Narkotyki to substancje działające na centralny układ nerwowy, powodując odmienne stany świadomości. Niemal wszystkie bardziej zaawansowane cywilizacje możemy śmiało uznać za narkotyczne. Cywilizacja na haju. To może się spodobać młodym kontestatorom, ale z entuzjazmem proszę wstrzymać do ostatniego akapitu tego tekstu.
Alkohol, znany we wszystkich kulturach śródziemnomorskich pod postacią wina stał się produktem, który się nie zestarzał przez tysiąclecia. Naprawdę niewiele wymyślono w branży winnej od starożytności. Bodajże szampana. Działanie wina najlepiej oddaje rzymskie przysłowie – In vino veritas – w winie prawda. Jak przystało na solidny narkotyk rozwiązuje języki, często bardziej niż spożywający planował przed stanem winnego upojenia.
W regionach, gdzie uprawa winorośli ze względu na klimat nie była możliwa, pomysłowi tubylcy poddali fermentacji skiełkowany jęczmień, uzyskując pienistą substancję z bąbelkami zwaną piwem. Napój ten ma tak silne właściwości uzależniające, że niektórzy nie wyobrażają sobie bez niego życia, o czym zaświadczyć może czyn naszego piastowskiego księcia - Leszek Biały na nalegania legata papieskiego o wzięcie udziału w kolejnej krucjacie do Ziemi Świętej stanowczo odmówił ze względu na brak w tamtych stronach wiadomego, złocistego płynu. Również ponad tysiąc lat wcześniej straszono rzymskich legionistów stacjonujących w Palestynie przeniesieniem do Germanii, gdzie zamiast wina mieli dostawać jakąś niskoprocentową lurę z jęczmienia. Po takim przygotowaniu propagandowym, wywołanie buntu było dziecinnie proste. Do tych cywilizacyjnych osiągnięć ludy słowiańskie wzniosły twórczy układ, rozpowszechniając produkcję i spożycie gorzałki. Ten skondensowany eliksir spożywany zwłaszcza przez Europejczyków wychowanych w tradycji winnej i piwnej, powoduje nie tylko odmienne stany, ale również nagłą utratę świadomości. Żeby nie popaść w narodowy samozachwyt uczciwie trzeba przyznać wódczaną palmę pierwszeństwa Słowianom wschodnim. Żółta kartka należy się Szwedom, którzy uprawiając wódczaną turystykę, doprowadzają się na krawędź alkoholowego samozatracenia (powyższą opinię opieram na własnych badaniach socjologicznych). Z alkoholowego punktu widzenia integracja europejska polega na mieszaniu się trunkowych tradycji. Nikogo już nie dziwi Hiszpan zalewający smutki wódką i Irlandczyk – koneser win. Znamy alkohol od tysiącleci, ale sobie z nim nie radzimy. Wielu pije, i to nie mało, ale zostają tylko uciążliwymi pijakami. Pechowcy zasilają szeregi alkoholików. Straty społeczne są olbrzymie. Cała kultura europejska budowała liczne bezpieczniki, które działają lepiej lub gorzej.
Starożytni, dla których wino było podstawowym napojem, rozcieńczali je wodą. Potem katolicyzm w poczet grzechów głównych zaliczyli nieumiarkowanie w jedzeniu i PICIU. Dołożono do tego liczne posty. A spowiednicy zadawali abstynenckie pokuty, moraliści napominali , by pić po pracy, a nie w czasie i przed.
Wstrętne patriarchalne społeczeństwa narzuciły rozmaite ograniczenia na białogłowy, które miały się wystrzegać trunków w czasie ciąży i karmienia, a poza rzadkimi okresami , kiedy nie kwalifikowały się pod powyższe paragrafy mogły spożywać w sposób wstrzemięźliwy, żeby nie narazić swojej czci niewieściej przez „małą chwileczkę zapomnienia”. Również dziatki zostały poddane starczej przemocy , która ograniczała im dostęp do napitków, aż do uzyskania, jak wtedy mówiono, lat sprawnych. Teraz wyobraźmy sobie lud pozbawiony systemu zwyczajów i zakazów, w którym oferuje się nas początek „dialogu” między cywilizacjami „wodę ognistą”. Nie ma żadnych hamulców, jest bezcenny zapas trunków, drogo opłacony skórkami, złotem czy innymi skarbami. Całe plemię baluje. Od wodza do szamana, od babci i dziadka po wnuczka i wnuczkę. Bizony mogą stratować wigwamy, białe misie mogą bezkarnie buszować po igloo, a bumerangi zamiast do łowów służą jako argumenty w pijackiej debacie między Aborygenami.
Tragiczny los Indian północnoamerykańskich, Eskimosów, Aborygenów czy ludów syberyjskich świadczy jak strasznym narkotykiem jest alkohol oderwany od cywilizacji, która go stworzyła i stara się lepiej lub gorzej go kontrolować.
Żeby nie popaść w postnowoczesne bajanie, jak straszny los stworzył biały mężczyzna innym ludom (jak wiadomo dzięki odkryciom feministycznej historii, kobiety zawsze są niewinne), popatrzmy w jakie pułapki wpadł biały mężczyzna podczas swoich odwiecznych imperialnych podbojów. Kolumb odkrył, że Indianie palą tajemnicze ziele, zwane tytoniem. Był to swoisty rytuał, który tak spodobał się zdobywcom, którym nie wystarczało palenie symbolicznej fajki pokoju z kacykiem, czy żucie tytoniowego liścia. Europejczycy to ludzie pomysłowi - wymyślili papierosy. Co bardziej ambitni potrafią, mimo akcyzy wypalić 60 i więcej... Gdyby dobroduszni Indianie wiedzieli, co białasy zrobią z ich niewinnym narkotykiem, to by czmychnęli gdzie pieprz rośnie na widok ich „pierzastych łodzi”.
Gdyby kopcili tak, jak te białe twarze, to najgłupsza antylopa i najbardziej tępy bizon wyczułby myśliwego na 10 zasięgów łuku przed zasadzką. Podobnie Indianie andyjscy daliby liście koki swoim lamom a nie potomkom konkwistadorów, a liście tej rośliny żuliby w pełnej konspiracji, bo wiadomo, ci biali pomyleńcy rzucą się na nie ze swoim naukowym podejściem i zrobią z tego kokainę, która zabije tysiące potomków tych, którzy pierwsi odwiedzili te strony w celach niekoniecznie krajoznawczych. Chińczycy palili opium, mimo że czynili to z rozwagą, to jednak wielu się uzależniało. Pomysłowy biały człowiek ma całą chemię do dyspozycji. Z opium można zrobić heroinę, ma też zmysł efektywności – po co marnować z dymem bezcenne alkaloidy? On sobie wstrzyknie heroinę w żyłę – żadnych strat, oprócz kolejnych kwater dobrze zapowiadających się młodych ludzi obojga płci na cmentarzach Europy i Ameryki.
Po co się tak rozwodzę nad tym odlotowym tematem? By udowodnić, ze dialog cywilizacji nie może polegać na bezkrytycznym przyjmowaniu cudzych używek, bo oderwane od swego kulturowego i cywilizacyjnego kontekstu mogą stać się dżinem wypuszczonym z butelki, nad którym nijak nie można zapanować. Dlatego błagam, nie dajmy się nabrać. Oprócz narkotyków znanych w przyrodzie mamy całą masę „syntetyków” wymyślonych w bandyckich laboratoriach. Nie bądźmy idiotami, nie dajmy sobie wmówić, że są miękkie narkotyki, że to niewinna zabawa. Jeśli nie chcemy, żeby cywilizacja Zachodu stała się halucynogennym rajem ludzkich wraków, musimy powiedzieć NIE, a swoją drogą dobrze byłoby policzyć, ile jednostek alkoholu wypiliśmy ostatnio… Proszę się nie pocieszać tym, że niektórym uderza do głowy nawet woda sodowa, a jeszcze innym rozum odbierają postępowe hasełka…
Los ludów, które nie znały alkoholu, który przecież tez jest narkotykiem niech będzie ostrzeżeniem przed bezkrytycznym i czołobitnym importem, czy tworzeniem substancji uzależniających. Czy Europa i Ameryka ma przypominać indiańskie rezerwaty, w których tragizm życia jej pierwotnych mieszkańców polega na tym, że w tanich hotelach i obskurnych barach przesiadują masowo indiańscy alkoholicy. To samo dotyczy na dalekiej północy Eskimosów, u których załamanie tradycyjnej kultury spowodował ogólnie dostępny alkohol. Efektem tego jest wandalizm i plaga samobójstw. Leżący na poboczach pijani Indianie bądź, co bądź pierwotni mieszkańcy Ameryki to najlepszy przykład do czego prowadzi erozja tradycyjnych wartości połączona z wybiórczym korzystaniem z „osiągnięć” cudzej cywilizacji. Czy tak ma wyglądać Europa, gdzie „tubylcy” wywalczą sobie prawo do miękkich narkotyków, następnie tych mniej miękkich. Być może za 100 lat potomkowie muzułmańskich imigrantów będą patrzeć na zdegenerowanych europejskich tubylców z poczuciem wyższości wynikającej ze świadomości, do czego prowadzi negacja zasad i norm własnej kultury połączona z bezkrytycznym eksperymentowaniem na rodzinie, wychowaniu, normach społecznych. Ci wszyscy krytycy europejskich podbojów niech wezmą pod uwagę, że proces wyniszczania pierwotnych społeczności innych kontynentów odbywał się często za pomocą sprzedaży wody ognistej. Fidel Castro chcąc uderzyć w Stany Zjednoczone mocno zaangażował kubańskie służby specjalne w przemyt narkotyków. Wiedział, co robi. Islamscy fundamentaliści też zarabiają na handlu narkotykami. Zarabiają kasę na działalność terrorystyczną, jednocześnie niszcząc znienawidzony Zachód.
Być może wrogowie naszego dziedzictwa wyciągnęli wnioski z sukcesów europejskiej ekspansji i chcą je zastosować do zniszczenia naszej kultury. Lewaccy pasjonaci dragów pełnią teraz rolę dawnych indiańskich szamanów, którzy uznali europejskie wynalazki w butelce jako świetny środek kontaktu z duchami przodków i wyzwolenia swoich pobratymców z nudy myśliwskiej egzystencji. Dialog miedzy cywilizacjami jeśli ma być sensowny nie może polegać na bezmyślnym imporcie używek i negacji swojego stylu życia, wartości, które zostały wypracowane przez wiele pokoleń. Miejmy to na uwadze pozostając przy alkoholu - tradycyjnym narkotyku cywilizacji śródziemnomorskiej. Miejmy nadzieję, że ratunku nie będziemy szukać u anonimowych alkoholików….




Komentarze
Pokaż komentarze (5)