Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
543
BLOG

Sanatorium pod Hradczanami

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 18

 

Jedni jeżdżą do sanatorium, inni chodzą do najróżniejszej maści terapeutów, jeszcze inni grają w golfa lub łowią ryby. A ja jeżdżę do Czech – po prostu. Nikt się już temu nie dziwi wśród moich bliskich i dalszych znajomych, a nawet moje szefostwo nie śmie mnie w tej kwestii blokować - kiedy czuję że to już, wtedy pośpiesznie wypisują mi urlop, a ja pakuję się i obieram kierunek południowy. Praga zajmuje szczególne miejsce w tej całej zabawie. Z wielu względów. Kilkudniowy pobyt tam, to dla mnie po prostu potężny zastrzyk metafizyki i serotoniny. Praga, niestety albo stety, funkcjonuje w świadomości przeciętnego zjadacza chleba, jako miejsce gdzie żłopie się browar, lansuje się na Moście Karola oraz obchodzi się w czasie szybkiego tourne podstawowe turystyczne atrakcje z przewodnikiem w ręku, odliczając w myślach czas kiedy w końcu usiądzie się z kuflem w łapie.

 

Po Pradze przemieszczamy się albo magicznym metrem albo z tzw. buta. Inaczej się nie da

 

Dla mnie to miejsce nie ma z tym nic wspólnego. Za piwem nie przepadam, a atrakcje te wszystkie widziałem, kiedy byłem tam pierwszy raz jeszcze w latach 80-tych. W Pradze dzieje się dużo więcej, tyle że aby te rzeczy zobaczyć trzeba się na nie po prostu nastawić. To wcale nie takie trudne.

Choć w Pradze nie jest lekko. Bo są tam Prażanie - typ wyjątkowo specyficznych obywateli wśród specyficznych i tak samych w sobie Czechów. W Łodzi np. wsiadły do autokaru dwie Prażanki - matka i córka. Omiotły tylko pasażerów pogardliwym spojrzeniem, po czym zasiadły w swoich miejscach nie zdejmując nawet kurtek i nie odkładając eleganckich torebek, zachowując się tak jakby czekała je podróż autobusem z dzielnicy do dzielnicy, a nie z Łodzi do Pragi. Typowo praskie zachowanie. Córa oczywiście ładna, podobna do tej blond lekarki ze „Szpitala na peryferiach”, można by się w niej momentalnie zakochać. Nawet bym tak uczynił, ale przecież to nie dość że Czeszka, to na dodatek Prażanka. W Polsce nie dałaby sobie absolutnie rady – to w końcu Czeszka, a na dodatek Prażanka. A ja w Czechach nie mógłbym żyć - to miejsce jest dla mnie stworzone tylko po to, abym mógł do niego się udawać, a potem z niego powracać.

W Pradze nie byłem przeszło trzy lata - czyli jak na mnie - sporo. Troszkę się obawiałem tego co zastanę, bo w takim czasie zmienić się może dosłownie wszystko, nie tylko w pewnym mieście. No i tak było. Wysiadłem z autokaru dosłownie drżąc z zimna (było przed szóstą) okutany w dwie kurtki, czapę i szalik i wtoczyłem się do podziemi metra Florenc gdzie czekała na mnie niemiła niespodzianka. Cena biletu całodziennego wzrosła przez te trzy lata do 110 koron. Tak mi się wydaje, że jak byłem ostatnio to płaciłem coś około 70 koron. To nie był koniec. W sklepach drogo - przy byle zakupach korony wylatują niczym z dziurawej kieszeni. W metrze i na ulicach plakaty reklamujące tzw. kredyty-chwilówki, porady windykatorów oraz te niepokojące swoją wyrazistością:

 

Do cholery to przecież Praga..

 

W powietrzu coś jakby się zmieniło. W oczach Czechów widać pewien niepokój, a może tak mi się tylko wydaje.

Poza tym bez zmian. W hotelu na zmianę pracowały dwie panie recepcjonistki. Jedna - starsza - zalewała mnie potokiem niezrozumiałej czeszczyzny i nie wiedziała prawie nic. Druga - młodsza - nie chciała rozmawiać ze mną po czesku, tylko od razu uparcie przechodziła na angielski. Ja odpowiadałem uparcie mimo to moim kalecznym czeskim, a efekt był taki, że przez pół godziny nie mogła mi wytłumaczyć o której mam zdać pokój. Poczułem że jestem tam gdzie chciałem.

Potem zaczęło już być pięknie. Praga przywitała mnie po prostu upałem. Wyszedłem na miasto w lekkiej kurtce, i bluzie z kapturem. Kurtkę zdjąłem jeszcze zanim wyszedłem z terenu hotelu, a bluzę tuż przed stacją metra, do której idzie się z mojego hotelu jakieś kilka minut. Nie mogłem w to uwierzyć - przecież jest połowa marca. Możecie się śmiać, ale ja wiem że to specjalnie dla mnie. Siedząc sobie nad Wełtawą, obserwując ludzi porozbieranych niczym w lipcu i patrząc na skąpane w słońcu Hradczany aż przechodził mnie dreszcz. Czy to możliwe żeby tyle przypadków zrodziło się w jednym momencie? Aż się spojrzałem w niebo. Nie wiem czy jest tam jakaś boska siła, ale w tym momencie moja niewiara na chwilę zelżała.

 

Strzeż się tych miejsc..

 

Praga została zalana turystami – głównie z Rosji. Na Moście Karola, którym chciałem się przebić na drugą stronę (co za fatalna ze wszech miar decyzja) stworzył się korek. Po prostu ludzie się na nim zakorkowali i szlus. Cofnąłem się szybko na Kampę i na Malą Stranę, która jest moim ulubionym miejscem. Tylko krok, i już można chodzić labiryntami cichych i spokojnych wąwozów kamieniczek. Mala Strana to miejsce magiczne, spacerować tamtędy lubił nawet sam Kafka, który przecież w rzeczy samej, Pragi nie znosił.

 

Mala Strana w swojej pełnej krasie..

 

Właśnie – Kafka. Co powiedziałby Kafka, widząc pod domem w którym mieszkał, tabliczkę z nazwą miasta jego imienia? Nie wiem – ale najprawdopodobniej dostałby ataku głupawki śmiechowej, które czasem mu się przytrafiały. Jak wtedy, gdy z kolegą wysłuchiwał przemówienia okolicznościowego wygłaszanego przez jednego z wysokich dyrektorów w firmie w której pracował. Nie mógł znieść potwornego, niemal ojcowskiego, patosu tej przemowy i dopadł go niemożliwy do powstrzymania atak śmiechu. Kolega go uspokajał, dyrektor się poważnie skonfudował, a całość załagodził dopiero list Kafki do dyrektora w którym wszystko wyjaśnił. Dyrektor na szczęście okazał się być człowiekiem wyrozumiałym i puścił wszystko w niepamięć.

 

Ulica Franza Kafki, a pod nią knajpa i kawiarnia - co Ty na to Franz?

 

Tak więc Kafka w Pradze jest wykorzystywany w sposób ironiczny. Kiedy bowiem tam żył, czuł się tam – jako niemieckojęzyczny żyd – tak dobrze, że przez całe życie planował wyjazd do Palestyny, a koledze mówił iż należałoby tę Pragę po prostu podpalić z dwóch stron, bowiem nie daje ona żyć. Dziś Praga na nim zarabia i to w sposób karczemny. Każdy kto choć trochę zna twórczość Kafki widzi ironię tej sytuacji jak na dłoni.

 

Kafka tu, Kafka tam, Kafka wszystkim da zarobić nam...

 

Wybrałem się w końcu na grób Franza, bo nigdy tam nie byłem. Piękny stary cmentarz żydowski na Żiżkovie. W kieszeni worek foliowy z kamykami przywiezionymi z Pruszkowa (na cmentarzu żydowskim nie powinno się składać kwiatów a właśnie rzucać na grób kamyki nie pochodzące z tego cmentarza). Część wysypałem Franzowi, a część losowo wybranym mieszkańcom tego cmentarza.

 

Tabliczka - tak na wszelki wypadek, żeby turysta się nie zgubił..

 

Grób Franza i jego rodziców, Julii i Hermanna, z którymi nie umiał nigdy sobie ułozyć stosunków, by w końcu spocząć z nimi w jednym grobie

 

Nazywam się Józef K. - ja jestem całym światem. Tak sobie ktoś wymyslił.

 

Kamienie z Pruszkowa

 

Poza tym - jak pisałem wcześniej - bez zmian. Czesi cisi, spokojni, ale i bierni. Z wiekiem, ta ich bierność i wycofanie coraz bardziej mnie irytuje. Trudno do nich dotrzeć, nie reagują na zwyczajowe w Polsce drobne życzliwe żarty, wciąż tkwią w tej swojej neutralności. Dobre jest to, że przebywając w ich skupiskach człowiek trochę czuje się tak, jakby przeniósł się z powrotem do lat 90-tych. Oni nadal są tacy, powiedziałbym, zgrzebni. Nie dali się zniewolić np. modzie. W samym centrum, gdzie turyści są z całego świata, dziwaków najrózniejszych zatrzęsienie. Ale poza tym centrum, ciężko uświadczyć tej rewii mody jaką widać na polskich ulicach. Nawet kobiety, dziewczyny ubrane są bardzo stonowanie, nie ma tej krzykliwości i pędu do tzw. „look'u”. Nie widać prawie w ogóle metroseksualnych chłopców, którzy u nas mnożą się jak króliki. To są właśnie Czesi - można i powinno się ich nie lubić, ale oni nigdy nie dadzą się nikomu łatwo w coś wmanewrować. Siedzą cicho i swoje wiedzą. A ja skusiłem się na znielubiane już w czasie kolonii, spędzonych jeszcze w Czechosłowacji, knedliki. Podała mi je wyjątkowo, nawet jak na praskie realia, niegrzeczna kelnerka.

 

Rozgrzebane knedliki Marcina_KK

 

Coś wisi w powietrzu - wie to nawet król Wacław..

 

Kiedy miałem już wyjeżdżać, dosłownie na godzinę przed tą chwilą, nad Pragą która dotąd miała niebieskie przejrzyste niebo spadła gigantyczna ulewa. Jak wytłumaczyć ten fakt iż działo się to właśnie przed moim wyjazdem i po tak pięknej pogodzie? Jak wytłumaczyć to, że dzieje się tak prawie zawsze kiedy tam jestem? Czy jestem megalomanem sądząc że po prostu Pradze jest smutno że wyjeżdżam i mi to okazuje? Pewnie jestem megalomanem.

 

Na schledanou..

 Fot. - autor

 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (18)

Inne tematy w dziale Rozmaitości