28 obserwujących
210 notek
139k odsłon
445 odsłon

Lekcje pokory i ostatnie dni wielkiego oczekiwania

czekając na Malutką
czekając na Malutką
Wykop Skomentuj10

Te ostatnie dni są już bardzo męczące. Dotychczas przeżywałam dni "parzyste i nieparzyste", teraz mam wrażenie, że dostały mi się już tylko te nieparzyste. W domu tyle do zrobienia, a ja nie mam na nic sił. Męczy mnie nawet siedzenie. Męczy mnie czytanie. Męczy mnie spanie (bo mam tak nerwowe sny...). Właściwie nie mam na co narzekać: opuchlizna ze stóp mi zeszła. Jak akurat nie zaczną mi nogi drętwieć (a ostatnio także dłonie), to właściwie nie mam żadnych kłopotliwych ciążowych objawów. Dzidzia się cały czas dziarsko rusza, chociaż ostatnio mam wrażenie, że postanowiła wyskoczyć mi przez gardło. Zsunęła się w dół, uznała, że jej tam mało wygodnie i wróciła na górę... Tak to przynajmniej odczuwam, bo nie mam prawie w ogóle powierzchni płuc do dyspozycji. Żołądek też ma niewiele miejsca i chodzę ciągle głodna. A jak wreszcie mogę się najeść, to potem ciężko to odpokutowuję - miejsce dotąd przynależne jelitom też zostało zajęte. I już ;).

Z drugiej strony nie przybyło mi zbyt dużo i to jest pocieszające (od początku ciąży i ja, i doktor i bliscy - przyznajcie, że tak było - baliśmy się, że zamienię się w małego wieloryba). Tymczasem wszystko rozwija się harmonijnie i przepisowo, a ja nie przybyłam więcej niż 10 kg. Na całą ciążę. Przy tym mam wrażenie, że dzidzia jest z tych dużych i naprawdę co urosło, to jej sprawka ;).

Do terminu wyliczonego według lekarskich magicznych metod został tydzień.

Dom może nie jest do końca przygotowany i uporządkowany, ale przynajmniej wszystko co trzeba zostało załatwione. Kołyska stoi, złożona i gotowa, wraz ze specjalnym dzidziusiowym kocykiem, który sama wydziergałam (i jest to mój osobisty powód do dumy. Pierwsza szydełkowa robótka w życiu!). Regał na rzeczy córeczki złożony, powoli uzupełniany zestawem niezbędnych artefaktów.  Pieluchy są, chusteczki mokre są, kremiki są. Wanienka kupiona. Zestaw specyfików do pielęgnacji i dzidzi, i mnie, także przygotowany. Torby szpitalne spakowane (choć bez przerwy mam wrażenie, że o czymś ważnym zapomniałam...). Umowa z położną podpisana. Szkoła rodzenia odbyta w całości. Wózek wstępnie przygotowany, bo przecież nie będzie potrzebny od razu, fotelik samochodowy kupiony.

Ubranka w szufladzie uprane, uprasowane, posegregowane na rozmiary, ułożone.
Z ubrankami to w ogóle jest numer nie z tej ziemi: kupiliśmy z mężem jedno opakowanie bodziaków (5 sztuk) i jeden zestaw body+sukieneczka+spodenki. A moja córka ma już teraz więcej ubrań niż ja :D. Dostałam tyle rzeczy od siostry, przyjaciółki, szwagierek, znajomych - i z Warszawy i z Gdańska - że teraz to już chyba naprawdę mam wszystko... To znaczy, córeczka ma wszystko, czego będzie potrzebować. I dużo więcej ;). Z resztą nie tylko ubranek. Samych kocyków ma cztery. Najmniej mamy zabawek - i bardzo dobrze. Nasze minimalne mieszkanko naprawdę więcej póki co nie pomieści. I tylko nie wiem, co sugerować jako prezent dla Malutkiej wszystkim ciotkom, babciom i kuzynkom, bo naprawdę... ;)

* * *

O porodzie starałam się nie myśleć.

Ale zbliża się wielkimi krokami, nie da się tego zmienić, dzidzia w środku przestanie się mieścić i będzie chciała wyjrzeć na zewnątrz, trzeba jej w tym pomóc. Dużo było o tym mowy podczas Szkoły Rodzenia i na spotkaniu z położną. Trudno jest się nie bać. Poszłam za udzieloną mi radą i napisałam list do córeczki, w którym wypisałam obawy... oraz wszelkie nadzieje związane z jej przyjściem na ten świat. Trochę pomogło. Ale najważniejsze okazały się dla mnie dwa krótkie zdania, które Irena Chołuj zamieściła w swojej książce "Urodzić razem i naturalnie" - już w samym wstępie:
"Wciąż marzę o tym, by kobiety mogły rodzić zgodnie z fizjologią rodzenia i by wszystkie położne dostosowywały się do tej fizjologii i do rzeczywistych potrzeb swoich rodzących. Moim marzeniem jest też, by kobiety uwierzyły, że mogą rodzić samodzielnie, że naprawdę potrafią".

Pierwszego się nie bałam, bo starannie przemyśleliśmy z mężem wybór szpitala i przyjrzeliśmy się tam wszystkiemu, czemu się da. Ale w to drugie zdanie w ogóle nie wierzyłam. To w końcu moja pierwsza ciąża. Niby skąd mam wiedzieć jak rodzić? Dotąd tego nie robiłam. A pani Irena przekonuje, że ja to wiem. Że to jest wpisane w organizm, który sobie poradzi, jeśli tylko dać mu szansę i nie utrudniać zbędnymi zabiegami i stresem. To jedno krótkie zdanie pomogło mi odzyskać równowagę. I teraz z dzidzią spokojnie czekamy na moment, który ona wybierze, a ja zaobserwuję. Oczywiście na tyle spokojnie, na ile pozwala zmęczenie i nieco rozchwiany nastrój. Nie wiem, co bym w tym wszystkim zrobiła bez mojego Męża, który jest moją podporą, równowagą, rozsądkiem, pamięcią, no i w ogóle najukochańszym człowiekiem na ziemi. Lepszego dostać nie mogłam :). Nie wyobrażam sobie przeżywania tego czasu samotnie. To byłby prawdziwy koszmar. Teraz i tak jest trudno, ale widzę, jak bardzo Mąż mi pomaga i ile robi, przy nas i dla nas. A potem, wiadomo, będzie tylko trudniej, będziemy się wszystkiego musieli nauczyć i odnaleźć w życiu z Malutką. Ale tego się nie boimy, na to bardzo czekamy :).

* * *

Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości