Postanowiłem ostatnio, że nadrobię zaległości, i zaznajomię się z rynkiem czasopism historycznych. Interesują mnie tutaj wydawnictwa o charakterze popularno-naukowym, głównie dlatego, że to one, a nie typowo naukowe periodyki (np. Kwartalnik Historyczny) kszatałtują masowe wyobrażenia o przeszłości, mają silniejszą moc oddziaływania. Ważna jest tu kwestia wysokiego nakładu, a także przystępnego języka i braku rozbudowanego aparatu naukowego.
Na pierwszy ogień poszła nowość rynkowa: "Uważam Rze. Historia", numer poświęcony UBkom. Ciężka to była przeprawa dla mnie. Teksty w przeważającej mierze poświęcone XX stuleciu, głównie Polsce, w dodatku podlane martyrologicznym sosem, który miejscami był trudny do zaakceptowania. Pełno militariów, krwi, potu, łez. Autorzy wyszli z założenia, że o trudnych tematach należy pisać, stanąwszy uprzednio po którejś stronie barykady. Odwoływać się do emocji: dumy, patriotyzmu (pojmowanego po dawnemu). Trudno czytać takie teksty. Zwłaszcza takie traktujące o trudnych z punktu widzenia narodowej historii tematów. Nie powinno się pisać o Kresach w taki sposób, jak to zrobiła Ewa Siemaszko. Ciągłe rozdrapywanie ran, epatowanie okrucieństwem, załączanie drastycznych zdjęć ofiar mordu - dzeci. Tekstów w innych "klimatach" w zasadzie nie było - poza paroma wyjątkami, które pojawiły się pewnie rzutem na taśmę. Mimo powyższego, trzeba przyznać, że teksty są poważne, pogłębione, wyczerpujące. Nie zmienia to faktu, że jest to historia zaangażowana, nieobiektywna, służąca czemuś - pisał o tym Paweł Lisicki we wstępniaku.
Teraz pora na opis innej inicjatywy: "Newsweek Historia". Pierwotnie ukazał się jako "wydanie specjalne" Newsweeka, po dobrej sprzedaży pierwszegp numeru zadecydowano jednak, że pismo będzie dwumiesięcznikiem. W ręku mam numer drugi z br. Z okładki spogląda na czytelnika nobliwa Elżbieta II. Temat przewodni - Windsorowie. Wszystkie teksty mają jednego autora - Marka Rybarczyka. Spojrzenie oklepane, często uskuteczniane w tygodnikach opinii. Typowe tematy dla gawiedzi - romanse, zdrady, skarby i sekrety związane z rodziną królewską. Bardzo dużo kolorowych zdjęć, jak dla mnie za dużo. Problemy brytyjskiej monarchii przedstawione z dzisiejszego punktu widzenia, bez refleksji historycznej, głębszego zanurzenia się w dzieje. A przecież Windsorowie - można powiedzieć parafrazując socjologa - to dynastia z krótką historią, ale długą przeszłością. Historia liczona od 1917 r., gdy Jerzy V przechrzcił rodzinę z powodów politycznych. Ale korzeni i uwikłań dynastycznych tak łatwo zmienić się nie da. Autor zapomina o tej długiej przeszłości, która jest niemiecka. Windsorowie to tak naprawdę Koburgowie, a jeśli spojrzeć głębiej - Wettynowie.
Tak popularną prezentację można wybaczyć - numer sygnowany jest bowiem jako "wydanie specjalne", z okazji 60 rocznicy panowania Elżbiety II. To sporo tłumaczy. A jak sprawa wygląda z innymi tekstami? Panuje różnorodność. Mamy zarówno krótkie teksty jednostrnicowe, jak i i te o większej objętości. Od starożytności do dziejów najnowszych. Różne specjalizacje czy nauki pokrewne historii: archeologia, historia gospodarcza, historia medycyny, militaria i wojskowość, historia społeczna. Jest też i historia polityczna, w zdrowych proporcjach w stosunku do innych subdyscyplin. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Możemy poczytać m.in o tym jak Adolf H. ukrywał istnienie swoich krewnych. O pewnej dzieciobójczyni w II RP. O antycznych pseudokibicach. O obrzędach druidów... Naturalnie, w takich sytuacjach pojawia się zarzut przypadkowego doboru treści, brak wspólnego mianownika. Coś w tym jest, jeśli spojrzeć na spis tematów i brak wyraźnie wyodrębnionych działów. To sugeruje brak przewidywalności co do tego, o czym przeczytamy w następnym numerze. Rzecz zdumiewająca, jeśli brać pod uwagę, że jest to jednak wydawnictwo regularne. Nie obyło się bez błędów merytorycznych w tekstach. Zauważyłem dwa. Autor raportu o Windsorach pisze, że "z Koburgów wywodziła się zarówno królowa Wiktoria, jak i jej mąż książę Albert". W stosunku do Wiktorii to nadużycie - jej matka (też Wiktoria) pochodziła z Koburgów, ale ojciec był z dynastii hanowerskiej - ten drugi fakt świadczy o przynależności dynastycznej. Drugi błąd dotyczy stwierdzenia , że małżonek królowej Elżbiety II, Filip, posiadał "tytuł księcia duńskiej odnogi dynastii Koburg (osadzonej w XIX wieku na tronie Grecji". Królewski małżonek pochodził z Glucksburgów, którzyli byli boczną linią Oldenburgów, nie Koburgów.
Pojęcie "obiektywności" strasznie się zdewaluowało, ale wydaje mi się że można go użyć w stosunku do tekstów z tego czasopisma. Historia nie jest tutaj służką dla innych, "wyższych celów"; nie ma żadnego "ukrytego programu", nikt nachalnie nie narzuca określonej interpretacji dziejów - co tak bardzo raziło w przypadku "URrze. Historia". Niestety, tekstów pogłębionych, wyczerpująco rozwijających temat jest dosyć mało - tego bardzo brakuje, ale trudno zmieścić więcej na 96 stronach. Brakuje też bardziej rozbudowanego działu z opisem nowości wydawniczych. Jedna strona i opis trzech pozycji książkowych - to stanowczo za mało. Konkurencja z "URze" zdecydowanie bardziej sumiennie podeszła do tej sfery - za co można pochwalić.
Nowe wydawnictwo "Newsweeka" rozczaruje czytelnika, który oczekuje poważniejszego pisma historycznego, ale niedzielnego pasjonata zadowoli w pełni.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)