Gdy grzech przytłacza swoim rozmiarem, a dusza szuka ukojenia - katolik idzie do spowiedzi. Jak często się to odbywa, to zależy już od samego grzesznika: ciężaru gatunkowego jego występków, wpływu osób trzecich, zdarzeń losowych itd. Minimum, to przynajmniej jedna wizyta w konfesjonale na rok - taki jest obowiązek każdego wiernego. A jak już się trochę grzeszków nagromadzi, a lada dzień Święto, na gwałt ludzie szukają dobrego spowiednika. Dobrego, czyli jakiego? Ano takiego, przed który można się otworzyć; który uważnie wysłucha, mądrze doradzi, i skutecznie wyleczy ducha.
Kiedy w konfesjonale zasiadają redaktorzy z "Gazety Wyborczej", a klęczy Roman Giertych - musi być zabawnie.
Niedoszły uber-wszechpolak jakiś nieswój od jakiegoś czasu. Spokojny, wyważony, przepraszający za rozmaite błędy przeszłości. Były minister mówi, że nie zmienił poglądów "za bardzo", ale palestra wciągnęła go mocno i głęboko, dzięki niej - jak sam twierdzi - dojrzał. "Jako adwokat stykam się z różnymi ludzkimi problemami, słabościami. Gdybym zaczął oceniać moich klientów, to bym zwariował. Człowiek uczy się nie oceniać. Zrobiłem wiele błędów w polityce, szczególnie w warstwie werbalnej. Za często za ostro się wypowiadałem". Redaktorzy Grochal i Szacki biorą Giertycha w krzyżowy ogień pytań, a on raz za razem przeprasza, wycofuje się i tłumaczy.
Spowiednika wybrał sobie wprost przecudownego. Wszak wiadomo, że nikt nie kocha narodowców bardziej niż "Gazeta Wyborcza", nikt tak nie troszczy się o ich dobro. Niegdyś było co prawda parę drobnych nisnasek, ale to już głęboka przeszłość, a tą, jak wiadomo, odgradzamy grubą kreską. I co rusz redaktorzy sondują, czy Giertych przeszedł już na jasną stronę mocy, czy jeszcze nie.
Ciężko rozgryźć Pana Mecenasa, powiedzieć o co mu naprawdę chodzi. Wykluczył rychły powrót do polityki, najbliższe wybory prawie za dwa lata, ale jego flirt z mediami mainstreamowymi coś jednak mówi. Może liczy, że ciemny lud kupi nowego Giertycha, wyważonego, odpowiedzialnego? Przez podobne zabiegi, złagodzenie wizerunku, Jarosław Kaczyński o mało nie wygrał prezydentury w 2010 r. Jak pamiętamy, po finiszu wrócił do radykalnej retoryki - szybko zniszczył kapitał zaufania i współczucia, który zbudował. Giertych póki co nie miał rażącej wpadki, która byłaby dowodem na powrót do "starego". Udało mu się o tyle, że znowu jest popularny i się o nim mówi. Czy ludzie mu ufają? Trudno powiedzieć, bo od ładnych paru lat nie występuje w sondażach zaufania.
Groteskowy spektakl - niechętny spowiednik i cyniczny grzesznik. Bez rachunku sumienia i odpuszczenia grzechów.
Gdzie będzie następny konfesjonał?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)