26 obserwujących
234 notki
380k odsłon
  836   0

e-Bibliografia adnotowana (6) relacji "świadków smoleńskich"

 

                               NA LOTNISKO!

opowiada Krzysztof Łapacz (10.15’' filmu „Na własne oczy”), że Wiktor Bater wyjaśnia mu, dlaczego muszą jechać do Smoleńska: „Była katastrofa – ponoć wszyscy nie żyją”. Nie minęła jeszcze godz. dziewiąta… [http://www.filmydokumentalne.eu/smolensk-2010-na-wlasne-oczy/]

 
O 8:55 szef zabezpieczenia BOR połączył się z Centrum Kierowania BOR i zapytał oficera operacyjnego, czy wie coś o awarii lub katastrofie. Ten powiedział, że nic takiego nie wie i od dzwoniącego dowiaduje się, że coś jest nie tak.  O 9:00 zadzwonił ponownie do Centrum w Polsce i powiedział, że jedzie sprawdzić te informacje na lotnisko w Smoleńsku. 20 minut później funkcjonariusze dotarli na Siewiernyj, lecz dopiero o 9:30 zobaczyli szczątki samolotu. Wtedy trwało już dogaszanie wraku, a dookoła były rozciągnięte taśmy.   http://www.rmf24.pl/raport-lech-kaczynski-nie-zyje-2/fakty/news-bor-nie-planowal-obecnosci-na-lotnisku-siewiernyj,nId,302598

Sasin: Ja z nimi jechałem, i oczywiście dokładnie nie podam w tej chwili. Natomiast znowu drogą pewnej dedukcji, ponieważ udaliśmy się, oni się udali na cmentarz takim mikrobusem 9-miejscowym i ja się na lotnisku dosiadłem do tego samochodu, i tam było jedno wolne miejsce w tym samochodzie. Ponieważ była kwestia dyskusji, czy może ze mną jechać mój pracownik, ostatecznie on pojechał na stojąco w tym samochodzie. Więc tych funkcjonariuszy musiało być ośmiu, łącznie z kierowcąhttp://orka.sejm.gov.pl/opinie6.nsf/nazwa/78_20101006/$file/78_20101006.pdf

 
 
"Szliśmy na cmentarz, a tą samą drogą wybiegali z niego reporterzy. W pośpiechu pakowali sprzęt, kamery, wsiadali do aut i odjeżdżali.”  http://www.pomorska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20150410/KATASTROFA_SAMOLOTU_PREZYDENTA/150409237
Wybiegliśmy z katyńskiego Memoriału i ruszyliśmy samochodem do Smoleńska  http://www.sdp.pl/rozmowa-dnia-pyza                                                     

kolega, który był przy wozie satelitarnym i powiedział, że spadł samolot z prezydentem. Kazał nam szybko jechać na lotnisko w Smoleńsku, zobaczyć co się stało. - To nie jest żart - zaznaczył. Było około 9. 10. (…) Pędem pobiegliśmy do samochodu (…) Jechaliśmy 160 km. na godzinę, z włączonymi długimi światłami, trąbiąc klaksonem. Skrzyżowania były już blokowane, ale dojechaliśmy pod samą bramę lotniska. (…) O której godzinie dotarliście na miejsce? Około pół godziny po katastrofie. Dziennikarze TVP byli pierwsi. [wg ówczesnego „czasu katastrofy” przybyli zatem ok. 9.30] http://www.tvp.info/1668832/opinie/wywiady/czulem-zapach-paliwa-lotniczego/

Lotnisko było pogrążone w gęstej mlecznej mgle. Od razu uderzył mnie panujący tu spokój. Gdyby ktoś został ranny, gdyby była jakakolwiek nadzieja, wszyscy ci ludzie by biegali, krzyczeli. Stojące obok samochody strażackie pędziłyby w stronę miejsca katastrofy.Ludzie na płycie lotniska stali bez ruchu, rozmawiali ściszonymi głosami, skupieni w niewielkich grupkach. Część z telefonami przy uchu. – Była katastrofa, nikt nie przeżył – rzucił nam blady jak płótno Polak, prawdopodobnie pracownik ambasady. Obok stały trzy autokary. Miały zabrać pasażerów Tu-154M. W środku kilka spłoszonych kobiet. – Nie wierzę w to, co się stało – rzuciła jedna z nich. http://www.rp.pl/artykul/460145_Nie_moglem_uwierzyc_w_to__co_widze.html

Cmentarz polskich oficerów w Katyniu oddalony jest od Smoleńska o blisko 30 kilometrów. Normalnie pokonanie tej trasy wąską i dziurawą szosą zajmuje dobre 40 minut. Teraz pędziliśmy na złamanie karku, 160 kilometrów na godzinę z włączonymi długimi światłami i przecinającym powietrze rykiem klaksonu. Co chwila uderzaliśmy głowami o dach auta wyrzuconego na nierównościach jezdni. Przed nami gnał samochód z dziennikarzami „Wiadomości”. Jechaliśmy środkiem szosy spychając inne auta na pobocza. Po kilkunastu minutach byliśmy już na przedmieściach Smoleńska. Chwilę błądziliśmy po wąskich uliczkach miasta. Kiedy znaleźliśmy właściwą drogę okazało się, że jest już zablokowana. Ale na widok naszych dziennikarskich akredytacji milicjanci ustąpili i pozwolili przejechać. Dotarliśmy do głównej bramy portu lotniczego.   http://tvp.info/magazyn/po-godzinach/smolensk-miasto-bohater/6998533

Robiłem zdjęcia na  cmentarzu w Katyniu, w pewnym momencie powstało jakieś poruszenie. Okazało się, że była jakaś awaria samolotu, część dziennikarzy wyruszyła na lotnisko.  Początkowo mówiono, że samolot się rozbił, ale nie ma ofiar. Jednak po chwili wśród pracowników biura prasowego prezydenta zapanowało ogromne poruszenie. Wówcza ruszyłem na lotnisko z kolejną grupą reporterów. Jechaliśmy bardzoszybko i dogoniliśmy nawet pierwszy samochód z reporterami. http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/zrobilem-zdjecie-skrzydla-ktore-zniknelo-po-dwoch-godzinach/

W drodze na lotnisko Zychowicz i dziennikarze innych stacji dostali telefoniczną informację, że "z samolotu nie ma co zbierać". - Wydawało się to absurdalne, niemożliwe - wspomina dziennikarz "Rz".                                                                 http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/dramatyczne-relacje-dziennikarzy-z-katynia-tak-nie_136223.html
 
Widziałem jak do auta wciska się jeszcze jeden pasażer – Marcin Wojciechowski, reporter „Gazety Wyborczej”. Był jednym z tych dziennikarzy, którzy do Smoleńska przylecieli rządowym samolotem, godzinę przed prezydentem. My mieliśmy własne samochody, oni uzależnieni od transportu zapewnionego przez Kancelarię Prezydenta, próbowali desperacko złapać okazję do miasta.  http://tvp.info/magazyn/po-godzinach/smolensk-miasto-bohater/6998533
 
Wtedy zadzwonił telefon kolegi. Mówią, że samolot się rozbił - powiedział. Jaki samolot pytam ? Prezydencki. To nie prawda - pomyśleliśmy. Ale kiedy wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem biegających z telefonami ludzi przez chwilę nie mogłem oddychać. Gdy zatrzymywaliśmy jakiś samochód, żeby wrócić na lotnisko myślałem, że może samolot zjechał z pasa, że być może kilka osób jest rannych, nie mogłem uwierzyć, że samolot się rozbił i nikt tej katastrofy nie przeżył. Gdy dojechaliśmy na miejsce, spotkaliśmy operatora telewizji polskiej, który sfilmował miejsce wypadku. Powiedział nam, że z samolotu nic nie zostało.  Przez kilkadziesiąt godzin tkwiliśmy przed boczną bramą lotniska Siewiernyj, przez którą co chwilę wjeżdżały i wyjeżdżały samochody rosyjskich służb lub ciężarówki z trumnami.                                        
 
Minister Sasin szybko podjął decyzję, że powinniśmy jechać na lotnisko. Utworzono kolumnę, która składała się z eskortującego nas samochodu rosyjskiej milicji – to była, pamiętam, stara łada – i dwa samochody. Pierwszym był samochód z oficerami BOR, tymi, którzy na miejscu zabezpieczali cmentarz, i za nimi nasz samochód, którym jechałem z panem ministrem Sasinem .Na lotnisko jechaliśmy dwadzieścia pięć, trzydzieści minut. (...)
Wjechaliśmy na lotnisko i tam była… uderzyła nas straszna mgła. Rzeczywiście, ta mgła była nieprawdopodobna. Od punktu, do którego dojechaliśmy, gdzie czekały autobusy, gdzie czekała kolumna prezydencka niemal nie było widać, gdzie stał jak. A to nie było daleko.
 
Na miejsce katastrofy jechaliśmy z cmentarza katyńskiego. Ruszyliśmy dziesięć, piętnaście minut po ministrze Sasinie, mieliśmy do dyspozycji własny samochód z kancelarii. Trasę, którą normalnie pokonuje się w trzydzieści minut, przemierzyliśmy w dziesięć. Bez problemu wjechaliśmy na teren lotniska wojskowego, zatrzymali nas tuż przed płytą lotniska, gdzie kłębiło się wielu ludzi: służby federalne, nasi dyplomaci, konsulowie. Zostaliśmy poproszeni o opuszczenie samochodu. Staliśmy więc i czekaliśmy.
 
Pamięta Pan, ile czasu zajął Panu dojazd z Katynia na miejsce katastrofy?
- Tam było dwadzieścia parę kilometrów, drogi są fatalne. Ale z tym pilotażem jechaliśmy około 20 minut. Od momentu katastrofy byłem na miejscu po jakichś 35-40 minutach.
Kto poinformował szefostwo BOR o katastrofie?
- Ja. Zadzwoniłem do jednego z przełożonych, płk. Roberta D., że coś się wydarzyło. Gdy jeszcze staliśmy w Smoleńsku, tam gdzie wszyscy oczekiwali na przylot samolotu, jeszcze nie było do końca wiadomo, co się tak naprawdę stało. Podeszła do mnie konsul i powiedziała: „Nie wiem, co się tak do końca stało, ale podsłuchałam rozmowę Rosjan, którzy powiedzieli, że szykują się na zbieranie ciał”. Wtedy była już bardzo zdecydowana nasza reakcja, poszliśmy do tych z FSO i mówimy: „Słuchajcie, wiemy, że coś się wydarzyło, chcemy tam jak najszybciej dotrzeć, gdzie jest to miejsce”. Wtedy nas puścili przez płytę lotniska, bo to była najkrótsza droga.
Mieliście swobodny dostęp do miejsca katastrofy?
- Tam, gdzie leżały pierwsze szczątki, przed nami były już taśmy i kilku funkcjonariuszy milicji, z rosyjskiego OMON. Mogliśmy dojść do tych linek.
Za linki już nie?
- Nie
 
 
 
                          
 
Serdecznie proszę Szan. Koleżanki i Kolegów Blogerów i Komentatorów o przesyłanie niezbędnych uzupełnień Pocztą wewnętrzną. Komentarze nie są przewidziane i będą sukcesywnie usuwane dla zachowania stricte informacyjnego charakteru tekstu.

 

 

 
Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura