Polska prezydencja w UE ma kosztować nasze państwo około 430 mln złotych. To dużo, jeśli jej efektem miałoby być tylko kilka ładnych fotografii Donalda Tuska w towarzystwie europejskich głów państw, w czasie polskiej kampanii wyborczej. Bo do tego może się polska prezydencja ograniczyć, jeśli zaakceptowane zostaną priorytety rządu, zaprezentowane do tej pory. Są to wieloletnich Ramy Finansowe 2014-2020, stosunki ze Wschodem, rynek wewnętrzny, wzmocnienie zewnętrznej polityki energetycznej UE, wspólna polityka bezpieczeństwa i obrony oraz wykorzystanie kapitału intelektualnego Europy. Cele to zbożne, ale bez określenia konkretnych, podkreślam – konkretnych, efektów polskiej prezydencji, pozostaną one jedynie sympatycznymi tematami do dyskusji dla eurokratów. W dodatku przeprowadzanymi przy miłych obiadkach za nasze pieniądze. 430 mln złotych to za dużo, by kupować za nie „foto opportunity” dla kampanii wyborczej PO. Dlatego dopóki rząd nie zaproponuje choć jednego celu, który będzie konkretnym zobowiązaniem, jasnym celem UE (korzystnym w dodatku dla Polski), namacalnym faktem, dopóty trzeba będzie traktować rządowe przygotowania do polskiej prezydencji jako część marketingowej zabawy, tak charakterystycznej dla obecnej ekipy rządzącej.
Niestety, piątkowa debata w Sejmie na ten temat nie przyniosła żadnych konkretów – rząd przedstawił swoje „ble, ble” o „wykorzystywaniu kapitału intelektualnego Europy”, a SLD i PiS niczego ciekawego nie wniosły. Jedyną formacją, która zaproponowała przyjęcie ambitnego i ważnego dla Polski priorytetu, była PJN. Wyszliśmy z pomysłem, by w grudniu 2011 roku, dokładnie w 20 lat po rozpadzie ZSRR i podpisaniu przez RP układu stowarzyszeniowego, podobny układ Unia Europejska podpisała z Ukrainą. Nie trzeba chyba tłumaczyć jak ważnym dla naszego kraju jest członkostwo Ukrainy w strukturach europejskich i euroatlantyckich.
Przyjęcie tego priorytetu przez polski rząd byłoby niezwykle ważnym testem na wiarygodność opowieści Donalda Tuska o tym, jakież to on ma świetne kontakty i relacje w Unii. Tego typu kontakty i relacje nie są same dla siebie, ale dla osiągania dzięki nim konkretnych korzyści dla danego kraju. Jeśli więc obecny gabinet ma takie doskonałe relacje w Europie, to niech przyjmie postulat PJN i go potem zrealizuje. To będzie prawdziwy test na odwagę rządu i na jego skuteczność. Zamiast słodkiego „ble, ble” – wymierzalny i namacalny konkret. I to w dodatku dobry dla Ukrainy, Unii i dla Polski. Panie Premierze, macież wy odwagę Lenina?!
Ze strony PJN mogę zadeklarować pełną współpracę, bowiem jesteśmy wobec obecnego rządu w opozycji, ale tam, gdzie trzeba i należy, potrafimy i będziemy współpracować. Mamy w naszych szeregach wybitnych specjalistów w tej materii (dość wspomnieć Pawła Kowala) i chętnie podzielimy się naszym doświadczeniem i kontaktami. Niech Donald Tusk zdecyduje się na przyjęcie nowego priorytetu polskiej prezydencji, a znajdzie w PJN sensownego partnera w tym zbożnym dziele. Bo taka jest rola opozycji – krytykować i kontrolować rząd, ale tam, gdzie to konieczne – wspierać go dla wspólnego dobra. W imieniu zatem PJN apeluję do rządu o przyjęcie wymiernego i konkretnego priorytetu dla polskiej prezydencji w UE – podpisania umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą.


Komentarze
Pokaż komentarze (47)