33 obserwujących
222 notki
150k odsłon
  629   0

Historia pewnego cudu

Opowiedziana przez Mamę, opisana przez córkę.

To wyjątkowa opowieść . Powinna zapewne rozpocząć  się od przedstawienia głównej bohaterki, czyli: pewnego dnia była sobie mała dziewczynka. Ale ta historia zaczyna się wcześniej – w chwili, gdy dziewczynka nie przyszła jeszcze na świat. Wtedy była sobie pewna młoda kobieta – jej przyszła matka.

Owa kobieta miała męża i troje dzieci – wszyscy urodzili się przez „cesarskie cięcie”. Właśnie przeżyła poród córeczki, która udusiła się pod sam koniec i urodziła już martwa. Straciła ją, tak samo jak pierwszego syna, w wyniku błędów lekarzy. Rok po tym wydarzeniu zaszła ponownie w ciążę. Bardzo się bała, bo wiedziała, że może umrzeć i ona, i to malutkie dziecko. Nie chciała rodzić w szpitalu, którego bała się panicznie. Tam straciła córeczkę rok wcześniej i była pewna, że jeśli tam pójdzie rodzić, to zginie. Czuła, że tam jej nie pomogą, tylko przysporzą bólu i cierpienia.

Owa kobieta była pełna wiary. Wiedziała, że jeśli Bóg postawił ją w takiej sytuacji, to on ją poprowadzi i uratuje – wraz z dzieckiem. Miała też rodzinę i wspólnotę, w której wszyscy się za nią modlili. Postanowiła, że chce rodzić w domu. Że w domu nie dodadzą jej cierpień, nie zrobią krzywdy, a jeśli umrze, to w godziwych warunkach. Szpital był dla niej jak więzienie, gorszy niż śmierć.

Takie rozwiązanie dziś nie jest popularne, a wtedy – prawie osiemnaście lat temu, u schyłku PRLu, było nielegalne. Wtedy dzieci rodziły się tylko w szpitalu. Metodą „po znajomych” kobieta ta dotarła do lekarza, o którym słyszała, że przyjmował porody w domu. Dowiedziała się, że owszem, ale tylko jego własnej żony. Ten lekarz zgodził się prowadzić jej ciążę, ale rodzić kazał w szpitalu. Kobieta zgodziła się, szczęśliwa i wdzięczna nawet za to.

Czas płynął, a ona szukała dalej w tym kierunku. Słyszała o specjaliście z Wielkiej Brytanii, który przyjmował porody w domu, ale sprowadzać go do Polski?… Za dużo zachodu, za mało pieniędzy, niemożliwe.

W końcu lekarz, który prowadził jej ciążę, zgodził się przyjąć poród w domu, pod warunkiem, że będzie przy nim wykwalifikowana położna. Kobieta szukała położnej, modliła się i czekała na to malutkie dziecko, które już bardzo kochała. Wysprzątała cały dom, nawet wiecznie zagracony strych. I dużo chodziła. Była już zmęczona, ale właściwie czuła się dobrze.

W niedzielę pojechała, wraz ze wspólnotą by spędzić dzień na modlitwie. A we wtorek zaczęła rodzić. Gdy rozpoczęła się akcja porodowa, mąż zawiózł ją do lekarza. On gdy ją zobaczył, kazał natychmiast wracać do domu. Postanowił sam przyjąć ten poród, z pomocą swej żony. Pod domem stał w pogotowiu samochód, żeby natychmiast jechać do szpitala, gdyby działo się cokolwiek groźnego.

Poród był długi i trudny, a mała – jak się później okazało – dziewczynka urodziła się bardzo, bardzo zmęczona. Żona lekarza gdy ją zobaczyła, wykrzyknęła: „Urodziła się w czepku!” Zdarza się to rzadko, że dziecko przebijając błony płodowe nie rodzi się z czystą główką, lecz ma na niej błony, co przypomina czepek. O takich dzieciach mówi się, że będą miały w życiu szczęście…

Dziewczynka urodziła się bardzo słaba, w częściowej zamartwicy, nie miała nawet sił, by płakać. Lekarz masował ją delikatnie, przywracając do życia. W końcu zaczęła kwilić i popiskiwać. Umyto ja i zawinięto w ręcznik, ponieważ kobieta nie miała sił, by mówić czy robić cokolwiek, a mąż jej nie miał pojęcia, gdzie są jeszcze nie rozpakowane ubranka. W końcu kobieta mogła odpocząć. Ułożono jej córeczkę obok niej i obie poszły spać.

Ale nie dano im odpoczywac spokojnie, bo wtedy właśnie wydarzyła się wielce zabawna rzecz... Był wtedy w domu pies – szczeniak, owczarek niemiecki. Miał już parę miesięcy i był dość duży. Ów pies był bardzo przywiązany do swej pani, lubił z nią spać. A tu nagle przez tyle czasu pani nie widział, zamknięto ja w pokoju, a psa wypędzono. Gdy tylko otwarto drzwi piesek pędem wbiegł do pokoju i wskoczył na łóżko obok swej pani, prosto na świeżo urodzone niemowlę!… Psa od razu wypędzono, a mama z córeczką mogły dalej odpoczywać bez zakłóceń. A w pamięci rodziny pozostała anegdotka.

W tym czasie starsza córka owej kobiety byłą u babci. Słyszała, jak szczęśliwy tata dzwonił do babci, mówiąc, że ma córkę. „Jak ma na imię? Bogusia”. Starsza córka się zgorszyła: „Tak brzydko?!” W końcu pogodziła się z Bogusią jako zdrobnieniem od Bogusławy, mówiąc, że to imię Bogumiła jej się nie podoba. Babcia stwierdziła, że ze względu na okoliczności urodzenia – zagrożenie życia matki i dziecka – dziewczynka powinna nazywać się tak, jak jej mama: Teresa. Ale rodzice razem wybrali imię Bogusława, pod natchnieniem Ducha Świętego: jej życie ma sławić Boga, bo tylko dzięki Jego łasce się urodziła. Imię Teresa nadano jej jako drugie.

I tak się stało, że na świat przyszła Bogusława Teresa. Choć urodziła się nielegalnie i nie chciano się jej zarejestrować z powodu braku karty ze szpitala… Jednak udało się i to zrobić,  i dziewuszka żyje na świecie do dziś, prawie osiemnaście lat. To jestem ja. Mam także dwoje młodszego rodzeństwa, Jana i Marię, którzy również rodzili się w domu, z różnymi perypetiami. Lekarz, który przyjmował poród jest moim chrzestnym, a mamą chrzestną jest ciocia Agnieszka, która zupełnie niechcący zjawiła się w tym czasie w domu rodziców i była świadkiem całego zdarzenia.

Każe dziecko jest cudem. A ja jestem cudem wielkim i wielokrotnym, a moje życie jest łaską od Boga. Nie ma świętej Bogusławy, dlatego jako patrona z Chrztu rodzice wybrali dla mnie Trójcę Przenajświętszą. Mam wrażenie, że moje życie przez te lata było prowadzone – przez wyjątkowego patrona, samego Boga.

Chciałabym pod koniec życia móc powiedzieć, że wszystkie przeżyte lata były tak samo CUDOWNE, jak moje urodzenie.

Lubię to! Skomentuj20 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale