają się ci, którzy najmniej mają do powiedzenia i posługuja się gotowymi stereotypami. Pierwszy z tych stereotypów podyktował dziś rano zawodowym i amatorskim politologom Zbigniew Chlebowski:
„Kaczyński nie pogodził się z przegraną w demokratycznych wyborach i wciąż przemawia przez niego urażona ambicja”
Jest jeszcze parę takich, propagandowych „slogano-epitetów”. Nie będę ich powtarzał, sensu nie ma.

Wystarczy, że pierwszym z „poważniejszych” komentatorów politycznych w Telewizji Publicznej był Stefan Niesiołowski. TVP ostatnimi czasy urządza sobie z TVN wyścig alaskański, kto kogo prześcignie w czarnej propagandzie.  Żaden z nich nie zwrócił uwagi na to, o czym była mowa, żadnego odniesienia do poruszonych tez.  Żaden z rzeczywistych faktów, ważnych problemów nie doczekał się śladu rzeczowego zastanowienia.

Wyłącznie domysły typu, „co Kaczyński chciał osiągnąć”, domniemania, co miał na myśli, domysły z pogranicza political-fiction i insynuacji. Zero zainteresowania przedmiotem poruszanych spraw.

Już tylko to jest alarmujące. Szczególnie, gdy mowa jest o konkretnych faktach. Szczególnie, gdy chodzi o fakty świadczące o realnym pojawianiu się poważnych zagrożeń dla przyszłości Polski. 

Wtedy, gdy chodzi o przyszłość Polski, mam w nosie to, czy to robotę chrzani Oleksy, Kaczyński albo Tusk.

Na tym polega państwowy punkt widzenia. Już nie domagam się polskiego patriotyzmu, albo troski o polski narodowy intres. W mediach ten język jest wyraźnie niepoprawny politycznie. Widać, gdy ktoś chce powiedzieć coś o Polskich sprawach, to krąży jak pies koło studni i podstępnie wywodzi, że może Polska „mogłaby reprezentować interesy średnich i małych krajów naszego regionu”. Wstydliwy eufemizm. Zgroza. Ludzie zaczynają się wstydzić mówić coś, co powinno być oczywiste.

Temat polskiej racji stanu jest wstydliwy, jak temat praktyk doktora Onana u dzieci w wieku przedszkolnym. Wygląda na to, że nawet Salonowi komentatorzy, myślę o tych najszybszych, pogrążyli się w tej florenckiej chorobie po uszy. Polski interes państwowy, publiczny lub narodowy wywietrzał im z głów całkiem, wyparty komsomolskim i pryncypialnie gorliwym tuskim patriotyzmem partyjnym.

To jest już groźne dla polskiej racji stanu.  Jest już w polskim społeczeństwie narośl złośliwa ludzi, którzy nawet gdy myślą prywatnie, to myślą partyjnie. To jest już partyjnictwo na Orwellowskim poziomie. Policja Myśli już działa.

Z konwencji PiS słyszę ostre sygnały o problemach, o zagrożeniach polskiego interesu narodowego. Wyzwania, wymagające rzeczowego podejścia, konstruktywnego myślenia. Są problemy, za które trzeba się zabrać, szukać najlepszego dla Polski rozwiązania, bez względu na stopień upartyjnienia. 

I nic.
Politologowie turlają słowa, tylko jedno mają na myśli. Jak natręctwo. Wyłącznie interpretacja gry politycznej. Przypomina to trochę reakcję na dźwięk syren alarmowych, wieszczących bliskie już bombardowanie. A politolodzy dyskutują zażarcie, która z partii ma większość przy korbach syren mechanicznych i jakim sposobem, która partia może uzyskać większy wpływ na kręcenie korbą i jakich chwytów używają syreniarze, aby wyć elektrycznie.

Ani jednego słowa na temat realnego zagrożenia i ewentualnych skutków bombardowania.  Uważam, że gdy chodzi o polski interes narodowy, to nadszedł już najwyższy czas na nazywanie rzeczy wprost i po imieniu.

Podam prosty przykład:
Zamieściłem dzisiaj tekst oświadczenia, w którym Jerzy Czartoryski pisze o swojej krzywdzie. Jest skrzywdzony przez konkretną decyzję Radosława Sikorskiego. Zareagowałem dopiero po przejrzeniu kilograma komunikatów i różnych opinii sięgających dawniejszych zdarzeń. Nie teoretyzuję, nie owijam w bawełnę. Reaguję wprost na fakt. Radosław Sikorski wydał instrukcję zakazujacą polskiej dyplomacji kontaktów z konkretnymi osobami, aktywnymi i znaczącymi w społeczności polskiej Polonii. Coś na kształt czarnej listy, która faktycznie jest wyrokiem tajnego sądu kapturowego. Ten tajny wyrok jest wydany zaocznie, bez zdania racji i możliwości obrony, skazuje ludzi i całe społeczne organizacje polonijne na banicję, na infamię i izolację od Ojczyzny. Co jest u diaska, czy w Polsce jeszcze jest demokracja, czy już jest faktyczny zamordyzm?

Lubię to! Skomentuj27 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale