E.W.F. Tomlin, używając nieco odmiennego języka, w podobny sposób zwraca uwagę na ten sam wyjątkowo celowy behawior żywych organizmów, zdecydowanie kontrastujący z [dynamiką] przedmiotów, materii nieożywionej.
[1] Pisze on:
„Organizm jest rozważny. Podejmuje środki zabezpieczające przyszłość w sposób, którego nie obserwujemy w przedmiotach – one w ogóle nie mogą używać „środków”. Organizm może zabezpieczyć swą przyszłość poprzez rozmnażanie się lub poprzez samonaprawę okaleczeń, ani na moment nie przerywając dynamiki samozachowawczej.”
Tomlin opisuje organizmy jako „istniejące same w sobie,” jako „zawierające swój własny sens”, podczas gdy przedmioty nieożywione są tylko „posiadane” przez te siły zewnętrzne, które je kształtowały.
Trzeba powtórzyć, że Alister Hardy deklaruje się jako zasadniczo ortodoksyjny darwinista. Nie ma on żadnych wątpliwości, że losowe mutacje genów i ich rekombinacje, na które nakłada się selekcja naturalna, stanowią kreatywną siłę w procesach ewolucji. Wzywa on jednak do uznania dodatkowych czynników, które wyraźnie oddalają się od zakorzenionego fizykalizmu i materializmu, tak panującego w nowoczesnej biologii ewolucyjnej.
Wzywając na powrót do uznania wagi behawioru i nawyku jako wewnętrznych selektywnych sił w procesie ewolucji, Hardy dostrzega rzeczywistą (a nie tylko pozorną) rolę celowych dążeń żywego organizmu. Co więcej, poruszając problem powstawania struktur homologicznych (np. podobnych kości w przednich kończynach człowieka, wieloryba, ptaka i nietoperza), a szczególnie niezwykłą stałość tego rodzaju struktur w ramach danego gatunku, Hardy zastanawia się, czy darwinowskie wyjaśnianie tego faktu selekcją otoczenia, zwłaszcza gdy bierzemy pod uwagę wielką różnorodność (moglibyśmy nawet dodać: ślepą różnorodność) otoczenia, jest naprawdę wystarczające.
„Czy rzeczywiście cała skomplikowana
wewnętrzna struktura naszej, na przykład, zięby (
Fringilla coelebs) mogła być podtrzymywana lub raczej powoli ewoluować poprzez wpływy tych wielorakich
zewnętrznych czynników otoczenia? Czy to mogłoby wystarczyć? (...) Według nowoczesnej mechanicystycznej biologii jedynym „projektantem” precyzyjnego, homologicznego planu „maszynerii” takiego na przykład kręgowca, stawonoga czy mięczaka jest zmienne, zewnętrzne otoczenie. Jestem gotów bez zastrzeżeń zaakceptować twierdzenie, że kod genetyczny przekazuje z pokolenia na pokolenie szczegóły programu rozwoju ciała zwierzęcia, zdeterminowane przez taki czy inny akt selekcji. Wątpię jednak, czy sam ten plan w sobie jest w całości produktem otoczenia. Zgodnie z moim sposobem rozumowania i mając w pamięci wielką różnorodność środowisk, z jakimi spotyka się dany gatunek, oraz rozmaitość różnych rodzajów zwierząt, które mogą żyć w tym samym środowisku, taka konkluzja wydaje mi się nieomal
reductio ad absurdum.”
[2]
Opierając się na rozległej wiedzy w zakresie zjawisk psychicznych Hardy wysuwa hipotezę, że istnieje jakiś ogólny, podświadomy sposób korzystania ze wzorów formy i behawioru przez osobniki danego gatunku.
[3] Sugeruje, że istnieją być może dwa równoległe potoki informacji. DNA dostarczałby zmieniających się fizycznych form w potoku organicznym, na który oddziaływałaby selekcja naturalna. Drugim potokiem byłby wspólnie, ale podświadomie wykorzystywany behawioralny plan życia, tj. rodzaj dokumentacji lub projektu danego gatunku. Ten gatunkowy „plan życia” działałby jako wewnętrzny standard selekcjonujący. Te osobniki, które owego standardu nie osiągają, byłyby eliminowane przez selekcję naturalną. Hardy sugeruje – i to jest bardzo ważne – że wszystko to ma pozory określonej koncepcji mentalnej lub projektu spoza świata fizyki, służąc jako matryca lub miara dla działań selektywnych.
[4]
Zdaniem Hardy’ego w świecie istot żywych jest zbyt dużo myśli, by można go było nazywać bezmyślnym. Wzywa on zatem do budowania
„(...) prawdziwszej biologii – takiej, która nie zaprzeda swojej duszy fizyce i chemii w pogoni za szybkim sukcesem, która wydobędzie i rozplącze ważniejsze i trudniejsze aspekty życia, co do których pozostaliśmy prawie takimi samymi ignorantami, jakimi byliśmy u początków fizyki i chemii. Podkreślam „ważniejszymi”, bo w tej dziedzinie zawierają się świadomość, istota pamięci, odczuwanie celowości, miłości, radości, smutku, poczucie tego, co święte, poczucie dobra i zła, zachwyt nad pięknem – słowem to wszystko, co się w życiu naprawdę liczy.”
[5]
Jako przyrodnik z technicznym wykształceniem, który zajął się badaniami biologicznymi, często zastanawiałem się, dlaczego tak wielu biologów bez mrugnięcia okiem akceptuje czysto materialistyczne wyjaśnianie żywego organizmu. Jeśli choć na moment przypatrzymy się dyscyplinom biologicznym, to zauważymy, że wszystkie startują z niewiarygodnie bogatym „kontem bankowym”. Każdy biolog, z samej definicji, rozpoczyna od cudownej, żywej dziedziczności. W pełni funkcjonalny organizm tylko czeka, by powitać ciekawość badacza. Obojętne czy będzie to pokorna bakteria, muszka owocowa, czy skaleczony palec – biolog staje wobec zachowania, które jest zupełnie obce temu, co można dostrzec w świecie nieożywionym. Jest to ten wrodzony behawior, który z pewnością musiał tworzyć ramy dyskusji o jakichkolwiek procesach ewolucyjnych.
Dla biologa „stanem wyjściowym” jest świat żywy. On nie musi tworzyć życia, on tego w ogóle nie potrafi. W konsekwencji może mu zaświtać kusząca myśl, że ponieważ nie da się życia zbudować przy pomocy instrumentów przyrodoznawstwa, to życie w ogóle nie potrzebuje budowania. Przeciwnie, wyskoczyło bez żadnej pomocy z fizyczno-chemicznej „czarnej skrzynki”.
Natomiast „stanem wyjściowym” dla inżyniera jest bezkształtny surowiec. Inżynier musi myśleć precyzyjnie i zastanawiać się, jaki element technologii da się wytworzyć z danego materiału. Każdy akt wynalazczej kreatywności inżyniera stanowi poważne memento, że system celowy powstaje tylko jako wyraz działania umysłu. Nie istnieje jakaś bezmyślna ścieżka ewolucyjna od poziomu mikrokrystalicznego zespołu atomów żelaza do funkcjonalnego silnika spalinowego. Oczywiście, silnik spalinowy bez wątpienia ewoluował poprzez całą serię pomysłowo przeprowadzonych, skokowych innowacji technologicznych. Ale tą techniczną ewolucją kierowała głęboko celowa aktywność czynnika świadomego.
Twór techniczny jest rezultatem wysiłku intelektualnego i świadomego projektu – czymś, co Michael Polanyi nazwałby „głęboko zorientowaną interwencją”. Nie ulega, oczywiście, wątpliwości, że silnik spalinowy posiada wytrzymałość dzięki właściwościom stali. Pochodzą one z naturalnej tendencji atomów żelaza, by łączyć się w sześcienne, krystaliczne zespoły zgodnie z poznanymi i skodyfikowanymi zasadami, czyli prawami fizyki. Ale silnik spalinowy nie jest po prostu produktem tych praw. W silniku te prawa są wykorzystane, ale w podporządkowanym, czyli przyczynowo wtórnym sensie. Pierwotną przyczyną silnika jest człowiek, jego twórca. Bezmyślne dodawanie atomów żelaza do istniejących już kryształów, choćby trwało w skali eonów czasu, nigdy nie stworzy silnika spalinowego, chyba że na ten bezmyślny proces nałoży się świadomie kształtująca strategia, zorientowana na wyraźną ideę silnika.
W odróżnieniu od inżyniera biolog nigdy nie musi się męczyć intelektualnie, by dostrzec, jak powstaje żywy organizm. Nie musimy, a właściwie nie możemy tworzyć żywych organizmów. One już są, gotowe, jako rodzaj fundamentalnego faktu. Drobnoustroje na wypełnionej agarem płytce Petriego pomagają nam w tym, mnożąc się nieprawdopodobnie szybko. My nawet nie tworzymy dzieci. Nam przypadła mniej ambitna rola – tylko zapoczątkować ten proces. Ale od tego momentu magiczna podróż rozwoju embrionalnego toczy się z precyzją koncertu symfonicznego, bez żadnej znaczącej pomocy z naszej strony.
Opatrujemy skaleczony palec, ale tylko w prymitywnym, drugorzędnym sensie. Założyliśmy bandaże, lub nawet parę szwów, ale to, co rzeczywiście powinno nas zastanawiać, to wyraźnie wycelowany proces gojenia, właściwy tylko żywym organizmom. Jest to dar, zapierający dech w piersiach swą hojnością. Jest to coś absolutnie nieporównywalnego z tym, co dostrzegamy w świecie przedmiotów nieożywionych.
Ściśle mówiąc, nie możemy nawet mówić o różnicach w zachowaniu się tego, co żyje i tego, co nie żyje, ponieważ przedmioty nieożywione w ogóle się nie zachowują. One po prostu istnieją. Atomy, cząsteczki, kryształy, skały i woda są produktami materialnych praw przyrody. Ktoś mógłby dowodzić, że elektron krąży wokół jądra atomu, a zatem wykazuje pewną formę behawioru. Jednak jest to jedynie zniewolona aktywność podyktowana bez reszty i narzucona przez prawa fizyki.
(dok. nastąpi)
[1] E.W.F. Tomlin, „The concept of life”,
Heythrop Journal 1997, vol. 18, no. 3, s. 289-304.