11 obserwujących
135 notek
61k odsłon
  423   0

Mana: To jest protest! Mój protest! Wasz protest!

Nie chcę słyszeć po raz kolejny: „nic się nie da zrobić”. Nie chcę więcej patrzeć na bezczynność. Nie chcę zapewnień, że takie jest życie, że kiedyś będzie lepiej. Nie dam się przekonać, że powinnam spokornieć.

Mam 20 lat, zdecydowanie za dużo by dać sobie wmówić, że przede mną „siódme niebo” i zdecydowanie za mało by milczeć. Ejdżyści byliby zachwyceni, nazwaliby mnie naiwniaczką, młodą gniewną. Ale ja się wcale nie gniewam. O tak, nie jest mi nawet przykro, nie ocieram naiwnie łzy płynącej po policzku, uronionej „za ciężkie czasy”, nie wzruszam ramionami w geście bezradności z gracją godną Middleton, nawet nie jestem zła. Ja jestem, podobnie jak większość ludzi dzisiaj, zwyczajnie wkurwiona.

Żyję, podobnie jak Ty, w neoliberalnym kapitalistycznym gównie. Jestem pryszczem na dupie systemu. Ani to miłe, ani wygodne. Codziennie rozgrywa się moje „być albo nie być”, nie jestem szczęśliwa. Nie stać mnie na to - dosłownie. Mimo to wierzę, ba – jestem o tym przekonana, że mogę realnie coś zmienić, że mam na to wpływ, że jest to ode mnie zależne. Ode mnie i od Ciebie. Więcej, nie wierzę, że ktokolwiek/cokolwiek innego może zmienić ten stan rzeczy. It's time for revolution, kochani. Kapitalizm – tango down.

 

Obiecałam sobie nie cytować Marksa, bo przerażają mnie ludzie, którzy nawet swoją kupę robią na kształt drabiny społecznej, no i nie lubię cytować „mądrych panów z wąsem”, ale muszę przyznać, że nic nie prowadzi mnie teraz tak silnie, jak jego słowa o tym, że miejsce społeczeństwa burżuazyjnego zajmie nowe, w którym swobodny rozwój każdej jednostki jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich.Wiem, że to czy tak się stanie zależy tylko i wyłącznie od nas, naszej mobilizacji i zjednoczenia. Jesteśmy główną siłą napędową systemu, niezbędną i konieczną do generowania zysków, a zatem jedyną, która jest w stanie przerwać ten mechanizm i zwyczajnie się mu przeciwstawić. By tego dokonać musimy się zorganizować - teraz. Mamy przedwiośnie, najwyższy czas by uświadomić sobie, co nam bezpośrednio zagraża, co nas, jako społeczeństwo reorganizuje i jakie działania należy podjąć by wygrać walkę o siebie i swoją wolną przyszłość. Niemniej jednak mam wrażenie, że nadal nam czegoś brakuje - przekonania, pomysłu, strategii i działania. Trochę nas w tym wszystkim nie ma, jakby cały świat nagle wzruszył ramionami w geście bezradności, godząc się tym samym na zniewolenie. Przesadzam? Być może, wybaczcie mi, zatem polityczną niepoprawność i nadmierną ekscytację, ale to ta społeczna postawa „bitej żony” tak silnie na mnie wpływa. Bo jak tu, spytam zaczepnie, wypatrywać za oknem wiosny, kiedy ludów brak?

Jest mnóstwo takich, którzy mówią, że ze mnie wariatka, że czego ja chcę, przecież ludzie wyszli na ulice, zaczynają walczyć o swoje i jeszcze to słynne „nic więcej się przecież nie da zrobić”. Owszem, wychodzą, cieszy mnie to tak strasznie, że może określenie „wariatka” nie jest wcale nadużyciem. Nie chodzi mi o to, że nie jest nas, wkurwionych, oburzonych, roszczeniowych – whatever – więcej. Ani o to, że społeczeństwo nie walczy. Chodzi o sposób, w jaki to robi: na pozór opozycyjny, a w rzeczywistości tak ugodowy, że aż przyjazny - władzy, systemowi.

Nie winię tu do końca samych ludzi, o nie. Zdaję sobie przecież sprawę z tego, że to neoliberalny system, w jakim nieszczęśliwie przyszło nam żyć, skrajnie ogranicza jakąkolwiek naszą działalność opozycyjną, wpisując ją w sieć mechanizmów swojego działania, a ściślej – systematyzując ją. Wszelkie działania, które podejmujemy w ramach sprzeciwu wobec panującego systemu, są de facto przez ten system przewidziane, wręcz generują go.


Już samo pojęcie społeczeństwa obywatelskiego, o którym się teraz tak często mówi, jest określone prawem i zasadniczo funkcjonuje w jego obrębie. Skutkuje to tym, że ogranicza się ono praktycznie jedynie do działalności trzeciego sektora. Funkcjonowanie organizacji pozarządowych, stowarzyszeń i innych podobnych ugrupowań ma na celu zaktywizowanie obywateli do podejmowania inicjatyw na rzecz określonego interesu publicznego, ich udział we współtworzeniu politycznej rzeczywistości. Takie jest założenie. W praktyce wygląda to tak, że żeby „zalegalizować” działalność tychże musimy je oficjalnie zarejestrować. Proces legislacyjny takiego przedsięwzięcia, jest dość czasochłonny i złożony, nie wystarczy, że zadeklarujemy istnienie konkretnej organizacji oraz ilość członków i członkiń w niej zrzeszonych. Musimy ściśle określić jej postulaty, sposób działania, podejmowania decyzji, hierarchię władzy bądź jej brak itp. itd. Przyzwyczajeni do biurokracji nie widzimy w tym żadnej kontroli, wierzymy, że to prawo ma na celu uniknięcie nadużyć. Jednakże czy rzeczywiście ktoś sprawdza, czy realizujemy nasze zadeklarowane postulaty? Czy ktokolwiek kontroluje to czy nasze wewnątrz organizacyjne działania i formy podejmowania decyzji są zgodne z wewnętrznym statutem? Litości, no jasne, że nie, nikogo to tak na prawdę nie obchodzi. Moglibyśmy zarejestrować organizację walczącą o prawa pracownicze oraz brak dyskryminacji w miejscu pracy i jednocześnie wykorzystywać grupę Wietnamczyków do ciemiężniczej pracy, koniecznie w „młodym, dynamicznym zespole” i na umowę zlecenie, płacąc im przy tym dziennie torebką ryżu, a żadna władza by się tym nie zainteresowała. Więc, o jakim zapobieganiu nadużyciom tu mówimy?!

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale