26 obserwujących
234 notki
380k odsłon
  727   0

e-Bibliografia adnotowana (7) relacji "świadków smoleńskich"

 

PROBLEMY PRAWNE Z ODNALEZIENIEM CIAŁA PREZYDENTA 
 
 

koło godziny jedenastej,  otrzymałem telefon z Kancelarii Sejmu. Dzwonił minister Lech Czapla (p.o. szef  Kancelarii Sejmu), który poinformował mnie, że marszałek Sejmu Bronisław Komorowski za chwilę wygłosi oświadczenie o przejęciu obowiązków prezydenta  Rzeczypospolitej Polskiej do tymczasowego wykonywania. Zapytałem ministra  Czaplę, na podstawie którego przepisu Konstytucji ma to nastąpić. Pan minister  wyjaśnił mi, że chodzi o przepis regulujący następstwa śmierci prezydenta RP  (art. 131 ust. 2 pkt. 1 Konstytucji). Na to ja zapytałem, czy w takim razie ktoś wiarygodny ze współpracowników marszałka Komorowskiego widział zwłoki pana  prezydenta. Czy może dostali jakąś notę dyplomatyczną ze strony rosyjskiej,  która stwierdza, że pan prezydent prof. Lech Kaczyński nie żyje. Krótko mówiąc, czy mają pewność, że prezydent zginął w katastrofie. Wtedy minister Czapla powiedział do mnie: "No, niech pan nie żartuje! Przecież to jest oczywiste!". Ja – o ile pamiętam – powiedziałem: "Co jest oczywiste? Przecież nie mamy żadnej pewności, co się stało z panem prezydentem. A w takim razie, czy marszałek Komorowski zamierza przejąć władzę na podstawie informacji telewizyjnych, na podstawie paska, który gdzieś tam przebiega na ekranie?".

Miałem świadomość, że jestem prawnikiem prezydenta Rzeczypospolitej. Dla mnie  było jasne, że przejęcie obowiązków w tym trybie może nastąpić jedynie wówczas,  gdy jest pewność, że pan prezydent nie żyje. Wobec jej braku można było zakładać różne scenariusze. Na przykład taki, że pan prezydent przebywał w czasie  katastrofy w swojej salonce, która była specjalnie zabezpieczona, więc mogło się okazać, że został ranny i wkrótce zostanie odnaleziony. Podkreślę jeszcze raz – marszałek Komorowski i jego współpracownicy nie mieli w tamtej chwili żadnego  dowodu, że prezydent Rzeczypospolitej rzeczywiście nie żyje. Minister Czapla  mimo to cały czas naciskał, powołując się między innymi na kwestię bezpieczeństwa państwa. Odpowiedziałem, że jest przecież inny przepis  Konstytucji (art. 131 ust. 1), który reguluje postępowanie w przypadku, gdy  prezydent przejściowo nie może wykonywać swoich obowiązków. Jeśli prezydent sam  nie może o tym zawiadomić marszałka Sejmu, wówczas fakt ten – na wniosek  marszałka – stwierdza Trybunał Konstytucyjny i powierza marszałkowi obowiązki  prezydenta do tymczasowego wykonywania. Przejęcie obowiązków następuje jednak  dopiero na mocy orzeczenia Trybunału. Proponowałem więc zastosowanie tego trybu.  Tłumaczyłem, że skoro doszło do katastrofy i nie wiadomo, co się stało z panem  prezydentem, to o ewentualnym przejęciu obowiązków powinien zdecydować Trybunał, a nie marszałek Sejmu. Minister Czapla nie podzielił jednak mojego stanowiska i  zdecydowanie nalegał na tryb natychmiastowy, bez udziału Trybunału. Koniec  rozmowy był dosyć ostry, zapytał: "Czy pan w takim razie sprzeciwia się temu?".  Powiedziałem: "Tak, sprzeciwiam się bo uważam, że dopóki nie będzie  stuprocentowej pewności, że pan prezydent nie żyje, samodzielne przejęcie  obowiązków prezydenta Rzeczypospolitej przez marszałka Sejmu będzie oznaczało naruszenie Konstytucji". Na tym rozmowa się skończyła.

Nikt nie wiedział jeszcze,  gdzie jest pan prezydent i co się z nim stało, a marszałek Komorowski już podejmował próby przejęcia władzy. O ile wiem, ciało pana prezydenta zostało odnalezione na miejscu katastrofy dopiero koło godziny trzynastej.

Jeszcze w domu, a potem w pociągu odebrałem kolejne telefony z Kancelarii Sejmu. Dzwonił najpierw jeden ze współpracowników ministra Czapli, a potem znów minister Czapla. Cały czas próbowano skłonić mnie, abym zaakceptował przejęcie obowiązków prezydenta RP przez marszałka Komorowskiego w trybie natychmiastowym. Konsekwentnie wciąż pytałem, czy mają wiarygodne potwierdzenie śmierci pana  prezydenta. Nie mieli, więc podtrzymywałem, że konieczna jest w tej sprawie  decyzja Trybunału Konstytucyjnego. Już nie pamiętam, ile było w sumie tych  rozmów, trzy, cztery czy pięć. Wszystkie miały ten sam temat.

Koło godziny czternastej zadzwonił do mnie minister Lech Czapla, już po raz ostatni tego dnia. Powiedział, że właśnie przed chwilą przyszedł telegram od  prezydenta Dmitrija Miedwiediewa zawierający informację, że pan prezydent Lech  Kaczyński zginął w katastrofie, że nie żyje. Dodał też, iż prezydent Miedwiediew  rozmawiał również telefonicznie z marszałkiem Komorowskim. Pamiętam doskonale, że mówił o dokumencie pisemnym i o rozmowie telefonicznej. Następnie zapytał, czy uważam, że to jest wystarczająca przesłanka.

To był dla mnie trudny moment.  Rozważałem, co odpowiedzieć. Musiałem jednak wziąć pod uwagę, że jeżeli strona  rosyjska wysłała w tej sprawie oficjalny dokument, jeżeli jest to dokument wystosowany przez prezydenta Federacji Rosyjskiej, to trudno zanegować jego  wartość jako dowodu. Powiedziałem wtedy: "Jeżeli mają państwo taki dokument, to  cóż, nie będę tego dłużej blokował". Miałem pełną świadomość, że decyzja w tej  sprawie należy do marszałka Komorowskiego, to marszałek odpowiada za jej  legalność.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura