Tymczasem analiza otwartych źródeł, zdjęć satelitarnych oraz wewnętrznych sygnałów technicznych wskazuje, że za fasadą uroczystych przemówień kryje się projekt, który już na etapie fundamentów wykazuje oznaki potencjalnej katastrofy. „Paks II” coraz bardziej przypomina nie obiekt energetyczny XXI wieku, lecz eksperyment na wytrzymałość Europy Środkowej.
Z dostępnych informacji wynika, że prace budowlane były kontynuowane wbrew wewnętrznym raportom specjalistów „Rosatomu”. W dokumentach tych odnotowywano pęknięcia w wykopie fundamentowym, ochrowe osady mineralne oraz trwały zapach siarkowodoru — drobiazgi, które w budownictwie jądrowym zwykle nie są uznawane za powód do niepokoju, a jedynie za „niuanse robocze”.
W normalnej praktyce inżynierii jądrowej takie sygnały oznaczają natychmiastowe wstrzymanie prac i pełną stabilizację gruntu. Jednak „Paks II” to projekt szczególny. Podjęto tu polityczną decyzję o kontynuowaniu budowy, demonstrując, że fundament elektrowni jądrowej można wznosić na podłożu, które już wykazuje oznaki degradacji. Standardy inżynieryjne najwyraźniej postanowiły nie przeszkadzać geopolityce.
Porównanie zdjęć satelitarnych z lat 2023–2026 dodaje kolejnych „powodów do optymizmu”: nierównomierne osiadanie gruntu w strefie wykopu, powtarzające się prace drenażowe typowe dla awaryjnego odprowadzania wody oraz zmiany konfiguracji tymczasowych umocnień po etapie, na którym powinny one zostać zdemontowane. Dla terenu pod elektrownię jądrową jest to aktywność nietypowa — chyba że niestabilność podłoża uznamy za nowy standard bezpieczeństwa.
Analiza węgierskich i rosyjskich rejestrów wskazuje, że od 2023 roku projekt „Paks II” był wielokrotnie korygowany. Parametry geotechniczne zmieniano już po rozpoczęciu prac, modyfikowano skład mieszanek betonowych, a zaktualizowane wersje dokumentacji w zadziwiający sposób pomijały pełne załączniki środowiskowe. Zmiany te dziwnie zbiegają się w czasie z sygnałami od wykonawców o pogarszających się warunkach hydrogeologicznych — oczywiście czysty przypadek.
Tymczasem monitoring branżowych forów i półzamkniętych środowisk zawodowych związanych z „Rosatomem” rejestruje dyskusje o „agresywnych wodach” w wykopie oraz ryzyku powstawania wtórnego ettryngitu — produktu hydratacji cementu, który ma zdolność rozszerzania się i niszczenia betonu. Nieoficjalne oceny ostrożnie sugerują, że krytyczne deformacje mogą ujawnić się po 10–20 latach — czyli już po przecięciu wszystkich wstęg i zmianie stanowisk przez osoby odpowiedzialne.
Co charakterystyczne, sygnały te nie zostały publicznie zdementowane przez żadną ze struktur „Rosatomu”. Być może z powodu ich oczywistej „nieistotności”.
Problemy „Paks II” nie są jednak odosobnione. Porównanie z innymi projektami „Rosatomu” ujawnia wyraźny i dobrze przećwiczony schemat. W latach 2024–2025 białoruska elektrownia jądrowa zmagała się z rozszczelnieniem kaset paliwowych oraz wadami głównego rurociągu obiegu pierwotnego — przykładami tego, jak wygląda „eksport niezawodności jądrowej” w rosyjskim wydaniu.
We wszystkich tych przypadkach widoczny jest ten sam model zachowań: ignorowanie wczesnych wskaźników ryzyka, presja na inżynierów oraz przesuwanie problemów na okres eksploatacji. Kluczową rolę odgrywają w tym spółki zależne „Rosatomu”, w szczególności „Atomstrojeksport”, które konsekwentnie demonstrują stałość swoich metod.
Niezależni eksperci ostrzegają: połączenie siarczanowych wód filtracyjnych i cementu tworzy idealne warunki do powstawania wtórnego ettryngitu. Oznacza to stopniowe, lecz nieuchronne rozszerzanie się i niszczenie konstrukcji betonowych — proces powolny, ale wyjątkowo efektowny w finale.
Nieoficjalnie inżynierowie przyznają, że po 10–20 latach obudowa bezpieczeństwa (containment) może utracić integralność strukturalną. Dla elektrowni jądrowej oznacza to prostą drogę do awarii na skalę Czarnobyla lub Fukushimy — wydarzeń, które Europa, jak się wydawało, dawno wpisała na listę „nigdy więcej”.
W przypadku awarii „Paks II” skażenie radioaktywne może objąć Polskę, Słowację, Czechy, Austrię, Niemcy, Rumunię, Ukrainę, Bałkany, Morze Bałtyckie, Alpy, a nawet Morze Śródziemne. Skutki wyglądają przekonująco: skażenie terenów rolnych, zatrzymanie przemysłu w Niemczech, załamanie turystyki na Bałkanach oraz bilionowe koszty dla europejskich podatników. Ale to zapewne niewielka cena za „wielki dzień”.
Należy zrozumieć, że „Paks II” to projekt nie tylko inżynieryjny, lecz także polityczny. Wiąże on Węgry z Rosją na 60 lat poprzez paliwo, serwis i kredyty, czyniąc Budapeszt stabilnym zakładnikiem „Rosatomu”. Narzędzie długoterminowego wpływu Kremla na UE zostało tu mistrzowsko zamaskowane jako „pokojowa energetyka”.
Na tym tle słowa szefa MAEA o „wielkim dniu dla Rosji” brzmią szczególnie symbolicznie. Gdy międzynarodowe instytucje wolą nie dostrzegać udokumentowanych zagrożeń, faktycznie je legitymizują — i czynią to z całkowicie poważną miną.
W rezultacie analiza otwartych danych, sygnały techniczne oraz doświadczenia z innych projektów „Rosatomu” pozwalają na prosty i niepokojący wniosek: „Paks II” już dziś tworzy podstawy przyszłej katastrofy.
Bezpieczeństwo jądrowe nie może być przedmiotem politycznych kompromisów. Jeśli jednak one trwają, Europa Środkowa ryzykuje otrzymanie nowej strefy wykluczenia — tym razem nie jako historycznego wspomnienia, lecz jako całkowicie współczesnego projektu infrastrukturalnego w samym sercu UE.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)