28 obserwujących
213 notek
144k odsłony
595 odsłon

Ten inny czas

Wykop Skomentuj40

Powiadają, że człowiek się zmienia. A szczególnie kobieta. Teraz jednak nie chodzi mi o różnice w zachowaniu wynikające z różnych stanów emocjonalnych, a raczej o zmiany postaw, myślenia, zachowania, kształtujące się i ewoluujące przez kolejne lata życia. Zostaliśmy stworzeni do rozwoju, zarówno własnego, jak i rozwijania wszystkiego, czego się dotkniemy. Wiadomo, wychodzi raz lepiej, raz gorzej, ale jako ludzkość chyba sobie poradziliśmy z tym zadaniem nienajgorzej. Tu pojawia się pytanie: jak poradziłam sobie z tym jako jednostka - osoba - ja?

Nie będę się bawić w żadne oceny, bo zawsze w takich wypadkach daję sobie noty ujemne. Ale chciałam spisać kilka moich obserwacji, które w ostatnim czasie tłuką mi się po czaszce. Bywa, że zaboli...

Pamiętam trochę siebie ze szkolnych czasów. Gimnazjum to był moment, kiedy trzeba było w gronie kolegów i koleżanek poruszać wszelkie kontrowersyjne, trudne tematy i wypowiadać się z pewnością znawcy i werwą wojującego aktywisty. Szczególnie na mało lubianych lekcjach koledzy lubili rozpętywać dyskusje, nad którymi drobna, zahukana nauczycielka zupełnie przestawała panować. A ja musiałam się w te dyskusje wdawać, wygłaszać opinie stanowczo mniej popularne i nielubiane przez większość. A potem, chyba żeby dopiec owej większości, musiałam bezczelnie i złośliwie moje zdanie podpierać argumentami trudnymi do zbicia. Nie przydawało mi to popularności, ale na pewno sprawiało, że byłam rozpoznawalna (czytaj: wytykana palcami). Nie należałam do "fajnych", granych uczniów. Ale byłam dumna z tego, że mam swoje zdanie, które umiem uzasadnić. Przy tym niektórzy przerywali dyskusję ze mną nie dlatego, żeby zostali do czegokolwiek przekonani, tylko dlatego, że mieli mnie dosyć.

W liceum byliśmy starsi, mniej krzykliwi i kłótliwi (chociaż, muszę przyznać, to ostatnie już zależało od poruszanego tematu...). Już nie zdarzały się sytuacje, żeby rozpętać burzliwą dyskusję na złość nauczycielce. Ale też mieliśmy bardziej przemyślane opinie. I więcej osób umiało je uargumentować oraz nie dać zbić się z pantałyku samym tylko przekonaniem oponenta do jego zdania. Dyskusje były mniej hałaśliwe, za to równie zażarte i na pewno bardziej merytoryczne. Ja przestałam się tak wykłócać, ale nadal stanowczo obstawiałam przy swoim i zawsze umiałam powiedzieć, czemu myślę tak, a nie inaczej.

Umiecie sobie wyobrazić, jak nastolatkowie stojący u progu dorosłości, w stolicy kraju, w szkole uchodzącej za dobrą, na wysokim poziomie, w klasie humanistycznej, dziennikarskiej, czyli w większości zaangażowani w śledzenie polityki, trendów społecznych, kultury i tak dalej - jak oni zareagowali, kiedy oświadczyłam, że ja będę w przyszłości pytać mojego męża, jak mam zagłosować i zaznaczę na karcie to, co on mi powie?

No właśnie.

Na moją głowę wylał się istny wodospad wyrzutów, że jak mogę nie mieć własnego zdania, nie interesować się życiem politycznym, nie doceniać mojego głosu, aktywności obywatelskiej, że to na pewno dlatego, że jestem zbyt głupia lub leniwa, żeby śledzić politykę, rozumieć i rozsądnie wybrać, że to wygodnictwo, lenistwo, że nie doceniam prawa do głosu, o który kobiety tyle lat walczyły, że co, jak mój mąż będzie mi kazał głupoty zaznaczać?

Na co odpowiedziałam spokojnie: "Naprawdę myślisz, że na najbliższego i najważniejszego towarzysza życia wybiorę głupiego człowieka, który udzieli mi złej rady?"

"Ale przecież musisz mieć swoje zdanie!..."

Do dziś się zastanawiam, dlaczego niby muszę. Dlaczego moje zdanie nie może być, według współczesnego, oświeconego społeczeństwa, spójne z człowiekiem, z którym z racji małżeństwa jestem jednością. Ale nie roztrząsajmy tego dłużej, to była tylko jedna z wielu sytuacji, kiedy uważałam inaczej niż większość i nieugięcie przy tym trwałam.

Potem poszłam na studia, na których niestety były przedmioty polegające na wspólnej dyskusji, między innymi Bioetyka. To był moment, kiedy już nie miałam najmniejszej ochoty na te dyskusje. Ale znowu i znowu okazywało się, że jestem jedyną osobą (lub jedną z nielicznych), które mają odwagę wyrazić zdanie inne niż wynikałoby z oficjalnej linii albo z przekonań wykładowcy. I do tego argumentowałam. Być może już mniej bezczelnie, ale nadal nieugięcie. Nie chciałam się w te dyskusje wdawać, ale doszło do tego, że byłam w nie wciągana, że specjalnie mnie pytano. Kiedyś po zażartej obronie normalności wobec zmasowanego ataku liberalnego wyzwolenia, dyskusji w której grupa studentów stała się świadkami szermierki słownej mojej i pani, hm, profesor, usłyszałam: "pani mi imponuje". Nie zgodziła się z żadnym z moich słów, ale była pod wrażeniem, jak rozbijałam każdy z jej argumentów i przykładów, które stawiała nam przed oczy.

Wykop Skomentuj40
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości