Bruksela została zaskoczona głosem Irlandczyków w referendum w sprawie konstytucji europejskiej. Referendum to najlepsza, bo bezpośrednia forma demokracji, jednak w stolicy UE ciągle się głowią – jak to się mogło stać, że mieszkańcy Zielonej Wyspy powiedzieli „nie” dla traktatu. Podchodząc przecież do sprawy racjonalnie bez wahania można wskazać przyczyny takiego głosowania: Irlandczycy po prostu nie chcą dalszej integracji, dalszej federalizacji Europy, nie chcą swoich najważniejszych spraw załatwiać w wielonarodowej Brukseli, tylko w Dublinie.
Tego unijni liderzy przyznać nie chcą. Wolą podawać coraz bardziej absurdalne powody, z uwagi na które Irlandczycy przez chwilę stracili głowę, zastali intelektualnie otumanieni. Co z resztą miałoby być koronnym argumentem do przeprowadzenia referendum ponownie. Pamiętają Państwo z pewnością, że gdy Francuzi i Holendrzy powiedzieli „nie” dla konstytucji europejskiej, Bruksela tłumaczyła to na wszelkie sposoby, za wyjątkiem tego najprostszego, że takie było zdanie obywateli. Mówiono więc o wielkiej pomyłce, o niedoinformowaniu, o braku znajomości treści traktatu, a nawet o tym, że głosowanie było skierowane nie przeciwko konstytucji, tylko jako wotum nieufności dla rządów krajowych. Absurd.
Jeszcze bardziej absurdalne są dziś próby tłumaczenia decyzji Irlandczyków. Ostatnio najciekawsze były zarzuty o sponsorowanie kampanii eurorealistów przez Stany Zjednoczone. Jakby się uprzeć to można skonstruować z tego logiczny ciąg zdarzeń: Irlandczycy są mocno związani z USA przez swoją liczną diasporę za oceanem, a tak się nawet składa, że jeden z liderów eurorealistów Declan Galeny z organizacji „Libertas” ma kontakty właśnie ze Stanami Zjednoczonymi. Więcej nawet, jego firma, którą ma czelność prowadzić, ma kontakty z Pentagonem i - o zgrozo – jest być może wykonawcą niektórych kontraktów dla armii amerykańskiej. Piękny ciąg przyczynowo-skutkowy.
A wszystko to dlatego, że - nie wiedzieć czemu - eurorealiści mieli więcej pieniędzy na kampanię niż euroentuzjaści. Przecież tak być nie może! Dysproporcja zawsze powinna być przechylona na stronę tych drugich. Pamiętam czasy kampanii referendalnej w Polsce. Eurorealiści, reprezentowani jedynie przez moje stronnictwo, nie mieli żadnych środków, całą kampanię finansowali z własnej kieszeni. Nie mieliśmy bilbordów, spotów telewizyjnych, pieniędzy na znane twarze. Prowadziliśmy nierówną walkę ze wspieraną finansami z najróżniejszych źródeł potęgą medialną euroentuzjastów. No, ale taka dysproporcja nikomu nie szkodzi. Zastanawiam się teraz, że skoro przez tak wyssane z palca podejrzenia oto, że kampanię w Irlandii miały sponsorować USA, to ciekaw jestem kto w takim razie wspierał ( idąc tym tokiem myślenia) w swoim czasie euroentuzjastów w kraju. Zabawna sytuacja. Cóż, jeśli zarzut ze Stanami Zjednoczonymi nie przejdzie, trzeba chyba będzie oskarżyć eurorealistów z Zielonej Wyspy o kontakty z Koreą Północną. Może wtedy będzie można powtórzyć referendum.
Tomek Portman


Komentarze
Pokaż komentarze