Nie będę tutaj opisywał kilku, najczęściej prostacko błahych wpadek ministra Tomasza Lipca. Każdy mniej więcej pamięta te żenujące jego popisy, jak choćby płacenie kartą rządową za prywatny bankiet w restauracji. Ale, pal go licho, każdy ma jakieś słabości.
Ten były "dziennikarz" Wyborczej, radiowiec Radia dla Ciebie, działacz UKFiS-u, dyrektor SOSiR-u, jak działał tak działał, zawsze jakoś działał, ot, typowa kariera, jakich dziesiątki, ambitnego sportowca po zakończeniu wyczynowaego uprawiania sportu.
No, może nie całkiem typowa, bo jednak nikt inny ze sportowców, jak właśnie on został członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego na Prezydenta Polski w 2005 r. Wkrótce potem został ministrem sportu.
Jako minister natentychmiast zwolnił z pracy Jerzego Smorawińskiego, szefa komisji antydopingowej, z którym miał na pieńku jeszcze jako chodziarz. Ot, taka mała prywatna zemsta - Lipiec zawodnik miał pecha i Smorawiński złapał go na braniu zakazanego dopingu. Podobno złapał go niesłusznie.
Pechowo zawiesił zarząd PZPN, aby go zaraz potem odwiesić. No, cóż, z tą pezetpeenowską hydrą nawet św. Piotr by sobie nie poradził.
Powołał swoich zaufanych na dyrektorów Centralnego Ośrodka Sportu i znowu miał pecha. Koledzy okazali się być pospolitymi łapówkarzami.
Pechowy ten Tomuś jakiś...
Kiedy piszę te słowa, w szufladzie premiera czeka do podpisu jego dymisja ze stanowiska ministra sportu.
Czy tym razem Lipcowi dopomoże szczęście i premier da mu jeszcze jedną szansę ?
Bookmacherzy nie wierzą w jego farta i płacą wysoko za jego pozostanie. Postawiłem 5 zł. Że zostanie...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)