Bazyli1969 Bazyli1969
224
BLOG

Gall Anonim i piastowska ściema

Bazyli1969 Bazyli1969 Kultura Obserwuj notkę 31

A moja prawda jak struna drga, radośnie woła lub cicho łka. 

R. Kołakowski

image

Na specjalne życzenie kol. @kelkeszosa zamieszczam fragment pewnej pracy. Generalnie idzie o to, że nasz najstarszy dziejopis, tj. tzw. Gall Anonim, tak naprawdę nie wiedział nic o początkach rodu Piastów. Ród ten zatem mógł być - a moim zdaniem był - pochodzenia obcego. A skoro tak...

Pamiętam doskonale, gdy jako nastolatek wybrałem się do miejscowej biblioteki i z wypiekami na twarzy zamówiłem „Początki Polski” wielkiego H. Łowmiańskiego. Zanurzyłem się w lekturę bezgranicznie i łapczywie pochłaniałem jej treść. Jako że zgodnie z panująca ówcześnie dobrą zasadą książki czytało się od deski do deski, to do rozdziałów poświęconych protoplastom naszego pierwszego historycznego władcy dotarłem po kilkunastu dniach. W jednym z nich Autor zdecydowanie twierdził, iż „Ta najbardziej wiarygodna z trzech opowieści [tj. Galla o synu, wnuku i prawnuku Piasta], pozbawiona jakichkolwiek wtrętów legendarnych, winna być wyłączona z cyklu legendarnego…”. Innymi słowy uczony nie brał pod uwagę możliwości, że uwagi innego polihistora, czyli P.J. Szafarzyka, określające przekaz Galla dotyczący przedmieszkowych książąt jako „ckliwe powiastki” „dość miernego pismaka”, należy uznać za oceny sprawiedliwe. Bo przecież… Bo przecież poza długą listą argumentów niższego rzędu, decydującym miał być ten o nieprawdopodobieństwie utraty tak ważnej tradycji na dworze Bolesława Krzywoustego. Wszak zapamiętanie i zachowanie przez około sto pięćdziesiąt lat trzech (ewentualnie czterech) imion przodków Mieszka I przez potomnych  to nie tylko łatwizna, ale wręcz obowiązek. Podobnie do zagadnienia podchodzili inni, zasłużeni i uznani badacze. Jak choćby: G. Labuda, K. Tymieniecki czy J. Strzelczyk. Zastrzeżenia „opozycji” były niemal niesłyszalne. W związku z tym oficjalnie w polskiej historiografii począł obowiązywać swoisty dogmat o historyczności Siemowita, Lestka i Siemomysła. Ba! Pojawiły się nawet głosy poważnych ludzi przypisujących każdemu z w.w. konkretne lata rządów oraz listy krain przez nich podbitych lub/i uzależnionych. Przecież – jak roztropnie zauważają obrońcy prawdziwości gallowej genealogii – Mieszko I musiał mieć męskich przodków. Wszystko to na pierwszy rzut oka wyglądało rozsądnie i przekonująco. Do czasu.


Nie ulega wątpliwości, że zdolności ludzkie w przekazywaniu informacji (często niemiłosiernie skażonych i niejasnych) o wydarzeniach oraz postaciach z czasów dawno minionych są zaskakujące. Szczególnie w społecznościach pierwotnych. Wiele takich opowieści, krążących przez wieki w formie ustnej, zostało spisanych po niezwykle długim czasie. Wystarczy wspomnieć chociażby sławny ormiański epos „Dawid z Sasunu” czy ruskie byliny. Podobnie rzecz się ma z pamięcią o antenatach, co doskonale obrazują pieczołowicie pielęgnowane rodowody żydowskie, islandzkie oraz japońskie (system koseki). Z drugiej strony nie da się przyjąć, iż było to zjawisko powszechne albo nawet częste. Z różnych przyczyn nić tradycji mogła zostać przerwana lub… celowo przecięta. Już przecież Flawiusz Wopiskus opisując żywot cesarza Aureliana (wybitnej przecież postaci) zauważył, iż „zdarza się mianowicie, że często nie wiemy, gdzie urodzili się ludzie, którzy pochodząc z niskiego rodu, przeważnie sami zmyślają potem miejsce swego urodzenia, aby olśnić potomność jego wspaniałością”. Napisał to człowiek mający dostęp do bibliotek i archiwów. Cóż więc mówić o autorach zabierających się do rozganiania mgły przeszłości w społecznościach nie korzystających z wynalazku pisma? Jak stwierdzić rzetelność narracji pozostawionej miejscowym przez przybyszy z odległych stron? Czy dawać wiarę dziejopisom, których pióro zakontraktowano do stworzenia opowieści o chwalebnej przeszłości  rodu panującego? To bardzo trudne pytania.


Gdy sięgniemy po zachowane do współczesności wczesnośredniowieczne lub nieco późniejsze  źródła pisane i spróbujemy na ich podstawie ustalić początki niektórych spośród sławnych rodów naszego kontynentu możemy być zaskoczeni. W jednych przypadkach nasze wysiłki spełzną na niczym, a w innych… Litewski Mendog (ok. 1200 – 1263 r.) wyskakuje się niczym filip z konopi. Jest aktywny, srogi, waleczny i nawiązuje liczne kontakty z zagranicą. Tworzy podwaliny państwa litewskich Bałtów. O jego przodkach jednak cicho sza. Dopiero autorzy piszący w XVI stuleciu dopisują mu w metryce ojca Ryngolda oraz dziadka Algimantasa. Meroweusz (V w. n.e.; protoplasta Merowingów) podobno gromił Hunów na Polach Katalaunijskich w 451 r. n.e., ale bez towarzystwa swego ojca, którym był – jak twierdził chrześcijańskich (!) autor, tj. tzw. Fredegar –  morski potwór Kwinotaur.  To nie wszystko. Najdawniejsi wodzowie Longobardów nie chwalą się przodkami w ludzkiej postaci, lecz są za pan brat z Godanem/Odynem/Wodanem. Podobnie zresztą jak szwedzcy Ynglingowie, którzy przyznawali się do pochodzenia od boskiego Yngvi-Freyra. Na drugim końcu świata wielki Czyngis wywodzi swój ród od Szarego Wilka (Borte Czino) i „Tajna historia Mongołów” przekazuję tę wieść bez żadnych zahamowań. Mamy zatem albo mgławicowych i legendarnych przodków pochodzenia ziemskiego, albo byty nie z tej ziemi biorące udział w prokreacji bohaterów z krwi i kości. Zaskakujące? A skąd! Głęboka tradycja oraz potrzeba nadawania sygnatury rewerencji przywódcom, sięgająca tysięcy lat, utwierdzała w przekonaniu wspólnoty wczesnośredniowieczne, że intensywne i cielesne interakcje pomiędzy sacrum i profanum to coś naturalnego, codziennego, na wyciągnięcie ręki. W jaki zatem sposób uporządkować ten bałagan i oprzeć wnioski o twardy grunt?


Pierwszym poważnym krytykiem dotychczasowych metod ustalania prawdy w interesującej nas kwestii był niewątpliwe prof. J. Banaszkiewicz. W pracy pt. „Podanie o Piaście i Popielu” zastosował narzędzia nie wykorzystywane dotąd szerzej przez cech nadwiślańskich mediewistów. W oparciu o dokonania badaczy w rodzaju G. Dumezila i M. Eliade pokusił się o rozwiązanie zagadki gallowego przekazu. W rozdziale zatytułowanym „Wzorcowy wykład origines…” rozmienił na drobne i jednocześnie zreasumował najstarszą polską legendę dynastyczną. Uznał, iż nadwiślańska opowieść musi (sic!) wyrastać z podglebia indoeuropejskiej tradycji. Swoje domniemanie wsparł  na legendach galijskich, celtyckich, germańskich, rzymskich, irańskich, indyjskich, helleńskich… I chwała mu za to!  Do tego trzeba niezwykłej odwagi. Tym bardziej, że wnioski prof. Banaszkiewicza stały w sprzeczności z opiniami historiozofów z najwyższej półki. Uznał bowiem za bardzo prawdopodobne, iż przekaz Galla o przodkach Mieszka I to de facto „wklejenie” w pradzieje rodu piastowskiego starożytnego schematu występującego powszechnie na obszarach zajętych przez wspólnoty indoeuropejskie. Krótko mówiąc: dziejopis miał w głowie pewien wzór, będący niejako immanentną cechą intelektualistów kręgu europejskiego, i wpisał go w pradzieje twórców państwa polskiego. Siemowit, Lestek, Siemomysł… Trzy funkcje. Królowie-kapłani, wojownicy oraz „lud pracujący miast i wsi”. To nawet się broni, gdyż prawie wszędzie na naszym globie społeczności prezentują taką stratyfikację. Praca prof. Banaszkiewicza została okrzyknięta przełomową. Nie tylko ze względu na metodykę i zastosowane narzędzia, ale także z powodu wniosków. Wynikało z niej bowiem, że przekaz Galla o antenatach Mieszka I może być nie całkiem prawdziwym w tym sensie, iż kronikarz uzupełnił chronologiczne luki treścią uniwersalną. Taką, która równie dobrze mogłaby zostać wykorzystana na płw. Iberyjskim, jak i na Łotwie. Ale czy to oznacza, że wymienieni potomkowie Piasta zostali wymyśleni? No niekoniecznie. O ile dobrze zrozumiałem prof. Banaszkiewicza, to wprawdzie charakterystyka przedmieszkowych herosów jest swoistym rytuałem wywiedzionym z głębokich pokładów spuścizny Indoeuropejczyków, ale w żadnym razie nie zaprzecza istnieniu postaci poprzedzających panowanie naszego pierwszego historycznego władcy. Więcej nawet! Może być zawoalowanym potwierdzeniem czynów ojca, dziadka i pradziadka Mieszka. Czy aby na pewno?


Zawsze zastanawiało mnie niedocenianie, czy dokładniej, lekceważenie uwarunkowań związanych z powstawaniem pierwszych europejskich kronik w rejonach nigdy nie należących do świata rzymskiego. To niebagatelny zarzut, ponieważ na wschód i północ od limesu żyło niegdyś całkiem sporo ludzi tworzących skomplikowane sieci powiązań, pielęgnujących dawne obyczaje i w mniejszym lub większym stopniu trwających przy pogańskiej tradycji.  Gdy zatem nastał czas implementacji reguł, zasad i dorobku cywilizacji śródziemnomorskiej za Łabą i na północ od Dunaju tamtejsze wspólnoty przeżywały prawdziwą rewolucję. Na każdej płaszczyźnie. Powszechnie wiadome jest to, że sformalizowana władza czerpała pełnymi garściami ze wzorców karolińskich, bizantyjskich lub koczowniczych. Dotychczasowy (względny) egalitaryzm został zastąpiony formułą zawierającą sztywną hierarchię. Demokratyczne społeczeństwa zostały poddane autorytarnym porządkom. Swoboda religijna musiała ustępować przed „bogiem dynastii”. Zasoby, będące dotąd własnością poszczególnych rodzin lub rodów, zostały uszczuplone na rzecz władzy. Świeckiej, ale również duchownej. Postać świata zmieniała się bardzo dynamicznie. Nie da się z pogwałceniem rozumu przyjąć, iż procesy te dokonywały się zawsze i wszędzie pokojowo. Opór występował. W związku z tym nowa warstwa społeczna - jaką było duchowieństwo świeckie i zakonne - była zainteresowana w utrwaleniu nowych porządków za pomocą słowa. W tej grupie poza księżmi i biskupami pojawiali się także duchowni sprawnie władający piórem. To im przekazano zadania, które dziś można by nazwać rewolucją ideologiczną. I zwykle, ci wędrowni, czasem biedni, wrzuceni na głęboką wodę, pisarze starali się wywiązać ze swych zadań. Wystarczy przypomnieć żywociarzy Braci Sołuńskich, Popa Duklanina, Kosmasa, tzw. Nestora. Nasz Gall nie był wyjątkiem. Bez względu na to czy był rodem z ziem francuskich, z Wenecji, Dalmacji, Węgier czy Bambergu otrzymał od zleceniodawców zadanie polegające na uwiarygodnieniu i potwierdzeniu praw do władania Bolesława III. Oczywiście w chrześcijańskim anturażu. Wbrew pozorom to ostatnie zastrzeżenie nie jest bez znaczenie, ponieważ – co istotne  – wiara w Jezu Krysta jeszcze w czasach Krzywoustego nie zakorzeniła się bezdyskusyjnie w dziedzinach zarządzanych przez Piastów. Wiadomo przecież, iż w niektórych rejonach Polski (np. północne Mazowsze) zmarłych chowano według zasad pogańskich aż po pierwszą połowę XIII w. Wyobraźmy sobie zatem mnicha ściągniętego nad Wisłę, tj. kraju z wciąż żywymi doświadczeniami pogańskimi,  któremu – jakby nie było – potężny książę zleca napisanie panegiryku na swoją chwałę. Trudno zazdrościć, tym bardziej, że polityka nie zna pojęcia „wakacje”. I teraz najważniejsze…


Z pewnością Gall obracał się przede wszystkim w środowisku dworskim i kościelnym. Taki wniosek łatwo wywieść z analizy samej „Kroniki polskiej”. Czy jednak był absolutnie odseparowany od relacji z ludźmi zakorzenionymi głęboko w dawnych tradycjach? Nie sądzę. Sam przecież wspomina o „starcach sędziwych”. Wniosek z tej konstatacji wypływa jasny: autor naszej najstarszej kroniki czerpał wiedzę zarówno od kościelnych dostojników (też przecież  żyjących w określonym miejscu i czasie), jak i od reprezentantów świeckiego ludu. Zapewne głównie tych zajmujących wyższe piętra hierarchii społecznej. Z tej przyczyny należy przyjąć, iż treści zawarte w dziele jego autorstwa są w jakiś sposób kompilacją przekazów obu wspomnianych środowisk. A więc de facto dwóch narracji. Ma to olbrzymie znaczenie, szczególnie w odniesieniu do najdawniejszych, czyli przedmieszkowych,  dziejów Polski. A co nam dokładnie Gall przekazał?


W rozdziale pt. „O księciu Samowitaj, zwanym Siemowitem, synu Piasta” pisze tak: „Po tym wszystkim [tj. po cudach rozmnożenia strawy i uczcie postrzyżynowej] młody Siemowit, syn Piasta Chościskowica, wzrastał w siły i lata i z dnia na dzień postępował i rósł w zacności do tego stopnia, że król królów i książę książąt za powszechną zgodą ustanowił go księciem Polski, a Popiela wraz z potomstwem doszczętnie usunął z królestwa. Opowiadają też starcy sędziwi, że ów Popiel wypędzony z królestwa tak wielkie cierpiał prześladowanie od myszy, iż z tego powodu przewieziony został przez swoje otoczenie na wyspę, gdzie tak długo w drewnianej wieży broniono go przed owymi rozwścieczonymi zwierzętami, które tam przepływały, aż opuszczony przez wszystkich dla zabójczego smrodu [unoszącego się z] mnóstwa pobitych [myszy], zginął śmiercią najhaniebniejszą, bo zagryziony przez [te] potwory.


Lecz dajmy pokój rozpamiętywaniu dziejów ludzi, których wspomnienie zaginęło w niepamięci wieków i których skaziły błędy bałwochwalstwa, a wspomniawszy ich tylko pokrótce, przejdźmy do głoszenia tych spraw, które utrwaliła wierna pamięć.
Siemowit tedy, osiągnąwszy godność książęcą, młodość swą spędzał nie na rozkoszach i płochych rozrywkach, lecz oddając się wytrwałej pracy i służbie rycerskiej zdobył sobie rozgłos zacności i zaszczytną sławę, a granice swego księstwa rozszerzył dalej, niż ktokolwiek przed nim. Po jego zgonie na jego miejsce wstąpił syn jego, Lestek, który czynami rycerskimi dorównał ojcu w zacności i odwadze. Po śmierci Lestka nastąpił Siemomysł, jego syn, który pamięć przodków potroił zarówno urodzeniem, jak godnością.”
Tak… Wielu badaczy stawiało bardzo kontrowersyjne hipotezy odnośnie tego fragmentu „Kroniki…”. Jedni widzieli tutaj literackie hiperbole, inni echa rzeczywistych wydarzeń, a jeszcze inni (np. prof. Banaszkiewicz) wstawienie uniwersalnej narracji standardowo stanowiącej „kościec” opowieści dynastycznej. Osobiście uważam, że bez uwzględnienia faktu spisania relacji przez chrześcijańskiego mnicha nie da się rozsądnie rozwikłać zagadki. Dlaczego?


Trudno zaprzeczyć, że Gall był bardzo wykształconych człowiekiem. Sformatowanym przez nauczycieli propagujących przesłanie Chrystusa i Ewangelistów. Stąd też świat jego pojęć trzeba umiejscawiać w przestrzeni biblijnej i chrześcijańskiej. Najpewniej – jako osoba inteligentna i łaknąca niczym kania dżdżu materiału do „Kroniki…” – był otwartym na świadectwa zakorzenione w mentalności przedchrześcijańskiej, jednak jego azymut nie powinien podlegać zastrzeżeniom. W ramach eksperymentu wyobraźmy sobie jego sytuację. Przybywa do obcego kraju, którego władca oczekuje panegiryku oraz wywiedzenia genealogii nie odstającej od wzorców chrześcijańskiej Europy. Nadzór nad postępami prac i ogólnym przesłaniem opowieści sprawują miejscowi duchowni. Rzecz jasna dbający o dobre kontakty z księciem. Cóż począć?! Zbiera relacje, słucha, dopytuje… Wciąż jednak pamięta o noszonym habicie. I nagle olśnienie! Przecież Biblia, a szczególnie Stary Testament, jest niewyczerpanym zasobem. Uczy, daje wzorce, stanowi fundament ideowy… Jak z tego nie skorzystać? Przecież nikt nie może mieć Gallowi za złe, że oprze się o Księgę. Świętą Księgę. A tę – jako mnich – zna prawie na pamięć. W efekcie stara się połączyć przekazy „starców sędziwych” z modą, własnymi przekonaniami oraz oczekiwaniami swoich sponsorów. Wie, że uwzględnienie jedynie miejscowej spuścizny spotka się z niechęcią, a nawet oburzeniem notabli i samego księcia. Z drugiej strony pominięcie żywej tradycji osłabi przekaz i spowoduje przypięcie mu przez miejscowych łatki „kłamczucha”. Po zastanowieniu już wie – jak?!


Zacznijmy od tego, że imiona przodków Mieszka I są prawie powszechnie uznawane jako dowód na prawdziwość listy jego antenatów. I ok. Trudno, a właściwie bezsensownie przyczepiać się do mian z gallowej listy. Nie jest to jednak w żadnym razie powód, aby nie podejmować próby weryfikacji panujących obecnie poglądów. Otóż każda z tych nazw osobowych jest imieniem „mówiącym”. Siemowit – to najpewniej „pan rodu/ludu”. Lestek – „chytry, przebiegły”. Siemomysł – „myślący/troszczący się o ród/plemię”. Te imiona musiały przemawiać do ludzi wsłuchujących się w czytanie Kroniki. Musieli oni rozumieć – co kryje się pod każdą nazwą osobową. Nawet wtedy, gdy imiona te były neologizmami; na co wiele wskazuje. Ktoś mógłby zapytać: skąd obcy mnich wziął takie imiona? Odpowiedź zdaje się prosta. Otóż pojawia się coraz więcej głosów, że Gall mógł znać język słowiański, który jeszcze wtedy nie był istotnie zróżnicowany na całym obszarze ekumeny słowiańskiej. Jeśli był Chorwatem, Dalmatyńcem lub Germaninem żyjącym w okolicach Bambergu to mowa Słowian mogła być dla niego czymś naturalnym lub nabytym. W Kronice istnieją poszlaki świadczące na rzecz takiego przypuszczenia. A skoro znał język Słowian, to siłą rzeczy mógł pokusić się o stworzenie nowych imion. Imion, które… odpowiadały charakterystyce konkretnych bohaterów Starego Testamentu. Zaskakujące?
„Samuel wziął wtedy naczyńko z olejem i wylał na jego głowę, ucałował go i rzekł: Czyż nie namaścił cię Pan na wodza swego ludu, Izraela? Ty więc będziesz rządził ludem Pana i wybawisz go z ręki jego wrogów dokoła. A oto znak dla ciebie, że Pan cię namaścił na wodza nad swoim dziedzictwem.”  
A dalej…


„Nakazał potem [prorok Samuel], by wystąpiło pokolenie Beniamina według swoich rodów, i padł los na ród Matriego. I nakazał wystąpić z rodu Matriego po jednemu, a los padł na Saula, syna Kisza. Szukano go, lecz nie znaleziono. Jeszcze pytali się Pana: Czy ten człowiek tu przybył? Odrzekł Pan: Oto tam ukrył się w taborze. Pobiegli więc i przyprowadzili go stamtąd. Gdy stanął w środku ludu, wzrostem przewyższał cały lud o głowę. Rzekł wtedy Samuel do całego narodu: Czy widzicie, że temu, którego wybrał Pan, nikt z całego ludu nie dorówna? A wszyscy ludzie wydali okrzyk wołając: Niech żyje król!”


Czyż nie przypomina to zapisu w „Kronice…” o brzmieniu: „Po tym wszystkim młody Siemowit, syn Piasta Chościskowica, wzrastał w siły i lata i z dnia na dzień postępował i rósł w zacności do tego stopnia, że król królów i książę książąt za powszechną zgodą ustanowił go księciem Polski”? Ponadto następcy Siemowita wykazują zadziwiająco podobne zachowania do spadkobierców Saula, który miał zjednoczyć wyznawców JHWH i z powodzeniem walczyć z ościennymi ludami. Tak oto Lestek „czynami rycerskimi dorównał ojcu w zacności i odwadze”, a Siemomysł „pamięć przodków potroił zarówno urodzeniem, jak godnością”. Dla każdego, kto choć pobieżnie zaznajomił się ze Starym Testamentem wiadomym jest, iż Dawid (niczym Lestek; imię oznaczające osobę sprytną, przemyślną, podstępną) po zaskakującym fortelu w starciu z Goliatem i zdobyciu tronu prowadził nieustanne, pełne podstępów, wojny, a mądry Salomon (niczym Siemomysł) dbał o rozwój swego państwa i zamożność ludu. 

Itd., itp.

--------------------------

Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych

Bazyli1969
O mnie Bazyli1969

Jestem stąd...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (31)

Inne tematy w dziale Kultura