11 obserwujących
135 notek
61k odsłon
  101   0

Mirys: Droga na skróty

Moje rozczarowanie głównym nurtem polityki osiągnęło w tych wyborach swój szczyt. Pierwsze poczucie zawodu, w okolicach 2007 roku, było bodźcem do czynnego włączenia się w działalność polityczno-społeczną i wstąpienia do Młodych Socjalistów. W moim dotychczasowym aktywizmie wiara w lepszy świat łączyła się z przekonaniem o możliwości zmiany systemu „tradycyjnym” sposobem. Czyli: zakładamy partię, jesteśmy ideowi i konsekwentni, zdobywamy 3%, subwencję, a potem już z górki. Walka wyborcza, Sejm, rządzenie krajem – nic więcej niż tradycyjnie rozumiana polityka. Jednak po tych czterech latach kolejne rozczarowania zasadniczo podkopały moją wiarę w możliwości „tradycyjnych” sposobów.

Oczywiście, można wiele pisać o minionej kampanii: jej absurdach, wpadkach merytorycznych i wizerunkowych kandydatów/kandydatek, i tak dalej. Materiału do tego jest nadto. Można także prowadzić poważne analizy programów partyjnych – albo zastanawiać się, co przyniesie wygrana PO, PiS, wysoki wynik Ruchu Palikota, SLD, PSL czy kogokolwiek innego. Można straszyć, zachęcać, namawiać do głosowania, bo przecież „mój głos się liczy”.

Jednak w momencie, gdy nawet w Stanach Zjednoczonych – wydawałoby się najsilniejszym bastionie najbardziej zdegenerowanego i kontrolowanego przez kapitał systemu politycznego – polityka zaczyna być de factoodzyskiwana przez ludzi (We, the people...), to wszystko jawi się jako pozbawiony znaczenia rytuał. To też w sumie jest banał – obiegowa mądrość, powtarzana czasem wręcz do znudzenia przez aktywistów i aktywistki ruchu lewicowego (i nie tylko). Jednak to, co dzieje się na Wall Street, Puerta del Sol i innych miejscach „okupacji” na nowo wypełnia wytarte, krytyczne analizy znaczeniem. W każdym z tych miejsc tworzony jest od podstaw inny model polityki.Indignadosnie zgodzili się, by uczestniczyć w farsie dotychczasowego systemu politycznego, na warunkach narzuconych z góry i nie podlegających negocjacjom.

Czy można natomiast te wyświechtane analizy krytykujące obecny system polityczny ożywić działaniem w ramach obecnego systemu politycznego? Z takiego przekonania wychodzi przynajmniej część działaczy i działaczek polskich Zielonych. Start z list SLD, jako odrębny programowo i w dużej mierze także wizerunkowo twór, ma być dla nich narzędziem forsowania socjalnej, ekologicznej i progresywnej światopoglądowo polityki. Jednak zarówno etycznie, jak i pragmatycznie, mariaż z SLD jest moim zdaniem nie do obrony. Jak bowiem można liczyć na to, że Sojusz Lewicy Demokratycznej będzie sojusznikiem w walce o prawa pracownicze, świadczenia socjalne, o usługi publiczne czy wyższe stawki podatku dla najbogatszych? Argumenty za tym świadczące są co najmniej wątłe i sprowadzają się do socjalnej retoryki programu SLD (ile już razy to widzieliśmy?) oraz Napieralskiego rozdającego jabłka pod fabryką. Poza tym: czy Zieloni przyjrzeli się „nowemu pokoleniu”, wzrastającemu w SLD? Tomaszowi Kalicie, Dariuszowi Jońskiemu, Łukaszowi Naczasowi? Czy to są osoby, które mogą reprezentować cokolwiek, poza pędem do władzy i kariery? Nie mówiąc już przecież – cały czas krytykując z pragmatycznego punktu widzenia – absolutnego wizerunkowego dna, jakie prezentuje w tej kampanii Sojusz.

Patrząc natomiast pod kątem etycznym: czy start z tych samych list, co Leszek Miller, zbrodniarz wojenny, może być jeszcze etyczny? Czy partia, która wita z otwartymi ramionami nie tylko jego, ale także Aleksandra Kwaśniewskiego, może być sojusznikiem, który nie powoduje automatycznej kompromitacji? Jak wreszcie, deklarując bliskość ideałom równości i wolności, państwa opiekuńczego, zrównoważonego rozwoju – można godzić się na wspólny start z ugrupowaniem, które wielokrotnie idee te kompromitowało, okłamując i odwracając się do swoich wyborców plecami?

Nie ma postępu na skróty” - to prawda. Drogą na skróty są właśnie jednak próby wejścia do Sejmu bez zaplecza ruchu społecznego. Bez niego, uprawianie polityki to umacnianie patologicznej sytuacji rządów wyalienowanej klasy politycznej, działającej w interesie swoim i kapitału, a nie społeczeństwa. Zrozumiano to na Puerta del Sol, czy na Liberty Square. Brak takiego ruchu, z którego mogłaby wyrosnąć partia jako jego instytucjonalne narzędzie, powinien prowadzić do wzmożonych działań na rzecz jego powstania, nie zaś – obchodzenia na skróty tego trudnego, pełnego potu i łez, etapu.

Mateusz Mirys (Młodzi Socjaliści)
Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale