1 Autopoiesis w stylu Ciorana
(o trwaniu jako chorobie bez objawów)
Wszystkie cywilizacje chorują na swoje przekonania.
Ta choruje na brak przekonań.
System, który nie posiada celu, jest bardziej wytrzymały niż system, który umiera za ideę.
Idea może zostać zdradzona, wypaczona, wyśmiana.
Trwanie — nigdy.
Trwanie jest bezwstydne.
Nie tłumaczy się i nie usprawiedliwia.
Nie wie, że nie powinno istnieć, a więc istnieje z całą pewnością rośliny rosnącej w ciemności.
Największą iluzją jest myśl, że system można obalić.
Zburzyć można tyrana, nie system reprodukujący się sam z siebie.
Tyrana zabija się jednym ciosem.
Autopoiesis wymagałaby zabicia wszystkich operacji — a są ich miliony, każda tak drobna, że nie sposób jej nawet zauważyć.
Człowiek żyjący w trwaniu jest bardziej samotny niż człowiek żyjący pod tyranią.
W tyranii wie przynajmniej, komu nienawiść zawdzięcza swoje znaczenie.
W autopoiesis nawet nienawiść nie ma punktu zaczepienia.
Wykrzykujesz w pustkę i pustka nie odpowiada — nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że nie ma kto odpowiedzieć.
Najgłębsza rozpacz współczesności polega na tym, że nie cierpi ona z powodu zła, lecz z powodu bezsensu.
Zło można odczuwać i przeklinać.
Bezsensu — nie.
W świecie, w którym maszyna trwa, trwanie człowieka staje się błędem.
Nie może dorównać doskonałej obojętności operacji.
I to właśnie jest tragedią późnych systemów:
nie to, że niszczą ludzi,
ale to, że czynią ich zbędnymi.
2 Autopoiesis w stylu Brunona Schulza
(o systemie jako mitycznym organisme, który śni siebie samego)
Miasto, w którym żyliśmy, miało naturę pół-organizmu, pół-opowieści.
Jego ulice oplatały się jak nerwy, pulsując w ciszy jak wielki, uśpiony stwór.
Domy, choć nieruchome, drżały czasem tak, jakby w ich cegłach poruszały się historie zapomniane przez ludzi, lecz pamiętane przez materię.
Nie wiedzieliśmy, czy miasto zostało zbudowane przez kogoś, czy też samo się wyśniło.
Każdy zaułek wyglądał tak, jakby był dopowiedzeniem innego zaułka,
jakby powstał nie z cegieł, lecz z niedopowiedzianych zdań,
jakby kamień znał tajemnicę języka, którego ludzie dawno zapomnieli.
System nie istniał jako instytucja —
istniał jako atmosfera, jak zapach letniej nocy, który otulał wszystkich, nie pytając o zgodę.
Był jak stary mit, który nie potrzebuje już kapłanów, by trwać.
W pewnych godzinach, gdy miasto wydawało się poruszać oddechem,
można było usłyszeć, jak system szepce w swoich podziemnych komorach:
nie słowa, ale szelesty, skrzypienia, drgania — jakby przebierał się w coraz to nowe formy.
Urzędnicy byli tylko jego wyrostkami, palcami, które wykonywały drobne ruchy,
nie wiedząc, że należą do większego ciała.
Przepisy były jak łuski, które zrzucał, by na ich miejscu wyrosły nowe.
Architektura była jego skórą.
A ludzie?
Ludzie byli snem, który system śnił o samym sobie —
delikatnym, rozmytym, kruchym.
Staliśmy w oknach jak postacie z nieukończonego rysunku,
wyczekując, aż ktoś dopowie nas do końca.
Ale nikt tego nie zrobi.
System śni tylko o tym, co jest mu potrzebne do przetrwania.
A człowiek…
człowiek jest tylko ornamentem snu.
3 Autopoiesis w stylu Mircei Eliadego
(o systemie jako powrocie Wiecznego Teraz)
Dawne cywilizacje znały rytuał.
Znały moment, w którym czas przestawał być trwaniem, a stawał się odnowieniem.
Mit, powtarzany w świętym geście, przywracał światu początek.
Ale w epoce autopoiesis nie ma początku.
Nie ma kosmogonii ani eschatologii.
Jest jedynie ciągła regeneracja operacji, która nie jest rytuałem, lecz jego bladym odbiciem — profanacją powtarzalności.
System trwa, ponieważ każdy jego akt jest wymuszonym powtórzeniem,
pozbawionym boskiej sankcji, pozbawionym sensu, pozbawionym przeznaczenia.
To wieczne teraz, które nie prowadzi do odrodzenia, lecz do nieustającego „ciągu dalszego”.
Człowiek, który wchodzi w taki system, wchodzi w czas nienaturalny.
Nie w czas święty, nie w czas historyczny —
lecz w czas zawieszony, pozbawiony osi.
Dawniej powtarzano mit, aby odnowić świat.
Dziś powtarza się procedurę, aby odnowić procedurę.
Dawniej rytuał miał cel: wskazywał na świat archetypów.
Dziś system wskazuje wyłącznie na samego siebie.
Nie jest odbiciem kosmosu — jest odbiciem odbicia.
To, co kiedyś było sakralnym powtarzaniem kosmogonii,
zostało zastąpione mechanicznym powtarzaniem operacji.
I w tym tkwi największa przemiana:
w świecie autopoiesis człowiek nie wraca do początków —
bo te już nie istnieją.
Wraca jedynie do struktur, które powtarzają się, ponieważ nie znają innego przeznaczenia.
W dawnej religii powtarzalność była znakiem świętości.
W systemie autopoiesis jest znakiem bez-świętości,
pustej wieczności, która trwa nie dlatego, że jest wieczna,
lecz dlatego, że nie potrafi umrzeć.



Komentarze
Pokaż komentarze