Po decyzji czeskiego Trybunału Konstytucyjnego (już drugiej w tej samej kwestii!), który orzekł zgodność Traktatu Lizbońskiego z czeską ustawą zasadniczą Vaclavovi Klausowi najwyraźniej brak już argumentów. Podpisał ratyfikację Traktatu►, choć chyba do końca życia nie będzie mógł sobie tego darować.
Czeskiemu prezydentowi, który nie pozwolił wywiesić unijnej flagi na praskich Hradczanach, z pewnością nie można odmówić konsekwencji. On Traktatowi Lizbońskiego (podobnie jak idei głębszej integracji europejskiej) był przeciwny od samego początku, nawet jeśli większość jego rodaków miała w tej kwestii odmienne zdanie.
Lawirował i kombinował szukając sojuszników gdzie tylko się dało – w Londynie, Warszawie, Dublinie. Kiedy na placu boju pozostał sam, nie miał już wyjścia. Ostatnim rejtanowskim gestem wywalczył jeszcze wyłączenie Czech spod obowiązywania Karty Praw Podstawowych, choć Czesi mogli z takim żądaniem wystąpić znacznie wcześniej i bez teatralnego dramatyzmu – w czasie gdy podobną derogację uzyskała Polska i Wielka Brytania.
Teraz Unia Europejska nie ma już wymówek. Czeka ją szybki test ze skuteczności w walce z kryzysem ekonomicznym i wybór najważniejszych „twarzy” kontynentu, czyli „prezydenta” (przewodniczącego Rady Europejskiej) i „ministra”, czy raczej koordynatora polityki zagranicznej.
Dopiero za kilka lat przekonamy się, czy walka o „Lizbonę” była grą naprawdę wartą świeczki, czy Europę udało się zaktywizować i uczynić z Unii skuteczniejszego niż dotychczas uczestnika globalnej gry, czy na jej czele stanęli ludzie z wizją i mandatem wystarczającym do jej realizacji. A jeśli się nie uda? Wtedy to Vaclav Klaus będzie mógł powiedzieć „a nie mówiłem?”
Jarosław Giziński
>>> Więcej komentarzy publicystów Newsweeka


Komentarze
Pokaż komentarze (8)