Jakiś czas temu chwaliłem w tej notce Roberta Mazurka za jego niezależny, odważny głos krytykujący przebieg ostatniej rocznicy Katastrofy Smoleńskiej. Dzisiaj z kolei wyrazy uznania należą się Piotrowi Semce, który bodaj jako pierwszy spośród prawicowych komentatorów - precedens! - zdobył się na refleksję, czy aby na pewno sojusz PiS'u z fanatycznym "kibolstwem" był rzeczą rozsądną. Trzeba było kilkunastu miesięcy, przegranych wyborów parlamentarnych, nadszarpnięcia wizerunku partii walczącej z przestępczością (a jakże, stadionową też), oraz zręcznego rozgrywania tego wątku przez Platformę, aby ktoś z ideowego zaplecza partii skonstatował, że tego dłużej utrzymać się nie da, nie ma sensu iść w zaparte. Z resztą, główni aktorzy tego toksycznego związku zaczynają się wykruszać. B. senator Zbigniew Romaszewski grozi pozwem każdemu kto twierdzi, że on bronił "Starucha"; wczoraj zaś Beata Kempa przyznała, że "bardzo serdecznie żałuje" poręczenia. Tylko czekać, aż na dobre rozpocznie się posypywanie głowy popiołem..
Semka napisał w "URZE": "Trzeba jednak wrócić do pytania, czy ta kula u nogi, jaką musi teraz ciągnąć prawica, nie jest efektem dość lekkomyślnego wystąpienia w obronie nie tylko kibiców, ale także kiboli. Czy nie był to błąd, który wlecze się za PiS do dziś. Cóż z tego, że w środowisku kibiców są elementy patriotyczne? Ich najlepsze intencje zawsze przesłonić mogą żywioly destrukcyjne, nad którymi samo środowisko kibiców nie potrafi zapanować(...) I dlatego dla prawicy kibicie oraz kibole to bardzo ryzykowny sojusznik". Teza Autora brzmi mniej więcej tak: PiS kiedyś zauważył, że kibice to patrioci i antykomuniści, więc warto ich "zagospodarować". Niestety, "Gazeta Wyborcza" rozdmuchała przejawy bandytyzmu stadionowego do niebotycznych rozmiarów tak, że sojusz z kibicami zaczął szkodzić. No tak, jak zwykle wszystkiemu winne wrogie media.
Podzielę się prywatną refleksją. Nie warto szukać patriotyzmu na stadionach.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)