AdamKaczmarek AdamKaczmarek
1817
BLOG

Śląsk w obiektywie

AdamKaczmarek AdamKaczmarek Kultura Obserwuj notkę 2

Świętochłowickie klapsy cz 1...

Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, gdzie leżą Świętochłowice, z pewnością miałby problem z odpowiedzią. Jest jednak grupa ludzi, którzy właśnie tutaj szukają ciekawych śląskich plenerów, starych kamienic, familoków i niepowtarzalnego klimatu. To reżyserzy filmowi.

Niewielu z nas wie, jak sławna jest nasza mała ojczyzna. Ile razy występowała na dużym ekranie, ile razy dzięki niej na Śląsk przybywali znani aktorzy. Tylko niektórzy mieszkańcy pamiętają wizytę francuskiej ekipy filmowej w Świętochłowicach. A to zaledwie niewielki wyjątek z filmowej historii miasta, którą chcemy przybliżyć naszym Czytelnikom.

W pierwszej odsłonie prezentujemy najbardziej filmową dzielnicę Świętochłowic - Chropaczów. W kolejnych przyjdzie czas na Lipiny i Centrum.

Chropaczów w obiektywie

Znajdujące się tutaj familoki wielokrotnie stawały się doskonałym pejzażem dla twórców X muzy. Pierwszy w tej części miasta pojawił się Kazimierz Kutz. Sceny do filmu „Perła w koronie” kręcił w osadzie bezrobotnych, czyli ziemiankach na hołdzie zwanej popularnie Ajską w 1971 roku. Ekipa filmowa pojawiła się w naszym mieście również podczas kręcenia sceny przy biedaszybach. Wtedy też na świętochłowickiej ziemi po raz pierwszy stanął młody Jan Englert, dziś dyrektor artystyczny Teatru Narodowego w Warszawie i jeden z popularniejszych polskich aktorów. Oprócz niego do naszego miasta przybyli m.in. Olgierd Łukasiewicz, Franciszek Pieczka, Jerzy Cnota, Bernard Krawczyk, Tadeusz Madeja i Marian Opania.

Wówczas na Ajsce pojawił także Ryszard Zaorski, będący wtedy zastępcą reżysera. Jak sam mówi, bardzo dobrze pamięta ten czas. Z uśmiechem wspomina sytuacje, kiedy rolę statystów w filmie grali biedni mieszkańcy Chropaczowa. – Pamiętam jak dziś, gdy mieszkańcy ziemianek wykopanych w żużlu na „banie” pijący denaturat przychodzili do reżysera i chwiejącym się głosem mówili „Panie reżyserze ja nie mogę tak szybko biegać”. Wszyscy wtedy wybuchaliśmy śmiechem – opowiada. – Z powodu dużej ilości osób pijących denaturat, w Chropaczowie zakazano jego sprzedaży. Wiedzieliśmy o tym i dlatego było dla nas bardzo dziwne, że pijaczkowie, nie wychodząc ze swoich okopów, mieli cały czas dostęp do trunku. Ku naszemu zdziwieniu okazało się jednak, że cała ekipa ma jednego dowódcę, który dowozi „towar” aż z Chorzowa. Codziennie przybywało kilka butelek. Jednak najlepsze w tym wszystkim było to, że głównym chorzowskim dostawcą była kobieta. Wszyscy byli zaskoczeni całą zaistniałą sytuacją – wspomina Ryszard Zaorski.

Ekipę filmową zaskoczyła jeszcze jedna sytuacja. – Jako, że zdjęcia trwały bardzo długo, postanowiliśmy przygotowywać posiłki na świeżym powietrzu. Zawsze coś zostawało. Resztki wylewaliśmy na ziemię, aby ptaszki i inne zwierzęta mogły się pożywić. Jednak, ku naszemu przerażeniu, na leżące na ziemi resztki rzucili się ludzie z okopów. Jedli z przyjemnością i prosili nas o więcej. Wówczas postanowiliśmy nie wylewać już resztek, tylko dokarmiać „denaturowców” którzy byli naszymi statystami – śmieje się nasz rozmówca. – Moim zdaniem cały okres w świętochłowickiej dzielnicy był bardzo sympatyczny i chętnie wróciłbym tam ponownie – podsumowuje Zaorski.

Koniec wakacji w Świętochłowicach

Kolejny raz przedstawiciele X muzy odwiedzili mieszkańców Świętochłowic w 1974 roku. Twórcy filmu „Koniec Wakacji” pojawili się wówczas na ulicy Figuły, na terenie byłej kopalni Śląsk oraz na wspomnianej już Ajsce, aby zekranizować znaną powieść Janusza Domagalika pod tym samym tytułem. Reżyserią zajął się sosnowiczanin Stanisław Jędryka, który mimo swego zagłębiowskiego pochodzenia pała nieustającą miłością do Śląska. – Główną rolę w filmie odegrał nieżyjący już niestety Marek Sikora, który wtedy właśnie rozpoczął swą karierę aktorską i reżyserską – mówi Jędryka. Jak wspomina reżyser, Sikora został wybrany z czterotysięcznej grupy dzieci i młodzieży, która zjawiła się na castingu w sali teatralnej Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. – Na selekcji przeszedł samego siebie. Był idealny do przygotowanej przez nas roli – opowiada reżyser. Od naszego filmu rozpoczął swą karierę. Pamiętam śmieszną sytuację – wspomina twórca filmu – w jednej ze scen Marek Sikora, grający czternastoletniego chłopca, miał skoczyć z dachu do wody, czyli stawów znajdujących się niedaleko Lipin.

Pierwszy skok wyszedł fantastycznie. Jednak z powodu braku techniki bardzo często taśmy filmowe ulegały uszkodzeniu podczas wywoływania i łączenia, dlatego też postanowiliśmy wykonać dwa duble. Jednak kolejny skok nie był już taki perfekcyjny, a co więcej okazało się, że aktor nie umie pływać. Śmiechu było co nie miara i tylko wszyscy dziwili się, że Sikora nie przyznał się do braku umiejętności pływania. Z jednej strony było to śmieszne, z drugiej jednak tragiczne, ponieważ aktor mógł ulec wypadkowi – wspomina reżyser. Jak sam mówi, to właśnie mieszkańcy Świętochłowic wzbudzili w nim miłość do Śląska mimo tego, że pochodzi z Zagłębia. – Śląska gościnność to coś wspaniałego – mówi Stanisław Jędryka. – Mimo otrzymanych wynagrodzeń za udostępnienie wnętrz domów, kaczek czy kur, gospodynie domowe gotowały dla całej ekipy filmowej. Bardzo lubiliśmy zdjęcia w waszym mieście, mieliśmy pełne żołądki. Gospodynie dbały o nas jak o własne dzieci, to było wspaniałe.

Pamiętam jak dziś widok wychodzącej pani domu z dużym garem pełnym zupy. Cała ta sytuacja wzbudzała ogromne zainteresowanie wszystkich mieszkańców miasta. Najbardziej filmem żyli młodzi ludzie – kończy Jędryka.

Koniec końców, świętochłowickie pejzaże przyczyniły się do tego, że ekranizacja odniosła kilka znaczących sukcesów. „Koniec wakacji” swą pierwszą nagrodę otrzymał na Czwartym Ogólnopolskim Festiwalu Filmów dla Dzieci i Młodzieży w 1975 roku. W tym samym roku filmowi wręczono nagrody Ministra Oświaty ZSRR oraz Jury dziecięcego na Moskiewskim Festiwalu Filmowym. Następnie film pojawił się Festiwalu Filmowym w Teheranie, gdzie w 1976 roku otrzymał Złotą statuetkę, Dyplom irańskiego Radia i Telewizji oraz wyróżnienie irańskiego Ministra Kultury i Sztuki. Natomiast trzy lata później przyszedł czas na wyróżnienie na Festiwalu Filmowym w Linz.

Młody Englert powrócił do Świętochłowic po 4 latach. Podczas kręcenia filmu „Doktor Judym” w 1975 roku. W oku kamery znalazły się wówczas tereny byłej kopalni Śląsk w Chropaczowie. Naoczni świadkowie tamtych wydarzeń pamiętają doskonale scenę, w której młody aktor jedzie bryczką tunelem. – Byłam strasznie zaskoczona pojawieniem się tak znanych aktorów w naszej dzielnicy mimo tego, że o ich przybyciu mówiło się od dawna. Nosiłam im kawę, herbatę czasami nawet ciastka, jeżeli takowe miałam. Wiadomo jak ciężko było w tamtych czasach – opowiada nam pani Maria. – W późniejszym okresie wiele razy wspominałam znajomym o tamtych sytuacjach. Niektórzy z nich na początku nie wierzyli, lecz prędzej czy później przekonywali się, że to, co opowiadam to prawda. Pamiętam przystojnego młodego Englerta, w którym oczywiście sama się podkochiwałam – śmieje się rozmówczyni. – Razem z koleżankami biegałyśmy na plan podglądać jak pracują. To wszystko było takie fajne – uśmiecha się z rozrzewnieniem.

Koza do góry nogami

Kolejny raz do łask reżyserów Chropaczów powrócił w 1982 roku, kiedy to ponownie pejzaże dzielnicy wykorzystał Stanisław Jędryka, który pojawił się na ulicy Figuły chcąc nakręcić sceny do filmu „Do góry nogami”. Razem z reżyserem w Chropaczowie pojawiła się także, nieżyjąca już, świetna aktorka Anna Ciepielewska, która wcieliła się w rolę żydówki. – Mimo wprowadzonego w Polsce stanu wojennego nic złego się dla nas nie działo – mówi autor filmu. Władza nie robiła żadnych problemów podczas kręcenia. Nie wybierano godzin pracy, aktorów, statystów czy też planu zdjęciowego – komentuje pan Stanisław. Może działo się tak dlatego, że film traktował o czasach przedwojennych i powojennych. Na planie nie brakowało ciekawych sytuacji. Jedną z nich była rola kozy w filmie, z którą mieliśmy wiele ubawu – zapewnia reżyser. Koza miała zagrać w zagrodzie, gdzie młodzi ludzie wyrywali trawę. Początkowo do tej roli przewidziane było zwierzę, które spotkaliśmy całkiem przypadkiem na terenie Chropaczowa – mówi Jędryka. – Była to koza jednego z górników.

Zwierzęca aktorka nie spełniała do końca naszych oczekiwań, dlatego też postanowiłem o sprowadzeniu cyrkowej kozy wraz z treserem. Przyjechali prosto z Gdyni. Jednak i oni okazali się niewystarczający do naszego filmu. Okazało się, że cyrkowa „gwiazda” nie była w stanie zastąpić zasłużonej „staruszki” górnika – mówi z przekąsem Stanisław Jędryka. – W końcu jednak udało nam się nakręcić tę scenę, lecz po jej zakończeniu wszyscy byliśmy naprawdę zadowoleni, że to już się zakończyło – przyznaje reżyser. Wspomina też, jak rozmawiał z przychodzącymi na plan zdjęciami mieszkańcami. Mówili wtedy, że jest to dla nich wielkie wydarzenie, które zapamiętają do końca życia. – I tak naprawdę się stało nie tylko w ich przypadku. Mimo długiego odcinka czasu, jaki przeminął, cały czas bardzo dobrze pamiętam świętochłowicki Chropaczów – podsumowuje reżyser.

Po raz kolejny Jędryka wykorzystał krajobrazy Chropaczowa podczas produkcji serialu „Banda rudego pająka” z 1988 roku, nakręconego w pięciu odcinkach, emitowanych potem w telewizji. – Cały Chropaczów wspominam, tak samo jak przy poprzednich produkcjach, bardzo dobrze. Śląska gościnność, śląskie „godanie” i żartowanie to coś wspaniałego – mówi Jędryka. Czuliśmy się jak u siebie w domu. Wszyscy i młodzi i starsi mieszkańcy byli nastawieni pozytywnie do całej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Po raz kolejny ich dzielnica zaistnieje na wielkim ekranie, co dla ludzi mieszkających w starych „familokach” było nie lada wydarzeniem. Każdy odcinek naszego serialu cieszył się ogromną popularnością i podejrzewam, że duża liczba oglądających to właśnie mieszkańcy Chropaczowa. Z tego powodu jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony – dodaje, Jędryka.

Tam, gdzie rodzi się blues

Okazuje się jednak, że i dziś Chropaczów jest atrakcyjnym miejscem dla filmowców. Stara zabudowa północnej dzielnicy Świętochłowic stała się łakomym kąskiem dla Jana Kidawy-Błońskiego, twórcy autobiograficznego filmu o legendarnym wokaliście zespołu Dżem – Ryszardzie Riedlu. Realizacja „Skazanego na bluesa” przyciągała do Świętochłowic wiele znanych twarzy. Na planie pojawiły się wielkie osobistości polskiego kina. W naszym mieście gościli Tomasz Kot, Joanna Bartel czy też Adam Baumann. Rolę „indianera”, kolegi Ryśka, odgrywał natomiast aktor Teatru Rozrywki w Chorzowie i nowy wokalista zespołu Dżem, Maciej Balcar. Pytany o wrażenia z planu filmowego odpowiada: – Widok Świętochłowic całkowicie pokrył się z moimi wyobrażeniami. Na potrzeby filmu stworzono dokładnie taki sam obraz, jaki znam z opowieści o dawnej zabudowie miasta.

Myślę, że zabytkowe kamienice są doskonałym pomnikiem historii. Jak się okazuje, nie tylko doskonałym, ale i brudnym. – Pamiętam, jak podczas kręcenia scen na dachu potrzebne było bardzo wiele poprawek, dlatego też musieliśmy wchodzić na górę budynku wiele razy, brudząc się przy tym znaczącymi ilościami smoły i papy. Wszyscy chodzili umorusani – wspomina Balcar. – Pamiętam, jak mieszkańcy Świętochłowic przychodzili na plan zdjęciowy i rozmawiali z nami oraz zadawali pytania na różne tematy – opowiada. – Cieszę się, że nie tylko oni obserwowali jak pracujemy, ale także my mieliśmy okazję poznać niektórych osobiście. Byłem z tego bardzo zadowolony, ponieważ bardzo lubię kontakty z ludźmi.

W scenach kręconych w naszym mieście nie mogło przecież zabraknąć rodowitej mieszkanki naszego miasta. Na Chropaczowie spotkać można było spotkać ikonę śląskiego kina – Joannę Bartel, w tej chwili najczęściej kojarzoną z pulchną Andzią z serialu „Święta wojna”. Sama, opowiadając o tamtych chwilach, wspomina: – Po dłuższym okresie czasu ponownie pojawiłam się w moich rodzinnych Świętochłowicach. Przyznam szczerze, że nawet nie wiedziałam, że istnieją jeszcze takie dzielnice jak Chropaczów, ponieważ nawet za dziecka bardzo rzadko tam bywałam. Poznałam tę dzielnicę dopiero, gdy zaczęłam uczęszczać do harcerstwa. Natomiast czas spędzony w Niemczech sprawił, że po powrocie bardzo wyraźnie dostrzegałam zmiany, jakie powstały na terenie naszego miasta – opowiada Bartel. – W filmie pojawiłam się częściowo z sympatii do reżysera. Janek Kidawa jest moim kolegą z ogólniaka – mówi aktorka.

Moją naturą jest dominacja, jednak na planie nie było możliwości, by dominować. Byłam w mniejszości: ja jedna i sami mężczyźni. Nie dali mi możliwości panować – dodaje z uśmiechem Joanna Bartel. – Podczas kręcenia scen do filmu, na planie pojawił się mój wieloletni i dobry przyjaciel Zbigniew Buczkowski, który już dość dobrze mówi po śląsku i bardzo się tym chwali. Dlatego zapytaliśmy się go, na którym sztoku mieszka, na co Zbyszek odpowiedział na prawym. Było wtedy dużo śmiechu. Uwielbiam takie sytuacje. Bardzo podobało mi się stwierdzenie mojego kolegi z pracy. Określił mnie stwierdzeniem „Bomba facet”, a najlepsze jest w tym, że tak jest naprawdę, ponieważ wszyscy znajomi traktują mnie jak kolegę, a nie jak kobietę – podsumowuje swój pobyt w Świętochłowicach aktorka.

Oprócz produkcji filmowych w Chropaczowie kręcono także sceny do serialu „Rodzina Kanderów”. Scenę z płonącym barakiem sfilmowano wówczas na ulicy Figuły, która stanowiła doskonałą scenerię dla pożaru. Nikt z ekipy nie spodziewał się jednak, że ta sytuacja przyciągnie tak wielu gapiów. Wszystko chciano przeprowadzić szybko i sprawnie, jednak stale rosnący tłum obserwatorów wydłużył nieco zaplanowany na zdjęcia czas. Na szczęście nie stanowiło to żadnego problemu dla filmowców i wszystko zakończyło się dobrze.

Od autora: Serdecznie dziękuję za pomoc w przygotowaniu artykułu Joannie Bartel, Ryszardowi Zaorskiemu, Stanisławowi Jędryce, Agencji Filmowej oraz wszystkim osobom, które przyczyniły się do powstania artykułu, a chciały pozostać anonimowe.


Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura