32 obserwujących
222 notki
152k odsłony
  1049   0

Nowy Rok z przytupem

W ciąży i przed porodem nie czytałam zbyt wielu poradników. W sumie można by wyliczyć trzy, a jedna z książek była raczej zbiorem odstresowujących i rozśmieszających zadań oraz quizów niż typowym poradnikiem. W każdym razie ja, mając wątpliwości, zwracałam się po radę do starszej siostry – matki wielodzietnej bądź mojej mamy, też matki wielodzietnej, choć już należącej do poprzedniego pokolenia (czyli: mądrej i doświadczonej, ale nieobeznanej we współczesnych nowinkach i „dzieciowych” gadżetach). Udało mi się dzięki temu nie wpaść w histerię z powodu większych i mniejszych obaw, nie dać się porwać w wir wyprawkowych zakupów oraz dobrze się nastawić na poród naturalny i karmienie piersią. Właściwie to nie brałam w ogóle pod uwagę innego scenariusza wydarzeń i, Bogu dzięki, wszystko pomyślnie przebiegło (poród, który był całkowicie niezwykły i dość szalony, ale to oddzielna historia i opowiadałam ją już tyle razy…) i całkiem nieźle udaje nam się do dziś (karmienie i wszystko inne wokół dziecięcia). 

W każdym razie w jednej z tych książek natknęłam się na stwierdzenie, że młoda matka po porodzie zapada się w studnię czasu. Czy jakoś tak. W każdym razie chodziło o to, że siedzi z dzieciątkiem w domu, a właściwie głównie leży, dochodzi do siebie, stara się opanować codzienność, dom, ogarnąć, co jest do zrobienia, a nie zrobi tego mąż, karmi dziecko, śpi, potem przewija, karmi i znów śpi, a czas płynie obok, jest gdzie indziej, a właściwie to nie ma znaczenia ten czas. Całkowicie nieważne jest, kto kogo znowu w telewizji obraził, kto komu wypowiedział wojnę, jaki hit wskoczył na pierwsze miejsce i jakie są premiery w kinach. Tak to właśnie przeżywałam. Zapadłam się w studnię czasu i godzinami przyglądałam się Małej Kruszynce (chyba że sama spałam).

Ale w żadnym poradniku nikt nie wspomniał, że życie poza czasem będzie aż tak intensywne. Oczywiście mam tu na myśli podziwianie Maleństwa, jak rośnie, rozwija się i zdobywa nowe umiejętności, ale także mówię teraz o wszystkich Wydarzeniach, które niedługo po porodzie dosłownie się na nas ZWALIŁY. Z łoskotem.

Mieszkaliśmy w bardzo małej kawalerce na 3. piętrze. Wychodzenie na spacery zawsze było wyzwaniem. Wózek stał spokojnie na dole przy drugim wyjściu z klatki i (choć mieliśmy obawy, czy to się uda) nikomu za bardzo nie przeszkadzał. W każdym razie nigdy nikt nam tam śmieci nie powrzucał. Ale zejście z trzeciego piętra, kiedy samo chodzenie sprawiało trudność, z dzieckiem na rękach, a potem wejście na to piętro z powrotem stanowiło wyzwanie i nie od razu się tego podjęłam. Nie mamy samochodu, więc spacery były tylko po bliskiej okolicy – albo trzeba było się z kimś umawiać na podwózkę i ogarniać całą logistykę przedsięwzięcia. W sytuacji, gdy praktycznie dysponowało się sprawną może ¼ mózgu nie było to łatwe. Czasami czułam, że myślenie, planowanie i rozumienie tego, co, kiedy i dlaczego się dzieje, wręcz fizycznie mnie bolało. Oprócz tego na naszym małym metrażu ledwo dało się pomieścić rzeczy potrzebne do życia, nas dwoje i jeszcze dziecko. No, póki Mała leżała bez ruchu i głównie spała, dało się sytuację jakoś opanować, ale wyobrażenie, jak ona zacznie pełzać po podłodze i przewracać poustawiane na podłodze słoiki z przetworami (których naprawdę nie mieliśmy gdzie schować) albo zrzucać na siebie rzeczy z półek (których naprawdę nie było jak zabezpieczyć), sprawiło, że musieliśmy się stamtąd wyprowadzić. Tylko że ceny mieszkań aktualnie, czy kupna czy wynajmu, są niebotyczne i wiedzieliśmy, że na potrzebne nam mieszkanie zwyczajnie nas nie stać. I nie będzie stać jeszcze czas jakiś. Potrzebowaliśmy cudu.

I oto cud się stał. Zobaczyłam ogłoszenie o mieszkaniu, które mieściło się w naszych możliwościach. We wspaniałej okolicy. Na pierwszym piętrze. Położone 10 minut spacerkiem od pracy Męża! Decyzję podjęliśmy prawie z dnia na dzień. Kolejne szczegóły związane z mieszkaniem, które odkrywaliśmy, tylko nas w niej utwierdzały. Był początek listopada. W grudniu przeprowadzka! Wiadomo było od razu, że to niełatwe, bo trzeba zdążyć przed świętami, na które wyjeżdżaliśmy do Gdańska – to zostało postanowione dużo wcześniej…

Ile z tą przeprowadzką mieliśmy kłopotów, to nawet nie mam siły opisywać. Wyszłaby spora książeczka pod tytułem „Zbiór niepowodzeń i nagłych, przykrych niespodzianek w najmniej sprzyjających okolicznościach”. Dość wspomnieć, że z wielu powodów na przeprowadzkę mieliśmy jeden weekend, bez możliwości zmiany tego terminu, a wszyscy (nie wiem, czy wspominałam, że mam liczną rodzinę), których prosiliśmy o pomoc, byli albo chorzy, albo na studiach, albo na wyjeździe, albo w pracy. Naprawdę, sobota, i chyba 5 znajomych facetów w pracy! Mąż też powinien tam być (odpracowywanie jakiegoś tam prawie świątecznego dnia), ale wziął urlop… A ja ciągle z dzieckiem przy piersi. Tylko patrzyłam z coraz większą beznadzieją na te wszystkie rzeczy, które planowałam logicznie i sprawnie pakować… W końcu pomógł nam mój szwagier i jeszcze jeden znajomy. Było ich trzech facetów do ogarnięcia wszystkiego w 3 godziny (rozkładanie mebli, pakowanie „ostatnich” rzeczy, których była jakaś nieskończona ilość, w worki i pudła), bo ja, co brałam się za pakowanie, to zaraz musiałam przewijać i karmić… Kiedy przyjechało dwóch panów z ciężarówką zabrać meble i żartobliwie stwierdzili „ale państwo nieprzygotowani”, to dostałam ataku histerycznego płaczu. Trochę było im chyba głupio…

Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości