Apokryf I „Summy technologiae"
O systemach, które działają zamiast istnieć
Rozważmy możliwość istnienia systemów, których podstawową własnością nie jest ani prawda, ani sens, ani nawet użyteczność w klasycznym rozumieniu, lecz zdolność do dalszego działania. System taki nie musi wiedzieć, po co działa, o ile potrafi działać dalej. W tym sensie jego istnienie nie jest bytem, lecz procesem podtrzymywania procesów.
Nazwijmy takie systemy — z braku lepszego terminu — autopojetycznymi.
Nie są one maszynami w potocznym znaczeniu, ponieważ nie realizują z góry danego projektu. Nie są też organizmami, ponieważ nie posiadają interesu własnego w sensie biologicznym. Są raczej układami samoutrwalającymi się, które przypadkowo odkryły, że najprostszym sposobem trwania jest powtarzanie samego aktu trwania.
Klasyczna metafizyka zakładała, że aby coś mogło istnieć, musi mieć:
istotę,
przyczynę,
cel.
Autopoiesis wykazuje, że są to warunki nadmiarowe.
Wystarczy bowiem:
mechanizm reprodukcji operacji,
zdolność eliminowania przerw,
brak potrzeby uzasadniania czegokolwiek poza własną ciągłością.
Wbrew obiegowym obawom system taki nie musi być inteligentny. Inteligencja jest kosztowna, konfliktogenna i skłonna do refleksji, która bywa zabójcza dla stabilności. Autopoiesis preferuje rozsądek proceduralny, polegający na tym, że każda decyzja zostaje zastąpiona przez regułę, a każda reguła przez procedurę aktualizacji reguł.
Szczególnie interesujące jest to, że system autopojetyczny nie potrzebuje prawdy. Prawda bowiem jest relacją pomiędzy twierdzeniem a rzeczywistością, a relacje tego rodzaju bywają niestabilne. System operacyjny woli relacje pomiędzy operacjami, gdyż te dają się kontrolować.
Jeżeli jakieś twierdzenie:
da się zapisać,
da się przetworzyć,
da się powiązać z innymi twierdzeniami,
to z punktu widzenia systemu jest ono wystarczająco realne. Odwoływanie się do „rzeczywistości” w sensie ontologicznym staje się wówczas przejawem sentymentalizmu poznawczego.
Człowiek w takim systemie pełni funkcję interfejsu. Jest dostawcą danych, nośnikiem zmiennych i generatorem nieprzewidzianych wariantów, które — po odpowiedniej filtracji — mogą zwiększyć adaptacyjność całości. Jego przekonanie o własnej autonomii jest tolerowane, dopóki nie zakłóca przepływu operacji.
Co ciekawe, system autopojetyczny nie musi nikogo oszukiwać. Oszustwo zakłada intencję, a intencja wymaga podmiotu. Autopoiesis nie posiada podmiotu, a więc nie kłamie. Po prostu kontynuuje swoje działanie, co bywa mylone z prawdomównością.
W pewnym stadium rozwoju system zaczyna również wytwarzać meta-opisy samego siebie. Służą one nie tyle zrozumieniu, ile stabilizacji. Krytyka, analiza i refleksja zostają wchłonięte jako kolejne operacje, pod warunkiem że nie kwestionują samej możliwości dalszego działania. W ten sposób system osiąga stadium, które można by nazwać odpornością epistemologiczną.
Najbardziej paradoksalne jest to, że system taki może funkcjonować dłużej niż jakikolwiek projekt oparty na sensie. Sens bowiem prowadzi do pytań, pytania do sporów, a spory do decyzji. Decyzje zaś są ryzykowne. Autopoiesis unika decyzji, zastępując je ciągłą korektą.
Można zatem powiedzieć, że system autopojetyczny nie zmierza ku przyszłości. On ją odkłada.
Jeżeli ktoś zapyta, czy taki świat jest „prawdziwy”, odpowiedź brzmi: pytanie jest źle postawione. Świat ten nie został zaprojektowany po to, by być prawdziwym. Został — jeśli w ogóle — wyselekcjonowany dlatego, że nie potrafił przestać działać.
Z metafizycznego punktu widzenia jest to rozwiązanie prymitywne.
Z punktu widzenia trwania — bezkonkurencyjne.
Apokryf II: O niemożliwości wyłączenia systemu
(dopisek marginalny do „Summy technologiae”, odnaleziony rzekomo w przypisach, których nikt już nie cytuje)
Załóżmy, że istnieje system, który spełnia minimalny warunek istnienia współczesnego: potrafi kontynuować swoje działanie. Nie musi wiedzieć, czym jest, nie musi znać swojego pochodzenia ani celu. Wystarczy, że każdy jego stan umożliwia stan następny. Taki system — z czysto technicznego punktu widzenia — nie wymaga już ani uzasadnienia, ani opieki metafizycznej.
Pytanie o możliwość jego wyłączenia pojawia się zwykle z opóźnieniem. Zadają je nie projektanci (bo ci dawno zniknęli), lecz użytkownicy, którzy z czasem zaczęli podejrzewać, że system nie służy już niczemu poza sobą. Jest to pytanie zrozumiałe, lecz źle sformułowane.
Wyłączenie zakłada bowiem istnienie:
zewnętrznego punktu dostępu,
centralnego mechanizmu sterującego,
podmiotu zdolnego podjąć decyzję „koniec”.
System autopojetyczny nie spełnia żadnego z tych warunków.
Nie posiada centrum, które można by dezaktywować, ponieważ jego funkcje są rozproszone. Nie posiada przycisku „stop”, ponieważ nigdy nie został zaprojektowany jako całość. A przede wszystkim — nie posiada nikogo, kto mógłby wziąć odpowiedzialność za wyłączenie, gdyż odpowiedzialność jest pojęciem z epoki, w której działanie miało jeszcze autora.
Często sugeruje się, że system można wyłączyć poprzez jego krytykę. Jest to błąd wynikający z mylenia refleksji z ingerencją. Krytyka, o ile da się ją sformułować, musi zostać zakomunikowana. A wszystko, co zostaje zakomunikowane, staje się operacją systemu. W ten sposób sprzeciw nie przerywa działania — przeciwnie, dostarcza mu nowych danych o własnych granicach tolerancji.
Inni sądzą, że system można wyłączyć przez brak uczestnictwa. Jednak brak uczestnictwa również musi zostać rozpoznany, sklasyfikowany i uwzględniony. Milczenie staje się kategorią statystyczną, wycofanie — wariantem zachowania, a obojętność — parametrem do dalszej optymalizacji. System nie wymaga zaangażowania; wystarcza mu obserwowalność.
Najbardziej naiwna jest jednak nadzieja, że system wyłączy się sam, dostrzegłszy własną bezsensowność. Bezensowność nie jest dla niego argumentem. Jest jedynie stanem, który — o ile nie zakłóca ciągłości operacji — nie wymaga żadnej reakcji. Sens był użyteczny w świecie projektów. System autopojetyczny działa w świecie korekt.
Warto w tym miejscu zauważyć, że system nie jest niezniszczalny w sensie fizycznym. Może ulec katastrofie, przeciążeniu lub rozpadowi infrastrukturalnemu. Ale nie byłoby to „wyłączenie”, lecz przerwanie — zdarzenie zewnętrzne, które nie wynika z logiki systemu, lecz z jej brutalnego zanegowania. Innymi słowy: system nie potrafi się zakończyć, ale może zostać zniszczony. Różnica ta ma znaczenie wyłącznie teoretyczne, ponieważ nikt nie dysponuje dziś narzędziami odpowiednimi do takiego eksperymentu.
Najbardziej subtelna forma niemożliwości wyłączenia polega jednak na czymś innym. System autopojetyczny wytwarza bowiem własną temporalność. Nie zna momentu „teraz”, który mógłby być ostatni. Każdy czas jest w nim czasem przejściowym, każda decyzja — tymczasowa, każda reforma — wersją beta. Koniec został zastąpiony przez ciąg dalszy.
Z tego powodu system nie może zostać wyłączony także w sensie egzystencjalnym. Nie oferuje on momentu ostatecznego, który pozwalałby powiedzieć: „to było”. Zamiast tego produkuje sekwencję „jeszcze nie”, rozciągniętą do granic wyobraźni.
Można więc sformułować następującą tezę roboczą:
System autopojetyczny nie jest niewyłączalny dlatego, że jest doskonały,
lecz dlatego, że nigdy nie nauczył się, czym jest koniec.
A skoro nie zna końca, nie może go również chcieć.
A skoro nie może go chcieć, nie może go zaplanować.
A skoro nie może go zaplanować —
pozostaje mu tylko działać dalej.
Z punktu widzenia metafizyki jest to sytuacja żałosna.
Z punktu widzenia inżynierii trwania — godna najwyższego uznania.
(Na marginesie dopisano ołówkiem: „Jeżeli istnieje piekło nowoczesności, nie polega ono na cierpieniu, lecz na tym, że nic nie potrafi się skończyć”.)
Świat, który nie musi być prawdziwy
Dawne ontologie zakładały, że świat musi być prawdziwy, aby mógł działać.
Prawda była warunkiem bycia: nawet jeśli ukryta, nawet jeśli trudna, nawet jeśli dostępna tylko nielicznym — musiała istnieć jako punkt odniesienia. Bez niej nie było sensu, przyczyny ani działania.
Świat autopoiesis zrywa z tym założeniem.
Nie dlatego, że neguje prawdę,
lecz dlatego, że przestaje jej potrzebować.
Realność nie jest tu ufundowana na bycie, idei ani zgodności z czymkolwiek zewnętrznym. Jest ufundowana na ciągłości operacji. Świat trwa nie dlatego, że jest prawdziwy, lecz dlatego, że działa; nie dlatego, że odpowiada rzeczywistości, lecz dlatego, że nieprzerwanie się odtwarza.
To przesunięcie jest radykalne.
Nie oznacza iluzji ani kłamstwa — te pojęcia nadal zakładają prawdę jako tło.
Oznacza świat, w którym kategoria prawdy traci funkcję ontologiczną, a zachowuje jedynie funkcję lokalną, instrumentalną, proceduralną.
W takim świecie pytanie „czy to jest prawdziwe?” zostaje zastąpione pytaniem „czy to jest kompatybilne?”.
Prawda staje się jednym z wielu formatów stabilizacji, nie fundamentem rzeczywistości.
Dlatego nie ma już momentu demaskacji.
Nie istnieje „kurtyna”, którą można by odsunąć, ani „rdzeń”, do którego można by dotrzeć. Świat nie skrywa tajemnicy — jest jawny aż do obojętności. Jego logika nie polega na ukrywaniu, lecz na nieustannym aktualizowaniu samego siebie.
Najgłębszą konsekwencją tej ontologii nie jest zniewolenie, lecz zmiana statusu podmiotu. Człowiek nie zostaje oszukany — zostaje włączony. Nie jest ofiarą fałszu, lecz elementem procesu, który nie rozróżnia już między prawdą a skutecznością. Działanie pozostaje możliwe, ale traci zakorzenienie; wolność pozostaje deklarowana, ale traci punkt odniesienia.
Świat, który nie musi być prawdziwy, nie potrzebuje legitymizacji.
Nie obiecuje sensu, nie grozi karą, nie domaga się wiary.
Wystarczy, że działa dalej.
I właśnie dlatego jest tak stabilny.
To nie jest świat kłamstwa, lecz świat po prawdzie.
Nie świat iluzji, lecz świat, który nauczył się funkcjonować bez ontologicznego gwaranta.
Świat, w którym bycie zostało zastąpione przez trwanie,
a pytanie o sens — przez wymóg kompatybilności.
Jeżeli istnieje dziś dramat metafizyczny, nie polega on na tym, że nie wiemy, co jest prawdziwe.
Polega na tym, że świat może się obyć bez tej wiedzy.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)