33 obserwujących
222 notki
150k odsłon
  576   0

Kraków inaczej

Pozazdrościłam Sosence wojaży i sama pojechałam...

Mam w klasie koleżankę, która osiem lat mieszkała w Krakowie. Dopiero dwa lata temu przeprowadziła się do Warszawy. Jak łatwo się domyślić, Kraków bardzo kocha, a poza tym ma tam mnóstwo znajomych. Korzystając z faktu, iż mamy bardzo długi weekend (5. i 6. maja były pisemne matury z polskiego i angielskiego, które pisały właściwie całe klasy trzecie; drugie i pierwsze szczęśliwie miały w te dni wolne), wybraliśmy się do Krakowa właśnie, by poznać to miasto i zobaczyć zachwalane przez wszystkich cuda architektury oraz obiekty historyczne na własne oczy.

 

Wsiąść do pociągu byle jakiego...

Wstałam rano wściekle niewyspana, ponieważ pakowałam się na wyjazd poprzedniego dnia w środku nocy. Około 23.00 biegłam jeszcze na Centralny, żeby się dowiedzieć skąd i o której odjeżdża nasz pociąg. Stresując się strasznie dotarłam na peron pół godziny przed odjazdem pociągu. Stacja Warszawa Śródmieście (z powodu przebudowy torów pociąg do Zakopanego przez Kraków nie stawał przy Centralnym, tylko przy Śródmieściu właśnie) stanowi wyjątkowo przykry widok: szaro, ponuro, przykro, brudno i nawet usiąść nie ma gdzie...

Przed dworcem zaczepił mnie pewien człowiek. Mówi, że nie ma gdzie mieszkać, nie ma pracy, że śpi na dworcu i nie prosi mnie o pieniądze, tylko że od paru dni nic nie jadł; prosi, żebym w barze obok kupiła mu cokolwiek do jedzenia. Zastanowiłam się chwilę, bo pieniędzy miałam dokładnie tyle, ile potrzebowałam na wyjazd. W końcu oddałam mu z prowiantu, który miałam przy sobie, paczkę parówek. Odszedł, dziękując mi z wielką i radością. Jakich to ludzi można spotkać, będąc w drodze...

Pociąg przyjechał ze spóźnieniem pięciominutowym. Wsiadłam do niego i zajęłam przedział dla mnie i reszty towarzystwa, którzy się dosiedli na dworcu Warszawa Zachodnia. Wraz z nami siedział w przedziale ciekawy człowiek: socjolog, z zamiłowania historyk; urządził nam wykład historyczny. Takich rzeczy nie można dowiedzieć się w szkole...

 

Teraz możemy wyjść "na pole"...

Dojechaliśmy! Najpierw pobiegliśmy coś zjeść, a potem, wedle wcześniejszej umowy, przeszliśmy Floriańską na Rynek i byliśmy na Mszy Świętej w kościele Mariackim. Niesamowita sprawa. Zawsze miałam wrażenie, że takie kościoły można zwiedzać, ale żeby móc być w tak pięknej świątyni na Eucharystii, to było dla mnie niesamowite... Ale nawet tam nie było dobrego organisty ;).

Pierwszy raz zobaczyłam Sukiennice, wieżę Ratusza, podziwiałam dwie wieże kościoła Mariackiego - z zewnątrz tak samo piękny jak i w środku. Tego samego dnia wybraliśmy się jeszcze do kawiarni "Młoda Nowa Polska" i pojechaliśmy się zakwaterować w hostelu.

Przy tym też nie obyło się bez przygód. Koleżanka organizująca nie dodzwoniła się do właściciela i najpierw dobijaliśmy się do zamkniętych drzwi hostelu, a potem czekaliśmy pół godziny, aż właściciel przyjedzie i wręczy nam nasz klucz. W końcu udało się i to. Mogliśmy po trudach podróży zjeść kolację (sama szykowalam kanapeczki) i zmyć z siebie kurz "przydrożny".

 

Tak minął wieczór i poranek, dzień pierwszy.

Kolejny dzień - niedziela - był ponury i deszczowy. Tego dnia chodziliśmy najwięcej. Buty przemokły mi najpierw od dołu, a potem od góry; przez resztę dnia tylko równomiernie mi w nich chlapało. Poza tym dotychczas czuję pod stopami ten żwir, który się w środku nich nazbierał.

Byliśmy na Starym Mieście - widzieliśmy kościół Franciszkanów i św. Anny, przeszliśmy Sukiennice, kupiłam rodzinie korale - każdemu inne, brat tez dostał :).Piwnicę pod Baranami zobaczyliśmy z zewnątrz jedynie. Potem poszliśmy naturalnie na Wawel. Zamku nie zwiedzaliśmy. I tak zaskoczeniem były bilety za wstęp do Katedry. W końcu zapłaciliśmy, co się należało i mogliśmy podziwiać grobowce Królów, dzwon Zygmunta (ale się bałam tych schodów...) i samą Katedrę.

 

Zdobyłam smoka!

Potem poszliśmy do smoka wawelskiego. Stwierdziłam, że raz się żyje i wlazłam na kamień; stanęłam pod smokiem. Tak się zdenerwował, że zionął ogniem. Na zdjęciu tego nie widać, niestety...

Potem było dalsze pamiątkowanie i nareszcie obiad... Po obiedzie towarzycho robiło zakupy kolacyjno-śniadaniowe, a ja suszyłam nogi i buty (siedząc przy fontannie :D). Niewiele to pomogło, ale przynajmniej nie chlapałam na każdym kroku.

Wieczorem włóczyliśmy się po Plantach. Śpiewałam z koleżanką piosenki z Disneya w dwóch językach.

 

Nie licząc dni, godzin i lat...

Kolejnego dnia oglądaliśmy Kraków nie historyczny, tylko codzienny. Zwiedzaliśmy stare kąty naszej koleżanki. Wpadliśmy do ciuchacza - kupiłam naprawdę piękną bluzkę :). Poza tym byliśmy w szkole, do której koleżaka chodziła. A potem udawaliśmy, że mamy o wiele mniej lat i wcale nie czeka nas za rok matura... Poszliśmy na plac zabaw i chyba godzinę spędziliśmy na huśtawkach. Zabawa była przednia.

Po południu poznaliśmy masę starych znajmonych naszej koleżanki. Włóczyliśmy się po pubach, a potem pojechaliśmy do hostelu grać w karty... Wesołe miasteczko odjechało dzień wczesniej i mój wymarzony Diabelski Młyn odpłynął po raz kolejny w niebyt.

 

U Mickiewicza na kolanach

Ostatniego dnia naszego pobytu w Krakowie włóczyliśmy się po Kazimierzu oraz ogólnie szykowaliśmy do odjazdu. Koleżanki dwie dokupowały ostatnie drobiazgi, a ja odkryłam swoje dwie wymarzone sukienki w sklepie. Obfotografowałam je, więc nie zapomnę, jaką bym chciała miec na studniówkę :)... Siedziałam pod Mickiewiczem, obok jednej z postaci przy jego pomniku. Bardzo wygodnie mi tam było... Potem poszliśmy na najlepsze lody w mieście - naprawdę znakomite! Aż w końcu trzeba było się zbierać, bo jak wiadomo pociąg nie poczeka...

 

To już jest koniec, nie ma już nic...

W drodze powrotnej zachwyciłam towarzystwo moją bajką. Wzięłam ją ze sobą z chlubnym zamiarem pisania dalszego ciągu, ale oczywiście nie miałam kiedy, więc nie napisałam nic. Wspominaliśmy, jak było fajnie i żałowaliśmy, że już się skończył ten wspaniały czas zabawy i swobody... Każdy przynajmniej raz westchnął, że to chyba wczoraj wyruszaliśmy do Krakowa, a teraz - tak szybko - trzeba wracać... Przyszłoroczny długi weekend mamy z głowy - matura - więc postanowiliśmy pojechać do Krakowa oblewać po zdaniu egzaminów, a jak!

***

To miasto jest zupełnie inne niż Warszawa. Zgodnie uznaliśmy, że bardzo dobrze, iż nie jest stolicą. Straciło by swój unikalny klimat spokoju; w Warszawie wszytko dzieje się w takim pośpiechu, tam się tego zupełnie nie czuje. Poza tym przeraził mnie autobus bez trasy w środku - trzeba jechać na czuja! Sama umarłabym ze strachu, że dojadę takim autobusem nie tam, gdzie trzeba. No i trzywagonowy tramwaj też wyglądał nieźle. Co kraj to obyczaj... Ale tak samo zgodnie uznaliśmy, że wszyscy moglibyśmy tam mieszkać, a studiować, to już na pewno... No to jak - składać papiery na Jagiellonkę?...

Lubię to! Skomentuj41 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale