28 obserwujących
212 notek
143k odsłony
1013 odsłon

Nowy Rok z przytupem

Wykop Skomentuj14

W ciąży i przed porodem nie czytałam zbyt wielu poradników. W sumie można by wyliczyć trzy, a jedna z książek była raczej zbiorem odstresowujących i rozśmieszających zadań oraz quizów niż typowym poradnikiem. W każdym razie ja, mając wątpliwości, zwracałam się po radę do starszej siostry – matki wielodzietnej bądź mojej mamy, też matki wielodzietnej, choć już należącej do poprzedniego pokolenia (czyli: mądrej i doświadczonej, ale nieobeznanej we współczesnych nowinkach i „dzieciowych” gadżetach). Udało mi się dzięki temu nie wpaść w histerię z powodu większych i mniejszych obaw, nie dać się porwać w wir wyprawkowych zakupów oraz dobrze się nastawić na poród naturalny i karmienie piersią. Właściwie to nie brałam w ogóle pod uwagę innego scenariusza wydarzeń i, Bogu dzięki, wszystko pomyślnie przebiegło (poród, który był całkowicie niezwykły i dość szalony, ale to oddzielna historia i opowiadałam ją już tyle razy…) i całkiem nieźle udaje nam się do dziś (karmienie i wszystko inne wokół dziecięcia). 

W każdym razie w jednej z tych książek natknęłam się na stwierdzenie, że młoda matka po porodzie zapada się w studnię czasu. Czy jakoś tak. W każdym razie chodziło o to, że siedzi z dzieciątkiem w domu, a właściwie głównie leży, dochodzi do siebie, stara się opanować codzienność, dom, ogarnąć, co jest do zrobienia, a nie zrobi tego mąż, karmi dziecko, śpi, potem przewija, karmi i znów śpi, a czas płynie obok, jest gdzie indziej, a właściwie to nie ma znaczenia ten czas. Całkowicie nieważne jest, kto kogo znowu w telewizji obraził, kto komu wypowiedział wojnę, jaki hit wskoczył na pierwsze miejsce i jakie są premiery w kinach. Tak to właśnie przeżywałam. Zapadłam się w studnię czasu i godzinami przyglądałam się Małej Kruszynce (chyba że sama spałam).

Ale w żadnym poradniku nikt nie wspomniał, że życie poza czasem będzie aż tak intensywne. Oczywiście mam tu na myśli podziwianie Maleństwa, jak rośnie, rozwija się i zdobywa nowe umiejętności, ale także mówię teraz o wszystkich Wydarzeniach, które niedługo po porodzie dosłownie się na nas ZWALIŁY. Z łoskotem.

Mieszkaliśmy w bardzo małej kawalerce na 3. piętrze. Wychodzenie na spacery zawsze było wyzwaniem. Wózek stał spokojnie na dole przy drugim wyjściu z klatki i (choć mieliśmy obawy, czy to się uda) nikomu za bardzo nie przeszkadzał. W każdym razie nigdy nikt nam tam śmieci nie powrzucał. Ale zejście z trzeciego piętra, kiedy samo chodzenie sprawiało trudność, z dzieckiem na rękach, a potem wejście na to piętro z powrotem stanowiło wyzwanie i nie od razu się tego podjęłam. Nie mamy samochodu, więc spacery były tylko po bliskiej okolicy – albo trzeba było się z kimś umawiać na podwózkę i ogarniać całą logistykę przedsięwzięcia. W sytuacji, gdy praktycznie dysponowało się sprawną może ¼ mózgu nie było to łatwe. Czasami czułam, że myślenie, planowanie i rozumienie tego, co, kiedy i dlaczego się dzieje, wręcz fizycznie mnie bolało. Oprócz tego na naszym małym metrażu ledwo dało się pomieścić rzeczy potrzebne do życia, nas dwoje i jeszcze dziecko. No, póki Mała leżała bez ruchu i głównie spała, dało się sytuację jakoś opanować, ale wyobrażenie, jak ona zacznie pełzać po podłodze i przewracać poustawiane na podłodze słoiki z przetworami (których naprawdę nie mieliśmy gdzie schować) albo zrzucać na siebie rzeczy z półek (których naprawdę nie było jak zabezpieczyć), sprawiło, że musieliśmy się stamtąd wyprowadzić. Tylko że ceny mieszkań aktualnie, czy kupna czy wynajmu, są niebotyczne i wiedzieliśmy, że na potrzebne nam mieszkanie zwyczajnie nas nie stać. I nie będzie stać jeszcze czas jakiś. Potrzebowaliśmy cudu.

I oto cud się stał. Zobaczyłam ogłoszenie o mieszkaniu, które mieściło się w naszych możliwościach. We wspaniałej okolicy. Na pierwszym piętrze. Położone 10 minut spacerkiem od pracy Męża! Decyzję podjęliśmy prawie z dnia na dzień. Kolejne szczegóły związane z mieszkaniem, które odkrywaliśmy, tylko nas w niej utwierdzały. Był początek listopada. W grudniu przeprowadzka! Wiadomo było od razu, że to niełatwe, bo trzeba zdążyć przed świętami, na które wyjeżdżaliśmy do Gdańska – to zostało postanowione dużo wcześniej…

Ile z tą przeprowadzką mieliśmy kłopotów, to nawet nie mam siły opisywać. Wyszłaby spora książeczka pod tytułem „Zbiór niepowodzeń i nagłych, przykrych niespodzianek w najmniej sprzyjających okolicznościach”. Dość wspomnieć, że z wielu powodów na przeprowadzkę mieliśmy jeden weekend, bez możliwości zmiany tego terminu, a wszyscy (nie wiem, czy wspominałam, że mam liczną rodzinę), których prosiliśmy o pomoc, byli albo chorzy, albo na studiach, albo na wyjeździe, albo w pracy. Naprawdę, sobota, i chyba 5 znajomych facetów w pracy! Mąż też powinien tam być (odpracowywanie jakiegoś tam prawie świątecznego dnia), ale wziął urlop… A ja ciągle z dzieckiem przy piersi. Tylko patrzyłam z coraz większą beznadzieją na te wszystkie rzeczy, które planowałam logicznie i sprawnie pakować… W końcu pomógł nam mój szwagier i jeszcze jeden znajomy. Było ich trzech facetów do ogarnięcia wszystkiego w 3 godziny (rozkładanie mebli, pakowanie „ostatnich” rzeczy, których była jakaś nieskończona ilość, w worki i pudła), bo ja, co brałam się za pakowanie, to zaraz musiałam przewijać i karmić… Kiedy przyjechało dwóch panów z ciężarówką zabrać meble i żartobliwie stwierdzili „ale państwo nieprzygotowani”, to dostałam ataku histerycznego płaczu. Trochę było im chyba głupio…

Wykop Skomentuj14
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości