modus in actu modus in actu
132
BLOG

Autopoiesis w stylu Orwella

modus in actu modus in actu Kultura Obserwuj notkę 3
Wszelkie podobieństwo nie poprzedza modelu — ono z niego wynika

I. System, który nie wiedział, że istnieje

Nie było jednego przywódcy, którego twarz wisiałaby na plakatach.

Nie było jednego sloganu, który należałoby powtarzać z nabożną czcią.

Nie było nawet jednego zakazanego słowa.

A jednak wszyscy czuli, że coś nimi kieruje.

System przypominał machinę, która została uruchomiona dawno temu — tak dawno, że nikt nie pamiętał ani kto to zrobił, ani po co. Działała bez przestoju, dzień i noc, z precyzją, której żadna ręka nie mogłaby zapewnić, bo żaden człowiek nie byłby w stanie wytrwać w takim uporze.

Jej części składały się z przepisów, instrukcji, wytycznych i procedur.

Każda z tych części mówiła, że działa tylko dlatego, że istnieją inne części.

A wszystkie części razem mówiły, że muszą działać, bo inaczej „system przestałby być systemem”.

Nikt nie pamiętał już, jak to było, zanim maszyna zaczęła się replikować.

Kiedyś – być może – miała cel.

Dziś miała tylko trwanie.

II. Ludzie w środku

Urzędnicy mówili, że robią tylko to, czego wymagają regulacje.

Eksperci mówili, że mówią tylko to, co wynika z danych.

Dziennikarze mówili, że opisują tylko to, co generuje zainteresowanie.

Obywatele mówili, że dostosowują się tylko do zasad.

Wszyscy byli niewinni.

Wszyscy byli niezbędni.

Wszyscy byli wymienialni.

Nikomu nie przyszło do głowy, że sama struktura niewinności jest częścią działania systemu.

Był to porządek, w którym nikt nie był winny — ale nikt też nie był odpowiedzialny.

I tak system rósł.

Nie dlatego, że ktoś go powiększał, lecz dlatego, że taka była jego natura.

Maszyna nie znała spoczynku.

Replikowała swoje własne operacje, tak jak roślina rośnie bez świadomości wzrostu.

Najbardziej zatrważające było to, że ludzie czuli się wolni.

Nie zmuszano ich do posłuszeństwa.

Zachęcano ich do uczestnictwa.

Była to wolność, która działała jak smar: bez niej tryby obracałyby się z oporem, z nią — obracały się szybciej niż kiedykolwiek.

III. Administracja wiecznego „jeszcze nie”

Choć system trwał nieprzerwanie, zawsze mówił o przyszłości.

O planach, strategiach, celach, mapach drogowych.

Każdy dokument zaczynał się obietnicą „transformacji”,

i każdy kończył się wezwaniem do opracowania następnego dokumentu.

Była to przyszłość w rodzaju mirażu: im bliżej niej człowiek stawał, tym bardziej się oddalała.

System obiecywał, że pewnego dnia osiągnie pełną spójność, pełną harmonię, pełną zgodność.

Ale jednocześnie robił wszystko, by ten dzień nigdy nie nadszedł.

Gdyby spójność mogła zostać osiągnięta, system nie miałby powodu dalej istnieć.

Dlatego każdy akt wytwarzał kolejny, każda regulacja tworzyła zapotrzebowanie na nową regulację, a każda reforma dowodziła konieczności dalszych reform.

Maszyna żyła z tego, czego nie mogła osiągnąć.

IV. Symulakry: znaki, które zastępowały sens

Ponieważ system nie miał celu, musiał stworzyć jego imitację.

Znakami, które mówiły, że dokądś zmierza.

Choć w rzeczywistości dokądkolwiek nie zmierzał.

Pierwszym z tych znaków był CO₂.

Nie był ideą w klasycznym sensie.

Był wskaźnikiem, który rósł lub malał, zależnie od sposobu liczenia, ale zawsze wymagał „działań systemowych”.

Z CO₂ można było zrobić wszystko:

uzasadnić nowe regulacje,

rozszerzyć kompetencje instytucji,

wywołać alarm,

uspokoić alarm,

wprowadzić wyjątki,

zapowiedzieć reformy.

CO₂ stał się znakiem, który nie potrzebował rzeczywistości.

Wystarczyła jego wartość liczbowo-symboliczna, by utrzymać maszynę w ruchu.

Inne symulakry działały podobnie.

„Praworządność” – znak bez jednego znaczenia, lecz o nieograniczonej liczbie zastosowań.

„Europejska tożsamość” – wspólnota bez wspólnoty, definiowana przez uczestnictwo, a nie przez treść.

„Integracja” – proces bez punktu docelowego, który legitymizował swoją własną kontynuację.

Każdy z tych znaków funkcjonował jak drogowskaz bez drogi:

nie mówił, jak dojść do celu, lecz jedynie to, że jakaś droga musi istnieć — skoro drogowskaz stoi.

W ten sposób system tworzył symulakry sensu, by wypełnić pustkę po sensie.

V. Symulakry negatywne: zagrożenie jako paliwo

Pozytywne znaki nie wystarczały.

Maszyna potrzebowała również wroga.

Nie jednego, ale wielu.

Nie takiego, którego można byłoby pokonać — lecz takiego, który zawsze będzie wymagał czujności.

Dlatego system wytworzył symulakry zagrożeń:

nieustannego widma ingerencji,

dezinformacji,

obcych wpływów,

rosnących ryzyk,

niewidzialnych wrogów.

Każde zagrożenie było jednocześnie zbyt realne, by je zignorować,

i zbyt amorficzne, by je pokonać.

Idealny wróg systemowy.

Taki, którego obecność usprawiedliwia działanie,

a brak definicji usprawiedliwia działanie bez końca.

Baudrillard powiedziałby, że były to zagrożenia, które „stały się bardziej realne niż rzeczywistość” — ponieważ rzeczywistość nigdy nie była tak użyteczna².

VI. Ludzie zaczęli zadawać pytania

Zdarzało się, że niektórzy pytali:

„Po co to wszystko?”

„Dokąd idziemy?”

„Czy ktoś nad tym czuwa?”

Odpowiedzią była cisza, która nie wynikała z zakazu.

Cisza wynikała z braku adresata.

Maszyna nie mogła odpowiedzieć, ponieważ nie była podmiotem.

Była tylko konsekwencją własnych operacji.

Najbardziej orwellowski element polegał na tym, że:

nie było Wielkiego Brata.

Był tylko wielki proces.

Proces bez twarzy.

Proces bez intencji.

Proces, którego nikt nie mógł zatrzymać, bo tak naprawdę nikt go nie prowadził.

VII. Zakończenie: świat po ideologii, świat po władzy, świat trwania

W systemach totalitarnych ludzi zmuszano, by wierzyli w kłamstwo.

W systemie autopojetycznym ludzie przestali zadawać pytania o prawdę.

Totalitaryzm był brutalny, lecz prosty:

ktoś kłamał, ktoś rządził, ktoś decydował.

Autopoiesis jest łagodna i bezosobowa:

nikt nie kłamie, nikt nie rządzi, nikt nie decyduje,

ale wszystko trwa.

I trwać będzie dopóty, dopóki ludzie będą mieli poczucie,

że uczestniczą w czymś, co nie potrzebuje celu.

W świecie Orwella wolność była ograniczana.

W świecie autopoiesis wolność jest szeroka, lecz pozbawiona kierunku.

Człowiek nie jest więźniem — jest uczestnikiem.

I dlatego właśnie system trwa.

To co jest, jest in actu, natomiast to, co jest inaczej niż w akcie - naprawdę nie jest.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura