Michael na swym blogu zamieścił bardzo ciekawą analizę rosyjskiej dyplomacji (http://michael.salon24.pl/87967,index.html). Dokonał przy tym sztuki niezwykłej, po spisaniu rzetelnej i prawdziwej oceny moskiewskiej dyplomacji, doszedł do wniosków – moim skromnym zdaniem – całkowicie oderwanych od tejże analizy.
Polska od chwili wyrwania się z „obozu” demoludowego nijak nie może ułożyć sobie stosunków z dawnym hegemonem. Jak pijane dziecko odbija się pomiędzy ścianami: szowinistycznej pogardy dla Kacapów, albo panicznego strachu przed barbarzyństwem Kremla. Jedyne co pewne, to to, że nie było i nie ma żadnego pomysłu kim i czym dla Rosji powinna być Polska. Oczywiście mentalne samoosadzenie się Polski jest banalnie proste, by nie rzec prostackie – Myśmy są przedmurzem Europy. Za nami na wschód to dzikie hordy dzikich Azjatów, które z dzikim wzrokiem na dzikich twarzach dybią na naszą suwerenność, a naszą rolą historyczną jest ratowanie Europy przed moskiewskim najazdem. Kłopot w tym, że poza nami, nikt tej roli tak nie widzi. Ani Rosja, ani Europa.
Nie było takiego rządu, który miałby inne podejście. Wbrew temu co wypisują różne oszołomy, KAŻDY rząd po 1989 roku kombinował – jakby tu Ruskim przywalić. I lewe i prawe rządy czerpały niespotykaną wręcz satysfakcję z „dosrywania” i pokazywania wyższości. „Prawe” - bo było to całkowicie zgodne z ich pojmowaniem polityki wschodniej, „Lewe” - by, Broń Boże, nie być posądzonym o resentymenty postsowieckie.
A może podejść do polityki wschodniej na zimno, bez tromtadractwa i pseudopatriotycznego zadęcia.
Podobno największym zmartwieniem Polski jest zależność od rosyjskich dostaw surowców energetycznych. Bo istnieje zagrożenie, że Rosja zakręci kurek. Nam zakręci? Możliwe. Europie – wykluczone. Zatem dlaczego NIKT, ŻADEN z rządów nie przystąpił do poważnych (z państwowymi gwarancjami) rozmów o budowie tranzytowego rurociągu? Czy ktokolwiek wierzy w to, że na złość Polskiej „kuricy” Rosjanie forsują gazociąg północny? Bzdura. Rosjanie doskonale wiedzą, że jeśli uzależnią się od Polski jako kraju tranzytowego, to my z naszym „przyjaznym” stosunkiem do Rosji będziemy co i rusz kombinować jak kopnąć w kostkę niedźwiedzia. To „job twoju mat`” wybudujemy rurę pod Bałtykiem i "paka Paliaki".
To tylko biznes. Rosja potrzebuje, jak kania dżdżu, możliwości eksportu ropy i gazu do swojego największego i najlepiej płacącego klienta – Unii Europejskiej. Halo! Halo! Jest tam, kto!? Unii – czyli NAS. Bo od ładnych czterech lat z okładem jesteśmy wszak w Unii. Czy zdajemy sobie z tego sprawę? Mylę, że wątpię. Nasze rusofobie obchodzą Niemców, Belgów, Holendrów i kilka jeszcze nacji tyle, co nas interesuje problem antypatii Węgrów wobec Bułgarów lub Rumunów. To tylko biznes. Niech będzie drożej, nawet wielokrotnie, ale niech będzie bezpiecznie, bez szarżujących co i rusz husarzy ułańskich.
Zamiast krzywić się na Niemców, zamiast drzeć szaty nad KONIECZNOŚĆIĄ dywersyfikacji dostaw (czyli mówiąc wprost – chęcią wydupcenia brzydkich Ruskich z polskiego rynku energetycznego), czy nie lepiej byłoby trzymać w naszych, polskich łapach kurki z gazo- i ropociągami z Rosji do Niemiec i reszty UE.
Niech ktoś spojrzy na mapę i powie: Którędy najbliżej z krajów tzw. „starej Unii” do olbrzymiego rosyjskiego rynku i w drugą stronę z syberyjskich pól naftowych do Brukseli z przyległościami? Jakby nie patrzeć, jakby nie kombinować, to okaże się, że najbliżej jest przez nasze piękne, polskie ziemie. Gdzie granica jest najbardziej zapyziała, pozbawiona infrastruktury, odpowiedniej ilości przejść? Na której granicy kierowca TIR-a musi mieć kilka flaszek na siuśki? Nasza ukochana ściana wschodnia oczywiście.
Czy znów będziemy mieli za złe np. Czechom i Słowakom, jak wypchną nas na pobocze Europy i powiedzą – A na cholerę macie się męczyć z Polakami. My z przyjemnością obsłużymy cały ten ruch. Będzie parę Euro drożej, ale za to spokojniej i pewniej.
Gaz pójdzie północą a TIR-y południem. My zostaniemy z dumą, drewnianą szabelką, przyjaciółmi (hmm, no dobra) daleko a wrogami blisko. I przyjaciół i wrogów wybraliśmy sobie sami, kierując się – oczywiście, jakby inaczej – naszymi emocjami i polityką histeryczną.
Chętnie powtarzamy za pewnym kandydatem na prezydenta w dalekiej (również mentalnie) Ameryce – Gospodarka durniu!!
To hasło, to nie tylko myślenie o poziomie inflacji i notowaniach giełdowych. To również przypomnienie, że w życiu i polityce, jak w pokerze – nie ma sentymentów. Masz kartę – jesteś bogacz, masz blotki – zdejmą z ciebie spodnie po sprawdzeniu kart. Czy jesteśmy gotowi do sprawdzenia naszych kart? Również tych gospodarczych?
Teraz najsmakowitszy (dla wszelkich prawych trolli) kawałek. Podobno w czasie walk w Hiszpanii, pewien dowódca republikańskiej baterii armat haniebnie pudłował. Ale za to nad wyraz pięknie trzaskał kopytami i wygląd miał niezwykle „bojowy”. Dowódca brygady wkurzył się okropnie i udał się do owej baterii. Dowódca baterii przywitał go strzałem obcasów i gromko wykrzyczanym meldunkiem z pełną wojskową tytulaturą. Generał spojrzał srogo i powiedział: Tu jest wojna nie koszary. Nie musisz synku tytułować mnie generałem, mów do mnie Karolku – ale strzelaj celnie. My zachowujemy się jak ów artylerzysta, patrzymy na wygląd, musterunek kawalerski, natomiast nie zastanawiamy się czy, aby oj, mamy armaty i czy z tych armat potrafimy celnie strzelać. Zostawmy prężenie muskułów Gruzinom. Pokonajmy Rosję jej własną bronią: konsekwencją we wprowadzaniu w życie naszych żywotnych interesów. I to takim wprowadzaniu, żeby jeszcze Rosja nam za to płaciła grube pieniądze.
Mam w nosie dyrdymały o dumie narodowej, która objawia się kretyńskim stwierdzeniem o dopuszczeniu możliwości wysłania polskich wojsk na odsiecz Gruzji (http://wiadomosci.onet.pl/1804294,11,nie_planujemy_wyslania_wojsk_do_gruzji_ale_wszystko_jest_mozliwe,item.html). Za głupotę – również w polityce – płaci się wysoką stawkę. Dziś płacą ją Gruzini, na nas przyjdzie czas później (właśnie zapowiedź już padła - słyszę w radio). My też zapłacimy za głupotę naszego prezydenta i premiera. Rzecz jasna nie będą to bomby, ani bratnia wizyta Północnej Grupy Wojsk FR. Ale nie będę zdziwiony jeśli okaże się, że nasze mięso i warzywa znów okażą się nie spełniać „wysokich standardów” przyjętych na rosyjskim rynku.
Jeśli naprawdę chcemy Rosji zrobić kuku, to zacznijmy myśleć na zimno i bez najmniejszych emocji. Jesteśmy najlepiej położonym krajem do czerpania korzyści z wymiany handlowej (wszelkiej) pomiędzy UE a Rosją, która musi się odbywać, bo taki jest interes i UE I Rosji. Niech Putin z Miedwiediewem zgrzytają zębami z wściekłości, że płacą Polakom za każdą tonę ropy i za każdy metr gazu. Jeśli pokażemy Europie, że my dostarczymy ten gaz i ropę: najtaniej, najpewniej, że ciężarówki przejadą szybko, że nikt nie będzie w sztuczny sposób utrudniał wymiany handlowej, to ŻADEN zachodni inwestor nie wyda ani Euro na budowanie podmorskich szlaków transportowych, bo to się nie będzie opłacało. Zero sentymentów – tylko biznes.
Wojna w Gruzji (czyli nasze oficjalne zachowanie wobec niej) odepchnęła nas od takiej pozycji. Bo stawiam dolary przeciwko orzechom, że gdyby taka możliwość była, to już ze strony dużego Pałacu padłoby sakramentalne: Bo zakręcimy kurek. Wszak o sankcjach już słowa padły.
Rosja nigdy nie będzie się nas bać z racji naszej militarnej potęgi. Nawet jeśli wzorem Gruzinów przeznaczymy 10 % naszego dochodu narodowego na zbrojenia. Jednak jak nie można przeciwnika pokonać siłą, to należy go przechytrzyć i ograć rozumem i fortelem. Jak w dżudo albo w szachach. Jeśli raz wejdzie do gry na naszych zasadach, to już jest nasz. I niech każdy uwierzy – taka przegrana o wiele bardziej boli niż wzięcie wpierdów na niwie militarnej. Rany wojenne się wyliże i można ponownie stawać do boju. Ran zadanych w wojnie ekonomicznej wylizać się nie da, pozostają niczym zadra w dupie i bolą cały czas, a trzeba z nimi żyć – bo taka jest biznesowa konieczność.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)