Małżeństwo z rozsądku jakim jest koalicja Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego od czasu do czasu targana jest wewnętrznymi sporami. Nie ulega wątpliwości, że Platforma posądzając PSL o nepotyzm punktuje swojego koalicjanta. Są to jednak ciosy na oślep.
PSL to partia silnie osadzona na wsi i w małych miasteczkach. Znakomita rzesza ich działaczy i sam elektorat pracuje w rolnictwie jako właściciele gospodarstw. Co światlejsi mają ukończone studia na Akademiach Rolniczych i bogate doświadczenie w pracy w urzędach, instytucjach czy agencjach rządowych i samorządowych zajmujących się rolnictwem. Dodatkowo to partia głęboko zakorzeniona w społecznościach lokalnych, środowisko z tradycjami, ale przede wszystkim z ciągłością politycznych pokoleń, w przeciwieństwie np. do ruchu narodowego. Można by rzec, że to partia od ponad 100 lat ściśle ukierunkowana na rolnictwo.
Platforma Obywatelska postanowiła utrzeć nosa swojemu koalicjantowi zarzucając mu nepotyzm. Synowie i córki prominentnych działaczy PSL pracują w instytucjach publicznych związanych z rolnictwem, a Waldemar Pawlak odpowiada: A gdzie mają pracować?
I słusznie. Jeśli tradycją tej partii i środowiska ludowego jest silne zakorzenienie na wsi i w sprawach rolnictwa, a PSL-owskie synowie i córki z dziada, pradziada orali ziemię, szli do technikum rolniczego, na Akademię Rolniczą, wreszcie pracowali - a to w gminie, a to w powiecie w instytucjach związanych z rolnictwem, to gdzie mają teraz pracować? W telewizji publicznej?!
Jak najbardziej należy popierać takie rozwiązania, żeby partia rządząca otaczała się i rekomendowała na stanowiska publiczne osoby z doświadczeniem w branży, za którą odpowiada. Taką partią przy wszystkich jej niedoskonałościach i patologiach właściwych dla całej sceny politycznej, jest właśnie PSL. Spośród wszystkich ma najbardziej kompetentne wokół siebie środowisko w dziedzinach, do rządzenia którymi aspiruje.
A tego brakuje Platformie Obywatelskiej, która kreuje siebie i swoich ministrów na niezależnych fachowców od wszystkiego, czyli od niczego. Potwierdzają to przypadki „reformy" służby zdrowia, zaniedbania w sprawie polskich stoczni czy w końcu ośmieszające rząd wściekłe ataki na media publiczne, w których przebija zwykła nieznajomość kodeksu spółek handlowych przez ministra skarbu.
Oczywiście należy niedopuszczać do mianowania osób na stanowiska publiczne, które nie mają należytego doświadczenia. Jednak okoliczność, że Pan Bóg uczynił kogoś czyimś synem, córką, wujkiem i ciotką nie może być dyskryminująca w procesie ubiegania się o pracę. Lepiej żeby w agencji rolniczej pracował ktoś z rodziny Kłopotka czy Żelichowskiego, niż jakiś bez kompletnego doświadczenia „niezależny fachowiec" z Platformy Obywatelskiej o rodowodzie z Unii Wolności - najbardziej antychłopskiej partii w dziejach III RP.
Ireneusz Fryszkowski


Komentarze
Pokaż komentarze (1)