Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK
Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK
mwalczyk mwalczyk
484
BLOG

Janusz Szewczak: w 2012 roku wzrost gospodarczy najwyżej 1 proc.

mwalczyk mwalczyk Gospodarka Obserwuj notkę 5

Szkoda, że nie byliśmy, nie jesteśmy i nie będziemy „zieloną wyspą” z bajki Donalda Tuska. Miejmy jednak nadzieję, że uda nam się najmniej boleśnie przejść przez nadciągający kryzys sektora bankowego. O tym, co przed nami mówi dr Janusz Szewczak, główny ekonomista Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych.

Michał Polak: W sierpniu przepowiadał Pan, że kryzys zacznie się na jesieni tego roku. Jest pan dumny z bycia prorokiem, w dodatku złym?

Janusz Szewczak: Średnia satysfakcja z bycia Kasandrą.



Ale przecież, jak Pan mówi, Polska nigdy nie była zieloną wyspą.

To były bardziej ruchome piaski niż zielona wyspa. Dzisiaj mamy bardziej fundamentalne dylematy. Unia, a właściwie jej przywódcy – Merkel i Sarkozy – nie zdecydowali się jeszcze do końca, czy ratować banki, czy ratować zadłużone kraje strefy euro.



Trudny wybór, tym bardziej, że wydaje się, że pieniędzy nie wszystkim starczy...

Trzeba dokonać wyboru i widać, jak bardzo trudno jest podjąć tę decyzję, zwłaszcza przez kanclerz Merkel. Ale to przecież banki są w dużej mierze sprawcami tego kryzysu. To banki, przede wszystkim europejskie mają szafy pełne trupów, czyli obligacji najbardziej zadłużonych krajów strefy euro, różnego rodzaju instrumenty pochodne, toksyczne aktywa, olbrzymie przekredytowanie. Na liście „alertowej” jest blisko 90 banków.



Przy tym ratingi dla banków słabną.

Wiele dużych europejskich banków jest w dość dramatycznej sytuacji. Grozi im brak płynności, konieczność dokapitalizowania idąca w setki miliardów euro, może to być np. 100 miliardów albo też 200 miliardów na natychmiastowego zastrzyku finansowego. Mało tego. Niektóre banki nie mogą sprzedać swoich aktywów, jak jest w przypadku działającego w Polsce banku Millenium. Portugalski właściciel BCP, będący w dramatycznej sytuacji bo grozi mu zupełna nacjonalizacja albo przejęcie przez chińczyków – nie może znaleźć chętnych na kupno udziałów w Polsce. Problemy zaczęły po przeglądzie przez głównych oferentów przeglądu bilansów tego banku.



Dlatego wydaje się rozsądnym wariantem wspieranie strefy euro, a więc dokapitalizowanie unijnych banków.

Europa znalazła się w ślepym zaułku i walczy nie tyle o Europejczyków a o euro, jako walutę wspólną, która już dawno nie jest wspólna i wydaje się, że nadzieja na to, że cały problem zostanie rozwiązany poprzez masowy „dodruk” pieniądza, czyli puszczenie w ruch praw drukarskich na trzy zmiany; bądź też poprzez emisję euroobligacji – jest złudne. To jest zaledwie osłodzenie herbaty dla rynków finansowych, żeby nie wywoływać nadmiernej paniki i załatwiłaby sprawę jedynie na krótki czas. Unia Europejska, przywódcy eurostrefy nie sięgają do korzeni tego zła. To tylko klajstrowanie dziur.



Stąd wniosek: Niemcy chcą jednak tworzyć coś na wzór Trzeciej Rzeszy?

Pomysły takiej pełnej integracji, a właściwie można powiedzieć niemieckiej dominacji w Europie, czegoś na kształt Cesarstwa Rzymskiego, albo jak podaje brytyjska prasa – IV Rzeszy, czyli, że to Niemcy będą decydować o wszystkim a więc przyznawaniu pieniędzy poszczególnym państwom, ich budżetach, o podatkach, o wieku emerytalnym – jest nie do zaakceptowania. To jest szczególnie groźne dla takich państw jak Polska.



W ten kontekst poniekąd wpisuje się ostatnia wypowiedź Radosława Sikorskiego w Niemczech...

Te wazeliniarskie, bezmyślne i głupie wystąpienia ministra spraw zagranicznych, o tym, że nie boi się potęgi Niemiec, a jedynie ich bezczynności świadczą albo o całkowitym niezrozumieniu, ignorancji tych problemów ekonomicznych albo wręcz złej woli.



A może rozwiązaniem jest powrót do walut narodowych i rezygnacja z euro?

Jeśli kryzys będzie się pogłębiał, nie można wykluczyć tego, że Niemcy po cichu przygotowują się do wyjścia ze strefy euro i powrotu do własnej marki. Tak uważają liczni eksperci niemieccy. To jest najsensowniejsze wyjście, ponieważ plan polityczny ze wspólną walutą zawiódł na całej linii. Przypomnę, że dziś najlepiej mają się te kraje, które nie wprowadziły wspólnej waluty.



Co oznaczają dla nas, dla Polski euroobligacje?

Polacy musieliby znacznie więcej pożyczać, drożej pożyczać na rynku europejskim, bo będą oferowali mniej atrakcyjne warunki. Jeśliby chcieli zaciągać kolejne długi, musieliby dać bardzo wysoką rentowność sprzedawanych obligacji. To by powodowało znaczące koszty obsługi polskiego długu, który i tak jest gigantyczny.



To już prawie 55 proc PKB, a ma być jeszcze gorzej, co przewiduje Komisja Europejska.

W Unii Europejskiej obowiązuje inny sposób naliczania zadłużenia. Można powiedzieć, że my nie tylko przekroczyliśmy ten próg 55 procentowy, ale jeśli policzyć wszystkie długu uczciwie, precyzyjnie. Dlatego, według unijnej terminologii ESA 95 my już zbliżamy się do progu konstytucyjnego 60 procent.



Cienki lód...

Wystarczy jeden atak spekulacyjny na polskiego złotego i my praktycznie wpadamy w czarną dziurę, przepaść. A później to już tylko płacz i zgrzytanie zębów. Cięcia oszczędności, wstrzymanie waloryzacji rent i emerytur, podwyżek w sferze budżetowej, podwyżka VAT, itd.



Sztuczki z expose Donalda Tuska raczej nie pomogą?

To są absolutne sztuczki greckie. My brniemy w te pomysły „kreatywnej księgowości”. Mamy zapowiedzi zmian wskaźników makroekonomicznych. Mówi się, że wzrost PB będzie na poziomie 2,5 procent, a był planowany, jak pamiętamy, na poziomie 4 procent. Z kolei ja twierdzę, że możemy mieć wzrost na poziomie 0,5 do 1 procenta w wersji optymistycznej.



Co to by mogło oznaczać?

To oznacza uzyskanie wielokrotnie mniejszych dochodów budżetowych niż są zaplanowane. To oznacza także brak realizmu i profesjonalizmu przy wyliczeniach.



Do tego należy dodać zaczynający się kryzys sektora bankowego – jak to Pan ujmuje... Mamy totalną mieszankę wybuchową!

Kredyty będzie trudniej spłacić, szczególnie te w walutach obcych. We franku to jest równowartość blisko 200 miliardów złotych. Jeśli doszłoby do jakiejś paniki na rynku bankowym ze względu na kłopoty banków-matek w Europie, to byłaby mieszanka piorunująca, niewątpliwie wpływająca na brak spokoju społecznego, publicznego. Nie zanosi się na wzrost inwestycji. Wrośnie też bezrobocie – z powodu zapowiedzi opodatkowania kopalin. A to oznacza mniejszą konsumpcję.



A kokosy z Euro 2012? Będą?


Będzie tylko spłacanie długów przez wiele lat. Przypomnijmy – Grecja, po olimpiadzie, którą sobie „zafundowała”, popadła w te gigantyczne tarapaty. Po mistrzostwach w piłce nożnej także Portugalia popadła w tarapaty, fundując wielkie inwestycje.



Oby się ten wariant nie powtórzył. A jeśli tak, pozostanie nam emigracja zarobkowa?

Owszem, ale co raz mniej jest państw, do których jest sens wyjeżdżać ze względu na brak miejsc pracy i zaostrzania różnych rygorów. Przykładem jest tu Holandia.



Dziękuję za rozmowę.

Tekst ukazał się na portalu "prawy.pl"

mwalczyk
O mnie mwalczyk

Moje teksty można także znaleźć pod adresem: www.prawy.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Gospodarka