Eugeniusz, pewien mój znajomy,
(urodził się na brzegach Świdra,
gdzie jeszcze czasem pływa wydra)
na chili bardzo był łakomy.
Przyjechał kiedyś do Warszawy
(z rzeczami oraz całym ciałem),
to właśnie wtedy go poznałem,
gdy szukał szczęścia żądny sławy.
W Warszawie oraz innych miastach,
szybko Eugeniusz stał się znany
(bo ignorował marcepany
i nie gustował nawet w ciastach).
Zadziwił kiedyś, tych co pili
kropelkę ginu (z dużym lodem),
jak sobie świetnie radzi z głodem,
do ginu sypiąc dużo chili.
Potem to zjadał w oka mgnieniu
(pół kilo nawet jednym razem),
choć potem trochę był pod gazem,
no a z oddechem – na westchnieniu.
Kiedyś, gdy brała mnie angina,
zapytał pewien kumpel stary
(myśląc, że jest to nie do wiary):
Znasz Eugeniusza? - On je gina!


Komentarze
Pokaż komentarze (6)