Zbliża się wielkimi krokami dzień, gdy okaże się, czy profesor Wolszczan otrzyma fizycznego Nobla. Denerwują mnie komentarze na antenie TVN24 zachęcające naukowca do większej ilości uśmiechów w stronę kamer polskich telewizji. Ale zacznijmy od początku.
Zacznę od tego, że nie mam prawa oceniać decyzji ludzi, którzy godzili się lub nie na współpracę z wywiadem Polski ludowej. Prawa takiego nie daje mi mój wiek. W czasie stanu wojennego miałem tyle lat, że w moim łóżeczku stojącym w hotelu dla pracowników naukowych toruńskiego uniwersytetu lądowały często ulotki "Solidarności" ukrywane przed milicją obywatelską.
Dorastałem właściwie na salach wykładowych i w laboratoriach UMK. Jako dziecko miałem okazję poznać profesorów, naukowców i z "Solidarności", i z PZPR. Poznałem osobę z tytułem profesorskim, która zapisała się do partii skąd wyrzucono ją tak naprawdę za uczciwość, zbyt dosłowne realizowanie idei socjalizmu i brak chęci do robienia wspólnych przekrętów. Poznałem też wiele osób, które były za swoje poglądy opozycyjne niemiłosiernie tępione, ściągane na sam dół naukowej piramidy społecznej.
Dzięki temu, że poznałem kilka osób, które chcąc pracować naukowo, prowadzić uniwersyteckie zakłady, chcąc ciągnąć polską naukę na poziom naukowy Zachodu "przechodziły" na stronę PZPR - potrafię sobie szczerze wyobrazić motywację, którą kierował się prof. Wolszczan podpisując lojalkę.
Trzeba też jasno powiedzieć, że gdyby prof. Wolszczan nie składał owych donosów - nie byłoby dziś nadziei na Nobla dla polskiej astrofizyki. Traf chce, że niewielu w porównaniu z innymi grupami społecznymi przedstawicieli nauk ścisłych czy przyrodniczych podąża za tym romantycznym ideałem nieskazitelności i wybiera swoją pracę. Czy jest to dobra decyzja - powtarzam - nie mi oceniać.
To, co dziś wyprawia się z wyciąganiem haków z archiwów IPN, to już jednak sprawa zupełnie inna i jako zmierzający do trzydziestki Polak, mogę się na ten temat wypowiedzieć. Praktyka wyciągania owych haków zaczyna żyć swoim, zupełnie niepowiązanym z czasami PRL-u życiem. Przykładem może być tu gro pomówień o współpracę z SB, chociażby ciągnąca się przez ostatni rok kampania pomówień wobec posła PiS-u Bogusława Kowalskiego. Jest to ewidentny przykład użycia historycznych domniemań w teraźniejszej polityce. Dziś Bogusław Kowalski otrzymał od IPN-u poświadczenie po długim śledztwie prawdziwości swojego oświadczenia lustracyjnego. A dobre imię? Jak w wielu innych tego typu przypadkach nie pozostanie bez uszczerbku.
Lek na tą chorą współczesność jest jeden: otworzyć archiwa IPN. Otworzyć publicznie i w stu procentach. Ja rozumiem, że pada tu kontrargument, że wielu osobom wyrządzi się krzywdę, że tam jest zbyt wiele insynuacji SB-ków. To prawda, jest tam mnóstwo tego typu spraw. Ale gdybyśmy każdą taką sprawę o oszczerstwo, te tysiące spraw o kłamstwa które ujrzą światło dzienne, skierowali do sądów przeciwko ich autorom, to może nie trzeba by całej kampanii o odebranie emerytur emerytom z bezpieki. A znam też kilku i wiem że żyje im się w Rzeczpospolitej wyśmienicie. Myślę, że ogrom ich przewinień jest takiej skali, że tych emerytur nie starczyłoby na zadośćuczynienie. I to by była sprawiedliwość.
Otworzyć archiwa IPN!
Jan Kotlarz


Komentarze
Pokaż komentarze