Dawno, dawno temu - tak zaczyna się każda bajka - ewentualnie jeszcze daleko, za siedmioma górami, lasami i morzami, ale nie tym razem, bo zdarzyło się całkiem blisko i niedawno. W bajce było, że biedny Pietrek otumaniony przez Partię Feudalnych Posiadaczy w każdą noc świętojańską zakładał świąteczne łapcie nie noszone z lipowego łyka i wybierał się do pobliskiego lasu w poszukiwaniu kwiatu paproci, o którym ludziska tyle gadali a którego jeszcze nikt nie znalazł ponoć dlatego, że zakwitał na krótko przed północą a gasł zaraz po niej. Wydaje się jednak, że powód braku szczęścia był inny - wprawdzie botanikiem nie jestem, ale ze szkoły pamiętam, że paprocie nieco już ewolucyjnie stare rozmnażają się przez zarodniki nijakich kwiatów nie produkując... Bajkowy Pietrek o tym nie wiedział, bo i skąd niby miał wiedzieć, skoro do szkoły nie chodził i dlatego życie strawił na szukaniu i nic nie znalazł... Nasz Pietrek, bo nie będziemy szukać mu imienia skoro jest pod ręką takie ładne, jako absolwent szkoły rolniczej wiedział, że kwiatu paproci nie ma, choć bajkę zapewne słyszał i o bogactwie marzył... Którejś nocy a przypadkiem była to noc świętojańska, pod wpływem perswazji płynu do mycia szyb zabłądził Pietrek w pobliskim lesie i wizję miał, jak to po płynie do mycia szyb bywa. Na polanie porosłej paprotnikami bielał kwiat cudny w poświacie księżycowej. Zerwał go Pietrek i na sercu schował. Rano, kiedy wytrzeźwiał okazało się, że to nie żaden kwiat tylko kwit do pralni chemicznej na odbiór garnituru, który jakiś turysta zgubić musiał. Pojechał Pietrek do stolicy odebrać ów garnitur, a jakże... Kiedy tak siedział i myślał, co zrobi z garniturem, przyszło mu do łepetyny choć przymierzyć garniaka i zadać nieco szpanu... I czary mary - nie od razu oczywiście, ale stopniowo zaczęło mu sprzyjać szczęście. Co do banku wszedł, to karta kredytowa z limitem 10 000 i tak kilkanaście razy tyle, ile banków było. Wrócił Pietrek do rodzinnej wsi i działkę pod lasem kupił, o której od pacholęcia marzył i dom budować zaczął, ale na fundamentach się skończyło bo funduszy zabrakło. Dwoił się i troił i nic, kredytu nie uzyskał, jedynie kasę stracił niepotrzebnie na ubezpieczenie, na którym zresztą agent go oszukał, bo składkę pobrał za ubezpieczenie domu a nie fundamentów. Nieszczęścia gromadami chodzą ponoć, bo złośliwy sąsiad gruz i śmieci ze swojej działki którejś nocy na Pietrkowe fundamenty wysypał i jakby tego było mało burza straszna i nawałnica szalała nad wsią do rana. Kolejne dni, tygodnie i miesiące dowiodły, że kwiat paproci dba o swego pana. Odszkodowanie ubezpieczyciel musiał wypłacić za zburzony przez nawałnicę dom, jak w oszukanej polisie stało - ślady domu, gruz i wszelkie śmieci były na miejscu... Za uzyskane pieniądze kupił Pietrek 300 ha nieużytków dopiero, co zalesionych przez nadleśnictwo i dostał dopłatę z Unii. W kolejnym sezonie burz i nawałnic już się zabezpieczył i do swojego domu Premiera zaprosił, by zapytać go „panie Premierze jak żyć...” a byłego Premiera poczęstował „obiatem” i z ramienia jego Partii do Sejmu się dostał i żył długo i szczęśliwie...
W tym miejscu zazwyczaj bajki się kończą happy endem, historie z życia wzięte zaś różnie... Ciekawe jest jednak to, że bez względu na to, jaki koniec opowieści, zawsze znajdzie się jakiś mityczny „kwiat paproci”, który opowieść ciekawszą czyni...



Komentarze
Pokaż komentarze