W dzisiejszych echach po szczycie UE pojawiają się informacje, że tzw. "zachodni dyplomaci" byli zaskoczeni, zdziwieni, oburzeni (do wyboru) tym, że na szczyt UE przyjechał z Polski "nieodpowiedni człowiek, nie mający w dodatku niezbędnych umocowań do prowadzenia negoacjacji", mając rzecz jasna na myśli Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Efektem tego było bezprecedensowe jakoby "przeniesienie negocjacji do Warszawy", gdzie urzędował Premier Jarosław, bez którego zgody polska delegacja o niczym nie mogła zadecydować.
Jeżeli powyższe jest zgodne z prawdą,trzeba wobec tego skonstatować, że owi "zachodni dyplomaci" (przede wszystkim chodzi tu o eurodeputowanych) nie mają zielonego pojęcia o ustroju RP. A ten jest rzeczywiście złożony choć nie budzący żadnych wątpliwości interpretacyjnych, jeżeli chodzi o rozkład kompetencji na płaszczyźnie polityki zagranicznej. Art. 133 ust. 3 Konstytucji stanowi wprost: Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej w zakresie polityki zagranicznej wpółdziała z Prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem. Wynika więc z niego oczywisty obowiązek pełnej współpracy pomiędzy Prezydentem i Premierem w zakresie spraw zagranicznych.
Ponadto, nasza Konstytucja statuuje Prezydenta jako najwyższego przedstawiciela RP oraz reprezentanta państwa w stosunkach zewnętrznych.
Wniosek płynący z powyższych uregulowań ustrojowych RP powinien dla panów "zachodnich dyplomatów" być oczywisty: procedura decyzyjna Polski na wczorajszym szczycie UE odbyła się ściśle według reguł ustanowionych przez Konstytucję RP. Prezydent BYŁ PRAWNIE ZOBLIGOWANY do bieżącej konsultacji z Premierem przebiegu negocjacji, natomiast jako główny przedstawiciel Państwa, to właśnie on a nie Prezes rady Ministrów mógł stać na czele polskiej delegacji !
A tak na marginesie: gdyby na szczycie był nasz premier, nie mam żadnych wątpliwości, że wobec jego nieugiętej postawy Sarkozy i Blair telefonowali by w dyrdy do Warszawy, aby to tym razem Prezydent wpłynął na "zmiękczenie" swojego brata.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)