Był przez chwilę moment, kiedy wydawało się, że stosunki między Warszawą, a Mińskiem, i więcej - nawet między Zachodem, a Białorusią, ulegną zdecydowanej poprawie, a może nawet nasz wschodni sąsiad skieruje się w stronę współpracy z Unią Europejską. Można powiedzieć, że po sytuacji na Kaukazie reżim Łukaszenki mógł nabrać obaw co do swoich relacji z Moskwą, zwłaszcza że prezydent Białorusi ostatnio próbował sprawdzać jak daleko sięga rosyjska cierpliwość. Po pierwszym dobitnym sygnale świadczącym o rosyjskiej kontrofensywie reżim z Mińska mógł się spodziewać, że brak subordynacji wobec działań Kremla ( np. w sprawie uznania niepodległości Abchazji i Osetii Południowej) może zostać ukarany.
Była to więc doskonała sytuacja dla Zachodu, by zaproponować Białorusi wsparcie. Łukaszenka był w trudnej sytuacji, pilnie potrzebował silnych sojuszników. Potrzebował ich jednak nie do tego, by wprowadzić demokratyczne zmiany (!), przeciwnie - po to by obronić swoją pozycję. Europa w działaniach wobec Rosji nie wystąpiła solidarnie. Oczywiście widać było czytelny sygnał z Brukseli, ale inni wydawali się wysyłać sprzeczne komunikaty ( np. Berlin). Sprawiło to, że przekaz i determinacja Europy nie były tak zdecydowane by stać się wiarygodnymi. Tylko mocny i wiarygodny przekaz mógł dać Mińskowi pewność, że może liczyć na Zachód.
Co znaczy, że może liczyć? Otóż nie oznacza to, że nagle Łukaszenka jedzie do Brukseli rozmawia z liderami państw UE, a po powrocie do swojego kraju ogłasza pełną demokrację, samemu zrzekając się urzędu. Przecież to są jakieś naiwne, oderwane od rzeczywistości życzenia. Takie rzeczy uzyskuje się stopniowo, latami, przez powolne ochładzanie reżimu, skierowanie go na tory współpracy z demokracjami. Z resztą nawet opozycja w Mińsku przyznaje, że jakiś pozytywny sygnał został przez reżim wykonany.
Przekaz Brukseli rozmył się szybko, pozostawiając Polskę samą na tym odcinku, i szybko wrócił do estetycznego i nośnego pokrzykiwania o demokracji i prawach człowieka. A to sprawiło, że uchylenie okna na Zachód okazało się niemożliwe. Po chwili Białoruś mówiła już tym samym językiem co wcześniej. „Niektórzy ludzie sugerowali, że myślimy o przehandlowaniu Rosji za Europę [...] Nigdy nie przeprowadzimy takiego handlu z nikim. Nigdy nie sprzedamy naszej przyjaźni z Rosjanami" - mówił podczas spotkania z Wladimirem Putinem prezydent Białorusi.
Polska miała szansę odegrać znaczącą rolę w otwarciu Białorusi na Zachód. Została jednak raz jeszcze pozostawiona sama sobie przez unijnych przyjaciół. Kto skorzystał na takim obrocie spraw? Z pewnością Łukaszenka, który pokazał Kremlowi, że ma zawsze drzwi otwarte na zachodzie. Skorzystał również sam Kreml, który nie utracił wpływów na Białorusi. Przegrał przede wszystkim Zachód, a najbardziej Polska - nie ze swojej winy. Wrzask o demokrację na Białorusi, o prawa mniejszości Polskiej, dopełnił niestety dzieła. Jak widać odepchnięcie Łukaszenki od Zachodu wcale nie poprawiło ani sytuacji demokracji, ani opozycji ani mniejszości Polskiej. Nie poprawi ich na pewno również bliższy sojusz z Rosją.
Tomek Portman


Komentarze
Pokaż komentarze