W przepastnej sieci pełnej komentarzy o charakterze raczej wzajemnie niechętnym, znalazłem oto "Życie Jadzi według mnie"! Będę szukał dalej.:-)))
WŁAŚCIWE MIEJSCE, WŁAŚCIWY CZAS.
Gdybym o godzinie czternastej szesnaście nie odszedł od deski kreślarskiej i nie poszedł do pokoju numer dziesięć, w którym znajdował się komputer, gdybym zatem o czternastej siedemnaście nie zasiadł przed ekranem monitora i gdybym nie musiał sprawdzać jaki przekrój , czyli jakie „fi” mają mieć rury odprowadzające ekskrementy do szamba przy posesji wielorodzinnej na osiedlu Raczki II, gdyby więc wszystko powyższe się nie zdarzyło, nie spotkałbym w pokoju numer dziesięć Cześka. Czesiek , kiedy mnie zobaczył, wykrzyczał moje imię a potem szeroko się uśmiechnął. W ręku trzymał na wpół zjedzoną kanapkę z białym serem. Natura obdarzyła Czesława uśmiechem dzięki, któremu można było dokładnie przyjrzeć się jego górnym dziąsłom i pokaźnych rozmiarów zębom. Nad zębami, począwszy od lewej jedynki do lewej czwórki, dostrzegłem spłaszczony, na skutek intensywnej konsumpcji, przyklejony do dziąsła – kawałek sera. Bez trudu odgadłem, że mój kolega na kanapce i na dziąsłach ma serek „Almette z koperkiem”. Czesiek twierdził, że : „spadam mu z nieba”, i że: „bardzo mnie prosi”. Przy wymawianiu głosek be i pe bryzgał na mnie cząstkami sera „Almette”. Ocieranie z twarzy resztek cześkowego jedzenia pochłonęło mnie na tyle, że początkowo nie mogłem pojąć o co mu chodzi. Moje gesty były dość ostentacyjne, ale Cześkowi niewiele mówiły, więc zrezygnowałem z tego typu samoobrony i pozwoliłem białym drobinkom lądować na czole, policzkach, brodzie . Byłem nawet pewien, że pod lewym okiem i na czubku mojego nosa usadowił się, swoją drogą znakomicie posiekany ,koperek. Czesiek, z właściwą sobie ekspresją, zapraszał mnie na urodziny swojej byłej uczennicy, która ponoć – tak twierdził – ogromnie była w nim, dawnymi czasy, zadurzona. W zamierzchłej przeszłości, kiedy Czesław był młodym inżynierem, uczył fizyki w małej miejscowości oddalonej o sto kilometrów od Warszawy. Fakt, że uczennice podkochują się w swoich profesorach jest powszechnie akceptowany i powszechnie zrozumiały. Ja także jestem to w stanie zaakceptować i zrozumieć. Tak! Mogę zrozumieć, że podlotki wzdychają do swojego profesora, robią do niego maślane oczy...zaraz, a dlaczego maślane?...Mniejsza z tym! No, dobrze, rozumiem, że marzą o tym, aby obok w łóżku zamiast pluszowej żyrafy był ukochany profesor, rozumiem!! Ale pod warunkiem, że tym profesorem nie jest Czesiek! To znaczy Czesiek może być profesorem, ale nie tym , o którym marzą młode piękne dziewczęta! Na Boga! To nie jest możliwe! A jeżeli jest to... nie wiem...to...wolę pluszową żyrafę! W każdym razie Czesław, około godziny czternastej dwadzieścia, może czternastej dwadzieścia jeden dość bezpardonowo zapraszał mnie na imprezę do ludzi, których nie znałem. Na urodziny jego byłej uczennicy, która kiedyś podkochiwała się w Cześku kiedy ten uczył ją fizyki. Byłem szczerze ciekaw jak wygląda, kim jest ta jego była uczennica to też dość szybko przyjąłem cześkową propozycję wiedząc rzecz jasna, że będę musiał wśród nieznanych mi ludzi sięgać przy stole po chleb, wędlinę i alkohol z pewną dozą nieśmiałości. O szóstej siedzieliśmy w taksówce. Kierowca miał dziwną minę, bo czuł, tak jak i ja zapach lakieru do włosów. On nie wiedział skąd taki zapach skoro wiózł dwóch mężczyzn. Ja wiedziałem. Czesiek nie na darmo zapuszczał nad lewym uchem długie na siedemnaście centymetrów włosy. Przy okazji różnych uroczystości, a także bez okazji zaczesywał je na prawo i w ten sposób zakrywał wolną od włosów przestrzeń na czaszce. Dzisiaj jadąc na urodziny swojej dawnej wielbicielki przymocował włosy do łysiny lakierem. Zużył go chyba tyle ile kobieta przy umiarkowanie zdrowych zmysłach zużywa na miesiąc. Może wydawało mu się, że w ten sposób przytwierdzi owłosienie do swojej głowy na stałe? W drodze do tej cześkowej...” Dulcynei” zakupiliśmy kwiaty i bombonierkę z napisem „Mersi” co w jednym z języków należących do grupy romańskiej oznacza „dziękuję”. Drzwi otworzyła nam, jak się okazało, jubilatka. Zrozumiałem wówczas, że Czesiek ma jej za co dziękować. Przede wszystkim za to, że nie omotała Czesia swoją miłością i nie zawlokła – osiągnąwszy odpowiedni wiek – przed ołtarz. Pojąłem również, że jeżeli jakakolwiek małolata, w jakimkolwiek zakątku tego świata miałaby się podkochiwać w Cześku to mogła to być tylko Basia. Tak miała na imię była uczennica magistra inżyniera Czesława. Kiedy się radośnie uśmiechała na widok swojego dawnego profesora, spod ozdobionych szminką ust wysuwały się nieco tylko jaśniejsze... dziąsła. Na szczęście, dla Basi oczywiście, nos, jej nos, stanowił naturalną granicę jej szczerego uśmiechu. Wprowadzono nas do pokoju i nagle...usłyszałem dzwony! Zawsze je słyszę, kiedy widzę ładną kobietę. Czasami słyszę dzwoneczki, czasami dzwonki ale teraz, około godziny dziewiętnastej, tutaj, w tym maleńkim pokoju usłyszałem dzwony! Ujrzałem bowiem nie piękną kobietę o nieee...ujrzałem piękne zjawisko. Od tej pory wszystko zaczęło się dziać jak w filmie pod tytułem „Szumiące fale miłości”. Oglądałem. Meksykański. Dość długi. Czy jak w filmie pod tytułem” W poszukiwaniu miłości”. Też długi. Brazylijski. Wszystko zatem zaczęło się dziać jak w filmie, bo przede wszystkim znalazło się dla mnie miejsce obok tego pięknego zjawiska, które miało na imię Jadzia. Zasiadłem więc, przy urodzinowym stole obok pięknej Jadzi i kiedy po pierwszych trzech kieliszkach dzwony ucichły w mojej głowie zacząłem mówić. Do Jadzi. A Jadzia wpatrzona we mnie swoimi ogromnymi, brązowymi oczami...pięknymi...jak ona cała...słuchała. O! Zrymowało się! Wtedy do Jadzi nie mówiłem wierszem, nie, nie, ale mówiłem o wszystkim. O sobie. O moich studiach na inżynierii sanitarnej. O fascynującej przygodzie jaka czeka prawdziwego mężczyznę, inżyniera w moim fachu przy montowaniu sedesów. O przekroju rur, które trzeba zamontować, żeby się nie zatkał kibel. W moich ustach, jak epopeja brzmiała opowieść o technice opróżniania szamba. Coś mnie natchnęło! Nie wiedziałem, że mam taki talent! Odkryłem siebie na nowo! Jadzia słuchała. Nie dam głowy, ale wydawało mi się, że w jej pięknych oczkach zalśniły łzy. Uniesiony marzyłem o tym, żeby teraz, już, natychmiast zatkał się jej sedes! Z jakim sercem i energią podkasałbym rękawy i wziął się do roboty! Szczegółowo opowiadałem jak dowodziłem oczyszczaniem osiedla domków jednorodzinnych, kiedy po obfitych deszczach zawiodły wszystkie szamba a ich zawartość zalała trawniki i uliczki. Och jakaż to była akcja! Wszędzie brązowo. Zapach …boski! Jadzia wpatrzona we mnie słuchała i płakała ze szczęścia. Moim zdaniem! Bo śmiała się perliście ukazując piękne ząbki, po policzkach spływały jej łzy!! Zalazłem bratnią duszę! Czułem to! Po tylu latach samotnej wędrówki przez świat! Pośród hydraulicznych kolanek, przedłużek do rur odpływowych, systemów drenarskich na bazie rur dwuściennych i kształtek, kratek odpływowych nierdzewnych!! W tym świecie! Moim świecie pojawił się ktoś na kształt anioła!! Czułem, że możemy być niczym zespolona wielowarstwowa rura!! Niczym rozeta ścienna do baterii wannowych! I prysznicowych!! Między nami snuła się nić porozumienia, jakby przędza wielowłókienkowa powlekana pastą na bazie oleju do uszczelniania połączeń gwintowych metalowych i z tworzyw sztucznych w instalacjach gazowych, olejowych i wody zimnej!! Czułem, o jakże dokładnie czułem, że mogę być dla tej niewiasty głowicą kompletną do zaworów przelotowych M83! Albo! Boże! Lepiej! M125!!! A ona dla mnie…obejmą naprawczą do rur stalowych!! Około dwudziestej trzeciej zauważyłem, że w pokoju jesteśmy sami nie licząc chrapiącego, opartego nosem o stół Cześka. Na stole stała nie tknięta pysznie wyglądająca sałatka jarzynowa. Gwary dobiegały z kuchni. Nikt nie skosztował sałatki!? Sałatka nie była brązowa. Mnie i Jadzi smakowała. Nadszedł nieubłaganie czas pożegnania. Wziąłem dwie serwetki. Przy pomocy pierwszej oderwałem nos Czesia od stołu, przy pomocy drugiej wytarłem obrus w miejscu, gdzie nos mojego kolegi spoczywał. Przykleiłem Czesławowi włosy do głowy i go obudziłem. Czesław był nieświadomy, gdzie jest i co robi, ale szastnął zgrabnie nogami i skierował się prosto do drzwi. Jakimś cudem je otworzył i zniknął na klatce schodowej nie czekając na mnie. Byłem gotów mu to wybaczyć, bo spotkałem go we właściwym czasie a on przyprowadził mnie we właściwe miejsce. Przy drzwiach poza Jadzią nikt mnie nie żegnał. I dobrze. Mogłem swobodnie Jadzię zapytać o coś. Zapytałem czy będę mógł do niej zadzwonić. Jadzia rozchyliła w uśmiechu swoje śliczne małe usteczka pomiędzy, którymi ujrzałem piękne białe ząbki, spojrzała na mnie dużymi, cudownie błyszczącymi oczyma i powiedziała swoim ciepłym, niewiarygodnie kobiecym głosem to jedno, upragnione, oczekiwane przeze mnie słowo: „tak”. Przeciągając nieco, ponad ogólnie przyjętą normę w mowie wiązanej ,samogłoskę: „a”.
Komentarze
Pokaż komentarze