Gdy posłowie Najjaśniejszej wzajemnie sobie do gardeł skakali i obrzucali się grubym słowem, główna,osobowa przyczyna, czyli niejaki poseł Zbigniew Ziobro był na wagarach w Krakowie.
Koledzy z klasy (politycznej) twardo żądali, by Ziobro mógł osobiście skomentować na forum komisji regulaminowej stawiane mu przez prokuraturę zarzuty. Jednak gdzieś umknęło w tym harmiderze, że trwa posiedzenie Sejmu RP, i że miejsce posła - jako swego rodzaju pracownika społecznego - jest nie w Krakowie a w Warszawie w gmachu przy Wiejskiej.
Guzik mnie obchodzi czy zawiadomienie doręczono na papierze, faksem, SMS-em, czy pocztowym gołębiem. Gdyby poseł Ziobro należycie wywiązywał się ze swych poselskich obowiązków, to dojście na obrady komisji zajęłoby mu 4 minuty a nie 4 godziny (deklarował bowiem, że może wrócić z Krakowa, byle na niego poczekali z obradami).
Przenosząc to na warunki szkolne:
-
Uczeń Z poszedł do kina na wagary. Nauczyciel zarządził niespodziewaną kartkówkę, od której zależy zaliczenie semestru. Ponieważ Z troszkę ma tyły z tego przedmiotu, to zatroskany belfer dzwoni do Z z pytaniem, czy zależy mu na ocenie, czy też ma to w nosie. Z odpowiada nauczycielowi, że jak tylko skończy wagary, to może się stawić. Klasa ujmuje się za Z i żąda, aby nauczyciel nie ośmielił się rozpoczynać klasówki, zanim Z nie zakończy wagarów - stwierdzając jednocześnie, że jak nie poczeka to komuch jest, esbek i ostatnia kanalia.
Ciekaw jestem jak zareagowałby przeciętny pracodawca na stwierdzenie pracownika, że stawi się w robocie jak tylko zakończy pobyt w Krakowie - bo tam właśnie jest, pomimo że rozmowa odbywa się w czasie gdy pracownik powinien siedzieć na swym stanowisku roboczym.
Ja jako pracodawca (w 1/38.000.000) - Hańba i nagana z wpisaniem do akt.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)