Stanął na krawędzi peronu. Jego wzrok przebiegł po odbitym w szynie blasku słońca, i przewędrował po niezliczonej ilości brązowawych kamieni torowiska, które przez chwile próbował policzyć, aż spoczął w końcu na swoim własnym cieniu, który zwisał luźno z szarych płyt peronu i spływał na tory. Cień ten, trzymał w prawym ręku małą walizkę, stojąc przy tym nieruchomo w oczekiwaniu. Gęste letnie powietrze pulsowało wokół niego, sprawiając niedobre wrażenie, że świat skurczył się do tak niewielkiego rozmiaru, że nie da się go nawet ogarnąć wzrokiem. Tory przebiegały wartko poprzez ten straszliwy upał i ginęły w niemożliwej do określenia dali.
Po chwili z owej dali nadszedł cichy szum nadjeżdżającego pociągu, który wzmagał się coraz bardziej i po chwili był już tak głośny, że wypełnił sobą całą zawartość upalnego dnia. Przed jego wzrokiem przesuwały się teraz kolejne wagony, znajdujące się tak blisko jego twarzy, że nie można było nie napawać się płynącym od nich delikatnym powiewem. Wagony zwalniały swój pęd, a wraz z nim ginął niestety bezpowrotnie ten ożywczy chłód. Pociąg zatrzymał się. Już chciał sięgnąć do klamki drzwi, które zatrzymały się tuż przed nim, lecz ktoś znajdujący się w środku uprzedził jego ruch i pozostało mu tylko cofnąć się nieco, aby pasażerowie mogli wysiąść. Z pociągu wysiadła jednak jedynie jakaś starsza kobieta, która wspierając się o ścianę wagonu powoli pokonywała schodki. Gdy już była na dole, odwróciła się z powrotem, i konduktor podał jej z góry ciężką kraciastą walizkę, którą ta, będąca już w sędziwym wieku kobiecina, z zaskakującą łatwością dźwignęła i nie patrząc na niego, ani w ogóle na nikogo innego, skierowała się w sobie tylko znanym kierunku. Wyglądała na typową osobę która właśnie odbyła długą i męczącą podróż. Na głowie miała niedbale przesunięty w prawą stronę słomkowy kapelusz, jej szyja perliła się od potu, a na twarzy wypisaną miała tylko i wyłącznie radość z powodu, iż dotarła wreszcie do celu swojej podróży.
W ciężkiej i długiej podróży nawet kobiety przestają zwracać uwagę na swój wygląd, co zwykle zdarza się niezwykle przecież rzadko – dokonał mimowolnie w myślach takiego oto odkrycia. Przypomniał sobie jeszcze, że podczas swoich licznych służbowych podróży często widział wsiadające do pociągów nienagannie ubrane, umalowane i uczesane kobiety, które wraz z upływającym, coraz dłuższym, czasem podróży, coraz mniej zwracały uwagę na to jak są w danej chwili postrzegane. Już po pierwszej godzinie wysuwały stopy z eleganckich szpilek i zakładały nogi niedbale na oparcia foteli. Kiedy ktoś otworzył okno, do przedziału wpadał natychmiast cięty wiaterek, który z pewnością poprawiał pasażerom samopoczucie, ale też i nie miał litości dla starannie przygotowywanych przed podróżą kobiecych fryzur. Jeszcze na początku, któraś tam pani próbowała ratować dłonią fruwające we wszystkie strony kosmyki, ale robiła to bez większego przekonania, bardziej chyba tylko dla efektu samego tego kokieteryjnego gestu, bo wkrótce miała ona na głowie – jak większość kobiet w pociągu – jedynie bezładną plątaninę postroszonych włosów, co przecież i tak, tak naprawdę, jedynie dodawało jej uroku, do czego jednak nie mogłaby się przyznać. Zwykłą dbałość o każdy gest, zastępowały prozaiczne zachowania, takie jak ssanie końcówki długopisu przy rozwiązywaniu krzyżówki, sięganie bez patrzenia do torby po kanapkę lub jabłko, czy lekkie podnoszenie się kiedy pociąg się zatrzymał, spojrzenie pustym wzrokiem za okno aby dostrzec jaka to stacja i ponowne przewrócenie się na bok, aby dalej czytać gazetę opartą dla wygody o ściankę przedziału, tak aby nie trzeba było tej gazety w ogóle przytrzymywać. Kobiety te, początkowo, zaraz po wejściu do przedziału, przynosiły ze sobą z tego zwykłego, poza-pociągowego życia, rezerwę do ludzi, zwłaszcza do mężczyzn. Wchodziły do przedziału z dumną miną, ze wzrokiem dla którego nie było nikogo godnego do zaszczycenia. Z zimnym spojrzeniem odmawiały pomocy w umieszczeniu ich bagaży na półce, po czym zasiadały na swoim miejscu i natychmiast zatapiały się w lekturze jakiejś gazety lub książki, dając tym samym do zrozumienia że życzą sobie, aby nikt im nie zakłócał podróży, ani się nie narzucał. Kiedy jednak mijały kilometry pośród monotonnego stukotu kół, szybko pękały lody, choćby towarzysze podróży byli najbardziej jak się tylko da dokuczliwi w zachowaniu, lub nie wzbudzający zaufania. Po jakimś czasie można było już z tymi kobietami normalnie rozmawiać, nawiązywały się miłe rozmowy podczas których okazywało się że np. dana kobieta studiowała w tym samym mieście co jej, niechętnie z początku widziany, współpasażer. Ileż to razy zdarzało mu się wychodzić z tak poznaną kobietą - która wcześniej rzucała gromy na wszystko co znajdowało się w pobliżu, zanim nie znudziła jej czytana przez nią książka - aby zapalić papierosa, gdzieś na koniec pociągowego korytarza. Gdybym tylko nie miał swojej Helenki to mógłbym zostać pierwszej klasy podrywaczem – pomyślał z pewną dumą. Ileż to razy widział w oczach tych kobiet, chęć na rzucenie się w wir takiego kolejowego romansu, pomimo opowiedzianych wcześniej przez nie niezwykle nudnych opowieści o kochającym mężu, wspaniałych dzieciach i jeszcze bardziej wspaniałych teściach. Kiedy za oknami zapadał zmrok, a jej twarz oświetlały już tylko mijane w szaleńczym pędzie latarnie, i kiedy stukot kół przestawał już irytować, a jedynie kojąco i na swój sposób rozkosznie usypiał oraz kazał oczekiwać czułości, każda kobieta podróżująca samotnie zaczynała się tej swojej samotności – w której się przez chwilę w tym pociągu znalazła – przeraźliwie obawiać. Mógł wtedy zdusić tę samotność, niczym słaby blask świecy, jakikolwiek w miarę sympatyczny zapoznany pan w przedziale, nie musiałby doprawdy wiele robić w tym celu.
Teraz jednak mozolnie wspiął się po schodkach i skierował się w korytarz, mając jedno tylko pragnienie. Pragnął mianowicie odnaleźć jakiś cichy, pozbawiony jakichkolwiek ludzi, przytulny przedzialik, gdzie mógłby w spokoju odbyć swoją drogę, nurzając się tam do woli, to w czytaniu na przemian kilku książek które ze sobą zabrał, to w grze w swoją ulubioną grę w telefonie, oraz oddawać się temu co lubił najbardziej - czyli tępemu patrzeniu się w okno i obserwowaniu zmieniającego się niczym w kalejdoskopie otoczenia, z którym nie trzeba się ani zaprzyjaźniać, ani do niego przyzwyczajać gdyż szybko jest ono zastępowane całkiem nowym. Ech, balansować tak sobie pomiędzy całkowitą realnością, a ciężarem opadających powiek, aż do momentu kiedy budzi cię twoje własne chrapanie – fantazjował idąc bokiem przez wąski korytarz, starając się omijać stojących nie wiadomo czemu tam ludzi, którzy przecież powinni usiąść na swoich miejscach, a nie tkwić tak przy oknach, przez które patrzą nie wiadomo gdzie i po co. Kiedy się tak człowiek nagle obudzi, to natychmiast przychodzi cudowna myśl, że obudziło się tylko po to, aby za chwilę znów móc się zdrzemnąć, czy trzeba czegoś więcej? - imaginował dalej, zaglądając do każdego mijanego przedziału w poszukiwaniu swojego Edenu. Szedł tak przez kolejny już wagon, obserwując kolejne przedziały w których widział jakby tych samych co zwykle ludzi, choć przecież całkiem innych.
Ale wyglądali oni tak jakby podróżowali z nim za każdym razem. Starsi ludzie, którzy nigdy nie mogą zdecydować się na którym miejscu usiąść, i jeszcze przez kilkanaście najbliższych minut zamieniają się nawzajem miejscami, dzieci które też nie umieją znaleźć sobie dogodnej pozycji, rodzice łajający je za byle co, i co chwila sprawdzający swoje telefony. Nie mogło się obyć też bez jakichś podciętych lekko młodzieńców, o lekko zaczerwienionych twarzach, którzy wesoło się zaśmiewali z byle czego, i którzy milkli na chwilę kiedy przechodziła jakaś urodziwa pasażerka. Nie czułby się dobrze, gdyby nie dostrzegł znów kogoś, kto przemierza bezkresy pociągu objuczony ogromną ilością bagażu, i kto nie wie gdzie powinien usiąść, nie wie gdzie w ogóle jedzie, nie wie czy to właściwy pociąg i w ogóle, jak się wydaje, nic nie wie. Wszystko zawsze wygląda tak samo. Tak samo również z każdym przemierzonym wagonem tracił nadzieję na realizację swoich sprośnych fantazji o spokojnej i samotnej podróży.
Minął w końcu przedział w którym zasłonięte były już firanki, wskazujące iż w środku znajdują się dobrze i wyjątkowo przytulnie tam umoszczeni ludzie, nie chcący najwyraźniej aby ktokolwiek ważył się przekraczać progi ich królestwa. Jednak przeczyło trochę temu wrażeniu to, że drzwi tegoż przedziału były nie do końca domknięte. Czy ktoś, kto zasuwa firanki, chcąc innym pokazać w tak dobitny sposób granice swojego królestwa, pozostawiałby uchylone do niego drzwi, wystawiając się tym samym na możliwość jakiejś prowokacji? - zapytał sam siebie. Z natury był jednak dość nieśmiały, tak więc ominął ów zagadkowy przedział i postanowił iść dalej. Do wzmożenia odwagi, i zajrzenia do tego tajemniczego przedziału, skłoniło go jednak to, że przed nim nie było zbyt dobrych perspektyw. Na korytarzu, tuż przed następnymi przedziałami, tłoczyła się jakaś harcerska wycieczka. Uwijające się druchny, w mundurach koloru khaki, i w grubych czarnych getrach których założenie w taki upał zdawało mu się być aktem samobójczym i niezrozumiałym, biegający tu i tam młodzi harcerze noszący przy sobie flagi swoich szczepów którymi zahaczali o wszystko co się da, oraz co jakiś czas dobiegający skądś straszliwy dźwięk gwizdków, wzywający tego czy owego do stawienia się do konkretnego zadania – takie miał przed sobą wyzwanie do ominięcia. Cofnął się więc zapobiegliwie, następując przy tym na gołą stopę w sandale należącą do jakiegoś człowieka, który właśnie utknął w drzwiach przedziału, chcąc tam wejść na przekór temu, iż miał na plecach ogromny plecak z którego zwisała wysłużona menażka. Człowiek ten nawet nie zwrócił uwagi na to, że ktoś mu podeptał gołą stopę - tak był zajęty próbą wyjścia z klinczu w który sam się wprowadził...
Przez chwilę stał przed tym - osłoniętym dla postronnych - przedziałem. Położył w końcu dłoń, na zaskakująco zimnym, jak na panujący wewnątrz pociągu gorąc, metalu klamki i delikatnie przesunął drzwi. Nie wierzył własnym oczom. Przedział był całkowicie pusty, nikogo w nim nie było. Okno było lekko uchylone, tak że przedział ten był doskonale przewietrzony, nie tak jak te inne, przegrzane od upału i sprawiające po wejściu do nich wrażenia przebywania w szklarni. Obejrzał się strachliwie za siebie, chcąc sprawdzić czy aby nie ma za nim kogoś, kto również dokonał wraz z nim tego niespodziewanego odkrycia. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Harcerze biegali, człowiek z ogromnym plecakiem w końcu wyrwał się z paszczy drzwi i znikał gdzieś na horyzoncie korytarza, demolując przy tym wszystko co napotkał na swej drodze. Szybko więc wniknął do środka i niemal panicznie, trzęsącymi się ze zdenerwowania rękoma wbił kotwicę, czyli zamknął się po prostu od środka i jeszcze na wszelki wypadek sprawdził szczelność zasłonek.
Odetchnął głęboko, wciąż nie wierząc w swoje szczęście. Spokojnie położył walizkę na półce, zdjął marynarkę i powiesił ją na haczyku, zastanawiając się przez chwilę, na którym z nich będzie ona mniej narażona na podmuchy wiatru z okna, które miał zamiar zaraz po odjeździe pociągu odsunąć do połowy jego szerokości. Miał do wyboru sześć miejsc. Gdy jednak stwierdził, że nie wie jak z tego bogactwa wyboru skorzystać, obiecał sobie że będzie się przesiadał w trakcie podróży dotąd, aż w końcu znajdzie to najlepsze dla siebie stanowisko. Na początek wybrał to przy oknie, na którym podróż miała się odbyć plecami do do celu podróży. Zasiadł na nim powoli, rozkoszując się wygodą i cudowną perspektywą mającej nadejść niebawem możliwości wyciągnięcia nóg, tak jak tylko będzie miał na to ochotę. Na półce znajdującej się przy oknie rozłożył sobie książki i gazety, w których lekturze wkrótce miał się zatopić. Obok siebie położył torbę, w której miał przygotowane przez Helenkę kanapki, jabłka, paluszki oraz batony. W uchwyt na napoje wsunął wciąż zimną butelkę z piciem, które zakupił sobie na dworcu, i które wciąż pokryte było kropelkami rosy pokazując tym samym jak wciąż jest jeszcze chłodne.
Miał taki zwyczaj, iż niczego nie dotykał zanim pociąg nie ruszył. Prawdziwa podróż zaczyna się dopiero wtedy – tak uważał. Póki co więc lekko zastygł. Słyszał jak po korytarzu wciąż przemieszczają się poszukujący wolnych miejsc ludzie. Przez zasłonę widział ich cienie, jak przesuwają się całymi rzędami. Widział także cienie ich bagaży, plecaków. Słyszał ich jak się nawoływali, jak udzielali sobie wskazówek, słyszał ich zdenerwowanie i ekscytację. Był trochę przerażony tym, że ktoś w końcu odkryje tę jego kryjówkę i bez pardonu tu wtargnie. Odczuwał też coś na kształt wstydu. Wiązało się to z tym, iż był człowiekiem niezwykle pomocnym, i trochę niesmaczyło go to, że on tutaj siedzi sobie rozparty na salonach, a tam tłoczą się ludzie, zmęczeni i spoceni od upału, przed którymi wiele kilometrów męczącej podróży, spędzonej być może wraz z dziećmi. Nad tym strachem jednak górowało poczucie triumfu, mówiące mu że jest ponad tym wszystkim. W pewnej chwili nawet kilkukrotnie ktoś pociągnął nerwowo za klamkę drzwi jego przedziału, jednak napotykając opór ludzie ci szybko rezygnowali. Jak łatwo zbudować swoje terytorium i jak łatwo przekonać o tym innych ludzi, jak łatwo rezygnują oni wówczas ze swoich należnych praw, kiedy im to wyraźnie nakazać. Czekał w skupieniu na moment w którym pociąg ruszy. Wtedy prawdopodobieństwo tego, że ktoś do niego dołączy, spadnie do zera. Wpuści później jedynie konduktora, który ma świetny, i wydawałoby się oczywisty sposób na takie zaryglowane drzwi przedziału. Konduktor wówczas po prostu puka w szybę, co każdemu kto jest w środku nie pozostawia możliwości odmowy. Wtedy nie można nie otworzyć. Gdyby ci biedni ludzie szukający wolnych miejsc to wiedzieli..
Gdzieś zza okna dobiegł go wreszcie przeszywający do szpiku kości dźwięk gwizdka. Coś, gdzieś, stuknęło pod nim, pociąg lekko drgnął i ruszył. Wtedy rozluźnił się ostatecznie. Moment startu pociągu oznaczał, że nikt rozsądny nie powinien już być wtedy bez miejsca. Nawet ci, którzy nie znaleźli miejsca w zatłoczonych przedziałach, musieli dotąd znaleźć choćby skrawek wolnego miejsca w korytarzu i tam się usadowić. Napastowanie ludzi w przedziałach w poszukiwaniu wolnych miejsc nie było mile widziane kiedy pociąg już jechał.
Rozparł się w fotelu. Jego oczy chwytały przez chwilę bezmyślnie elementy otoczenia przelatujące coraz szybciej za oknem. Migały mu drzewa, całe rzędy drzew, latarnie, sieć energetyczna, jakieś znaki kolejowe, dachy domów, a z większych odległości przesuwały się powolnie wzgórza i pagórki. Położył rękę na chłodnej okładce książki, planując podnieść ją i zatopić się w lekturze. Jednak czuł teraz jak odpływa z niego cały stres, jak przyjemnie, wraz z wpadającym przez okno lekko schłodzonym upałem, jego całe wnętrze wycisza się i usypia. Przez chwilę opierał się coraz bardziej opadającym powiekom, aż w końcu poddał się im całkowicie. Głowa oparła mu się brodą o pierś, palce rozluźniły chwyt na książce, a oczy zapadły się do tyłu czaszki. Nie mogło być żadnej wątpliwości iż zasnął..
****
Ocknął się. Jednak nie zobaczył z początku nic, bo podczas któregoś z prawdopodobnych przebudzeń musiał położyć sobie na twarz gazetę, chroniąc w ten sposób oczy od bijącego od południa słońca. Zsunął tę gazetę z oczu i przez chwilę mrugał powiekami, gdyż mgła snu całkowicie zasnuła mu wzrok. Wzrok ten stopniowo wracał do normy. Zastygł. Na miejscach znajdujących się naprzeciw niego, siedziały dwie osoby. Były to, dokładnie rzecz ujmując, dwie młode dziewczyny. Jedna z nich, o ciemnych długich i prostych włosach siedziała na wprost niego, przy oknie, a druga, również długowłosa, tyle że blondynka, siedziała obok tej pierwszej. Obie zdjęły buty i trzymały nogi podkurczone pod siebie, tak jak się siedzi w parku albo w lesie. Ciemnowłosa trzymała w ręku, jego – jak się zdołał szybko zorientować – jabłko, już częściowo nadgryzione. Blondynka przeglądała bez większego zainteresowania jedną z jego książek. Wyczuły od razu że się przebudził, i teraz patrzyły na niego trochę tak jakby przyleciał z Marsa. Nauczony wieloletnim doświadczeniem, iż nie należy nawet w najbardziej zaskakującej sytuacji reagować pochopnie i nerwowo, spojrzał na nie spokojnym wzrokiem. One wtedy wymieniły spojrzenie, a następnie cicho parsknęły śmiechem. Blondynka śmiejąc się, klepnęła lekko koleżankę po kolanie, jakby ktoś opowiedział świetny kawał. Wyprostował się. Odłożył gazetę, i udając iż znajduje się w zwykłej i doskonale zrozumiałej sytuacji spojrzał za okno, chcąc ocenić gdzie się znajduje. Nic to mu nie dało, bowiem zobaczył jedynie mijane szybko i nic poza tym nie mówiące, leśne krajobrazy. Spojrzał na zegarek w telefonie i przeciągnął się lekko. Jego wzrok prześlizgnął się na zamek drzwi – ten wciąż był zamknięty. Dziwne – pomyślał. Jednak nie takie dziwactwa zaskakiwały go już w podróży. Człowiek czasem się zdrzemnie, a po przebudzeniu już nic nie wygląda tak samo. A to ktoś się przesiądzie, a to przybędzie do przedziału ktoś nowy, zwykłe pociągowe historie..No ale co z tym zamkiem. Przecież zamknąłem go dokładnie – upewniał sam siebie – jak to możliwe, że nie pamiętam czy ktoś mnie nie zbudził i nie dobijał się do mojego przedziału. Sam się jednak uspokoił – przecież sen ludzki to zagadka dla najtęższych naukowców, nikt nie wie co człowiek może zrobić w czasie snu, co może spamiętać albo nie. Z wiekiem – a czuł się coraz starszy od pewnego czasu – pewnie się to jeszcze potęguje, jak sądził.
- Czy wiedzą panie może gdzie się znajdujemy? - zapytał tak naturalnym tonem, na jaki umiał się w tej chwili zdobyć. - „Panie!” - zachichotała blondynka, i obie po chwili śmiały się cicho, zakrywając sobie przy tym usta dłonią niczym pensjonarki. - Przepraszam, czy wie Pani gdzie się Pani znajduje? - zapytała czarna blondynkę i znów obie parsknęły, to patrząc na niego, to na siebie. No tak – myślał – tylko brakowało mi towarzystwa dwóch młodych siks, które chichoczą na widok wszystkiego co się rusza. Wyjść z przedziału, co zrobiłby najchętniej, nie wypadało, oznaczałoby to iż zaczyna zachowywać się nieracjonalnie. Zresztą dokąd iść? Wokół niego same pełne przedziały, pełne okropnych ludzi tylko gotowych aby chcieć mu opowiedzieć historię swojego życia, albo pokazywać mu zdjęcia swojej rodziny. Trzeba chyba po prostu wyjść z tego wszystkiego z twarzą.
- Przepraszam, jak się panie tu dostały? - zapytał, iw momencie kiedy wypowiadał te słowa, czuł jak bezsensownie one brzmią. Odpowiedzią był jeszcze większy chichot. Blondynka wzięła od brunetki jabłko, ugryzła mocny kęs, i oddała je z powrotem koleżance.
- Jacques, Ty nie żyjesz... - powiedziała nagle brunetka.
- Słucham?
- Nie żyjesz – upewniała go brunetka, ze śmiertelnie tym razem poważną twarzą – umarłeś...
Dobrze, dosyć już tego, stwierdził. Wstał gwałtownie z miejsca i zaczął składać wszystkie rzeczy do torby podróżnej, którą zdjął zdecydowanym gestem z półki.
- Jacques, co Ty robisz? - zapytała blondynka.
- Jak to co, pakuję się i wychodzę. Nie mam zamiaru spędzić podróży na kretyńskich żartach z jakimiś durnymi idiotkami, czego żeście się małolaty naćpały? - wyszczekał tak energicznie, że aż sam się tego przeraził.
- Jacques, teraz to już mówisz jak kompletny szaleniec – odparła blondynka i znów zajęła się jabłkiem. Brunetka odłożyła książkę i wzięła do rąk gazetę którą zaczęła spokojnie przeglądać.
Próbował jak najszybciej otworzyć zamek drzwi, lecz trzęsła mu się ręka. Blondynka wstała i pomogła mu w tym zadaniu. Dziękuję – rzucił na pożegnanie i zasunął za sobą drzwi tak mocno, że aż zadrżała w nich szyba. Przeszedł z walizką kilka kroków przez korytarz, po czym wrócił, otworzył znów drzwi przedziału w którym siedział do tej pory, i rzucił tylko w szczelinę – Przepraszam za te „idiotki”!. Zamknął drzwi ponownie, tym razem spokojnie. Odszedł na kilka przedziałów w głąb korytarza, postawił walizkę na podłodze i otworzył szeroko okno, pragnął bowiem teraz przewietrzenia myśli. Od rana czuł, że ta podróż się nie uda. Jak nie jakiś pijak, to jakieś inne przygody się przytrafią. Patrzył dłuższą chwilę przez okno, obserwując jak mija połacie pól, gęstych lasów i innych niezamieszkanych terenów, które kusiły, a zarazem przerażały swoją dzikością i brakiem w nich jakiegokolwiek śladu ludzkiej bytności. Rozejrzał się. Zdumiało go to, że na korytarzu nie było absolutnie nikogo. Nagle przeszyła go niespodziewana myśl. A skąd one znały moje imię?
****
- Skąd znacie moje imię? – zapytał stojąc ponownie w drzwiach swojego byłego już przedziału. Dziewczyny teraz siedziały naprzeciw siebie z wyciągniętymi nogami i zerkały spokojnie przez okno. Popatrzyły na niego jednocześnie, potem przez chwilę znów na siebie.
- Jacques, czemu się tak denerwujesz? - powiedziała brunetka - my naprawdę nie chcemy dla ciebie źle. Umarłeś. Umarłeś dziś rano. Za dużo pracujesz, Jacques. Tak się to musiało skończyć. Nie wierzysz nam, wiem. Sprawdź jednak czy ktokolwiek oprócz nas jest jeszcze w tym pociągu.
Kiedy słuchał tych słów, poczuł że pociąg zaczął powoli zwalniać, aż w końcu całkiem się zatrzymał. Stał teraz pośród rozpostartych po horyzont złotych zbożowych pól. Zrobiło się całkiem cicho. Zamknął za sobą powoli drzwi. Przeszedł przez pusty korytarz. Otworzył któreś z drzwi. W przedziale tym nie było nikogo, nie było ani walizek, ani innego śladu wskazującego na to, że ktoś mógł tam w ogóle kiedyś przebywać. Otworzył następne. Potem jeszcze następne. Wszędzie tak samo pusto. Wrócił, człapiąc, do „swojego” przedziału. Usiadł na jednym z siedzeń i popatrzył na swoje towarzyszki. Jedna z nich, blondynka, położyła mu rękę na ramieniu. Przez chwilę sprawiło mu to przyjemność, jednak po chwili zerwał się znów z miejsca.
- Dobre sobie. Skoro umarłem, to czemu żyję? - z przekonaniem spytał w zdziwione wciąż twarze dziewczyn. No żyję, oddycham, odczuwam, ból również. Tu uderzył otwartą dłonią w kant drzwi aż stęknął z bólu, a po chwili jego na dłoni wykwitła czerwona pręga - To jest śmierć?



Komentarze
Pokaż komentarze (5)