Wyszło z szydło z worka. Nie pirewszy raz i nie ostatni. Z pewnością przekonanych nie zbulwersuje poniższa informacja, a nieprzekonanych nie przekona.
Notatka z "Wyborowej" o ekipie Macierewicza: "Prezesem Naftoru został Piotr Woyciechowski, w latach 90. szef wydziału studiów w gabinecie Macierewicza (wówczas ministra spraw wewnętrznych). Zarabiał 18 tys. zł miesięcznie. Dodatkowo zasiadał w trzech radach nadzorczych. Stanowisko wiceprezesa z pensją 15 tys. zł dostał bratanek Macierewicza Tomasz.
Gdy do władzy doszła koalicja PO-PSL, zostali odwołani. (...)
Woyciechowski dostał 240 tys. zł, Tomasz Macierewicz - 160 tys."
Inni gracze z drużyny niezłomnego Antonia dostali porównywalne kwoty za zebrania rad nadzorczych, w których działali (najczęściej nie mająć przygotowania managerskiego, ale co tam, dla Polski to robili, nie dla firmy), na diety, za zwolnienie z pracy.
Oczywiście zatrudnienie kumpli służyło walce z układem i służbami.
Może. Osobiście uważam, że w chwilach słabości moralnej Macierewicz mógł myśleć, skoro postkomuna w taki sam sposób budowała i wspierała swoje zaplecze w latach 90-tych, czemu on nie mam teraz tego robić dla swoich ludzi, od których zależy los kraju.
Tyle, że w ten sposób wpisał się w strategię budowania układu, co prawda w zwierciadlanym odbiciu.
Oczywiśice mógł twierdzić, że interes narodowy jest bezcenny i najlepiej mu oddani ludzie powinni zarabiać najlepiej.
Zapomniał lub nie zauważył, że wpisując swoich ludzi na państwową listę płąc, przestaje (zarówno oni, jak i on) być ideowcem-patriota a staje się zwyczajnym urzędnikiem, którego należy rozliczyć z efektów patriotyzmu. Czy zrobił tyle, za ile został opłacony.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)