Pamięć to pamiętnik, który stale nosimy ze sobą.
Oscar Wilde

Do uzyskania pełnoletności brakowało jej pięciu dni. 28 sierpnia 1946 r. w Gdańsku, wraz z Feliksem Selmanowiczem (pseudonim „Zagończyk”), stanęła twarzą w twarz z plutonem egzekucyjnym. Podobno żaden z żołnierzy tego oddziału nie chciał strzelić dziewczynie w serce. Znalazł się jednak komunistyczny bydlak o nazwisku Franciszek Sawicki, który z broni krótkiej pozbawił ją życia. Według relacji ks. M. Prusaka Danuta Siedzik przed oddaniem zabójczego strzału wykrzyczała oprawcy w twarz: „Niech żyje Polska! Niech żyje „Łupaszko”!”.
Z perspektywy niemal osiemdziesięciu lat wydarzenie to obrosło narracją, stało się – na wzór opowieści starożytnych Hellenów – mitologią. Rzecz w tym, że nie była to li tylko projekcja wyobrażeń, przesądów i bajęd, ale to zdarzenie miało miejsce naprawdę. „Inka” złożyła swoje życie na ołtarzu Ojczyzny. Jak również wartości, które były w owym czasie bezwzględnie deptane przez buciory sowieckich i ubeckich barbarzyńców. Szacunek. Jest jednak jeszcze jeden aspekt tej sprawy… Otóż jako ojciec córek nie potrafię do końca zrozumieć tajemnicy zachowań „Inki”. Wiem. Dziś, jako osobom „postronnym” łatwo mówić nam o poświęceniu oraz niezłomności osiemnastolatki. Z drugiej strony - który z rodziców miałby i ma w sobie tyle odwagi, by pogodzić się ze śmiercią własnego dziecka kierowanego nawet najszczytniejszymi ideami? Osobiście nie znam takich osób. W tym siebie samego. Być może pewnym wytłumaczeniem jest fakt, iż Danuta Siedzik u zarania swej młodości przeżyła potworną traumę, której nie przystoi życzyć nikomu. Ojca zabrali jej Sowieci, matkę Niemcy. Prócz ukochanej babci nie miał już nikogo… Cześć i chwała!
Ludzie tego formatu jak „Inka” i „Zagończyk” zasługują na najwyższe uznanie i… wieczną pamięć. Nie dlatego, że tak wypada i jest to jakoś tam modne, ale również z innych przyczyn. Są bowiem w życiu ludzi, wspólnot i narodów rzeczy i sprawy zwane imponderabiliami. I właśnie szacunek dla tych zasad oraz ich praktykowanie odróżnia nas od świata zwierząt i osobników hołdujących antyludzkim ideologiom. Mam tego głęboką świadomość. Dlatego wspólnie z reprezentantami środowisk więźniów politycznych PRL, działaczami tzw. Pierwszej Solidarności, aktywistami Stowarzyszenia „Bydgoscy Patrioci”, dawnymi działaczami KPN i NZS, a także przedstawicielami kibiców „Zawiszy” Bydgoszcz, wybrałem się oddać hołd Żołnierzom Niezłomnym. „Ince” i „Zagończykowi”.
Muszę przyznać, że wydarzenie miało zacną oprawę. Pojawili się posłowie, radni, przedstawiciele Kancelarii Prezydenta oraz IPN. Harcerze, śpiewające małolaty z Sanoka, żołnierze WOT, kibice klubów z Trójmiasta (głównie „Bałtyku” Gdynia), mieszkańcy Gdańska, Grudziądza, Tczewa i rekonstruktorzy. Wśród gości można było dostrzec m.in. Państwa Gwiazdów i Rafała Otokę-Fronckiewicza. Byliśmy także my, liczni Bydgoszczanie…
Nie będę opisywał przebiegu wydarzenia. Nie będą chwalił lub narzekał (choć na moja miarę osób oddających cześć „Ince” powinno być więcej). Nie będę relacjonował naszej ekspozycji na Westerplatte. Ograniczę się tylko do stwierdzenia: „Inka” i jej podobni zasłużyli na to, abyśmy pielęgnowali pamięć o nich. Jest to bowiem nie tylko obowiązek nasz, polski, ale również człowieczy.








--------------------------
Inne tematy w dziale Kultura